Złoty pierścionek. Moja lwowska pamiątka. Cenna

Czytaj dalej
Fot. fotopolska.eu
Kamila Gruhlke

Złoty pierścionek. Moja lwowska pamiątka. Cenna

Kamila Gruhlke

Lata czterdzieste. Polska ludność była przesiedlana radzieckimi transportami do różnych miast Polski, musiała zacząć nowe życie w miejscu, które było im zupełnie obce. Niewielu jednak z nas wie jak to naprawdę wyglądało i z czym wiązała się owa podróż. Jak potoczyła się historia Pani Korniak?

Po II wojnie światowej polska ludność była przesiedlana ze Lwowa na tereny zachodniej Polski. Chciałabym bliżej poznać historię Pani rodziny z tamtego okresu.

Moi rodzice pochodzili ze Lwowa, ja również urodziłam i wychowałam się tam wraz z trójką rodzeństwa - siostrą i dwoma braćmi, różniło nas zaledwie kilka lat. Gdy byłam małą dziewczynką zmarł mój ojciec, teraz już nie mam wątpliwości, że był to rak płuc. Tato był szewcem, wracając ze szkoły często przychodziłam do jego warsztatu, opowiadał mi rodzinne historie i wspólnie wracaliśmy na kolację. Skończyłam siedem klas szkoły powszechnej. Moja mama zajmowała się handlem, codziennie rano wstawała i chodziła na targ. Po śmierci ojca nastał ciężki okres, brakowało pieniędzy a mama starała się jeszcze więcej pracować, zostawaliśmy w domu sami, starszy wychowywał młodszego. Przed wojną mieszkaliśmy w małym, skromnym domu. Każdy z nas miał przytulny kącik. Wszystko co tam się znajdowało, zostało stworzone przez ojca. Zawsze dbał o to, by niczego nam nie brakowało.

Co pamięta Pani z roku 1939?

Przed wojną we Lwowie było bardzo spokojnie, na naszej ulicy wśró mieszkańców byli też Żydzi. Któregoś dnia, już po zajęciu miasta przez Niemców, zapukały do naszych drzwi cztery znane nam osoby, prosząc o schronienie przed okupantem. Była to jedna ze wspomnianych wcześniej żydowskich rodzin - matka, ojciec i dwójka dzieci. Przed ofensywą radziecką żyło się nam bardzo spokojnie, do momentu, kiedy pojawiły się wojska. Pamiętam ten czas jako narastający strach i zastanawianie się, kiedy „oni” przyjdą. W którąś wrześniową noc ukrywająca się u nas rodzina spakowała się, mama przygotowała im ostatni posiłek i wyjechali w poszukiwaniu nowego domu. W podziękowaniu Żydówka podarowała mojej mamie złoty pierścionek. Pod koniec lata wyjechaliśmy do ciotki. Przez parę miesięcy tam mama handlowała, potem znowu wróciliśmy do Lwowa. Widzieliśmy już wyjazdy sąsiadów, z dnia na dzień coraz więcej. Miasto pustoszało, zastanawialiśmy się, kiedy przyjdzie nasza kolej na opuszczenie kraju.

Jak wyglądały ostatnie godziny w domu? Ile miała Pani lat?

Miałam siedemnaście lat, kiedy ostatni raz byłam we Lwowie. Wszyscy byli wyrzucani ze swoich domów w tym samym czasie, nie pozostawiano nam wyboru, musieliśmy uciekać. Rano przyszli żołnierze z NKWD i w brutalny sposób zajęli nasz dom, kazali spakować kilka rzeczy i iść na najbliższy dworzec, mówili, że mamy czekać na pociąg. Jeszcze przed wyjściem mama wielokrotnie pytała o pierścionek, powtarzała mi, abym go gdzieś nie zostawiała. Znalezienie pamiątki przez żołnierza spowodowałoby liczne przesłuchania, a w efekcie nawet wywózkę w głąb ZSRR.

Jak wyglądała deportacja? Czy wagony były przeludnione?

W wagonach miało się zmieścić jak najwięcej ludzi, dlatego też wszyscy stali ze swoimi bagażami. Na podróż każdy z nas dostał tylko kawę. Droga była bardzo długa i wyczerpująca, nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy, matki modliły się a dzieci płakały. W końcu dojechaliśmy do Legnicy.

Co zdziwiło Panią po przybyciu do miasta, co przykuło największą uwagę?

Najbardziej to, że miasto nie było tak zniszczone jak te, które mijaliśmy. Transport, którym przyjechaliśmy, pozostał na dworcu. Radzieccy żołnierze wydali rozkaz zajęcia wolnych mieszkań na przedmieściach. Wyglądały jakby były stare i opuszczone, a tak naprawdę zostały ograbione przez Rosjan zaraz po wysiedleniu Niemców.

Jak wyglądało mieszkanie, do którego przybyła Pani z rodziną?

Każde było takie samo. Znaleźliśmy zniszczone i brudne mieszkanie na czwartym piętrze. Zabrane były drzwi, meble, klamki z okien, wszystko co nadawało się do użytku.

Przez kilka miesięcy staraliśmy się urządzić nasze pokoje. Wyprowadzające się niemieckie rodziny oddawały wszystko, czego nie mogły zabrać, najczęściej były to ubrania, naczynia, książki, a nawet i meble.

Czy była Pani świadkiem wysiedlania i rabunków?

Kiedy przyjeżdżały następne pociągi ,coraz więcej ludzi było bez dachu nad głową, niemieckie rodziny z dnia na dzień musiały opuścić miasto.

Po ulicach chodzili tylko żołnierze, którzy często wkraczali do domów, wyrzucali na bruk cały dobytek, na przykład kryształy, a nocą wywozili meble.

Jak wyglądał zwyczajny dzień w Legnicy?

Od świtu do nocy krzyki i płacze. Jeździły czołgi, a gdy tylko robiło się ciemno ,było słychać strzały.

Czułam jakby nadal trwała krwawa wojna, było niebezpiecznie, bez względu na to jaka była to pora dnia czy nocy. Przez parę lat ludzie głodowali. Legnica stała się ośrodkiem wojsk radzieckich, prawie połowa miasta była zajęta przez Armię Czerwoną, każdy obiekt publiczny, urzędy, sklepy a nawet park. Żeby można było wejść do parku, trzeba było zapłacić albo mieć przepustkę.

Panował ogromny rygor, przez to Legnica nie była dla mnie polskim miastem, a radzieckim obozem.

Czy pierścionek, który nosi Pani na palcu należał do Żydówki, której pomogła Pani rodzina podczas okupacji?

Tak, to ten sam pierścionek. Po przyjeździe ze Lwowa do Legnicy był on schowany w szufladzie, baliśmy się, że zostanie skradziony. W momencie uspokojenia się sytuacji w kraju, moja mama zaczęła go nosić. Ilekroć na niego spoglądam, przypomina mi on o tamtych czasach. Cieszę się, że żadna krzywda nie przydarzyła się naszej rodzinie.

Samo przesiedlenie było traumatycznym przeżyciem, ale, jak to mówią, nie można zacząć nowego rozdziału nie zamykając poprzedniego.

Mama tuż przed śmiercią przekazała mi ów pierścionek, dobrze pamiętam jakie temu towarzyszyły emocje. Będzie to pamiątka przekazywana z pokolenia na pokolenie wraz z jego historią.

Kiedy poczuła Pani stabilizację, co dalej się działo w życiu Pani rodziny po przesiedleniu?

Przez wiele miesięcy sytuacja była niepewna, nikt nie czuł się jak w domu. Kiedy wychodziło się na ulice, można było zauważyć grupy żołnierzy. W 1946 roku otworzono w legnicy fabrykę włókienniczą Hanka. Razem z siostrą pracowałyśmy tam jako szwaczki, moi bracia zostali rzemieślnikami, jednak szybko obaj wyjechali z Legnicy. Mama wciąż handlowała, a po kilku latach miasto to stało się naszym miejscem na ziemi. Dzisiaj Legnica jest pięknym miastem, wolnym i bezpiecznym. Młodym ludziom pewnie trudno jest sobie wyobrazić jak to było w przeszłości. Cieszę się, że to już tylko wspomnienia…

Autorka jest uczennicą Zespołu Szkół Zawodowych im. mjr. Henryka Sucharskiego w Złotoryi

Kamila Gruhlke

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.