Zainwestował ponad 360 milionów w kasę senatora Rzeźniczaka. 26 lat walczy o odzyskanie pieniędzy

Czytaj dalej
Fot. Maciej Czerniak
Maciej Czerniak

Zainwestował ponad 360 milionów w kasę senatora Rzeźniczaka. 26 lat walczy o odzyskanie pieniędzy

Maciej Czerniak

Sylwester Salwierz został oszukany. Rację przyznał mu sąd nakazując zwrócić pieniądze, które jeszcze u zarania III RP sprzeniewierzył Andrzej Rzeźniczak. Co z tego jednak, skoro wyrok nijak ma się do rzeczywistości?

Wiosną tego roku Sylwester Salwierz skierował do III wydziału karnego Sądu Okręgowego w Bydgoszczy pismo z pytaniem, czy sąd uznał go poszkodowanym działalnością Andrzeja Rzeźniczaka, nieżyjącego już biznesmena i senatora? Odpowiedzi wciąż nie otrzymał, a to dla niego - jak sam mówi - być albo nie być. Wyrokiem z początku lat 90. wydanym przez Sąd Rejonowy w Tucholi zasądzono na jego korzyść zwrot pieniędzy, które wpłacił prowadzonej przez Rzeźniczaka Prywatnej Agencji Lokacyjnej. Chodzi o ponad 360 milionów złotych. Starych, tych sprzed denominacji, ale z uwzględnieniem odsetek uznanych przez sąd.

Salwierz apeluje do wdowy po Andrzeju Rzeźniczaku, do byłego syndyka masy upadłościowej firmy Tarex, a także do członków zarządu przedsiębiorstw powiązanych z osobą senatora. Latem w jego sprawie do bydgoskiej prokuratury napisał też senator Andrzej Kobiak: - Uznałem, że skoro istnieje domniemanie, że zobowiązania sprzed lat ciążą, m.in. krewnych pana Rzeźniczaka, to trzeba tę sprawę skierować do organów ścigania.

Odpowiedzi z prokuratury jeszcze nie ma.

- Te pieniądze po prostu należą mi się. Jeśli sąd uznałby, że jestem w gronie pokrzywdzonych, to dałoby mi podstawę do dalszej walki o sprawiedliwość.

Chęci walki nie można mu odmówić tak samo, jak przedsiębiorczości. Wprawdzie najpierw było skromnie, ale - jak mówi - od czegoś trzeba było zacząć. W Świeciu na początku lat 90. otworzył punkt gastronomiczny, w którym sprzedawał wszystko, co szło.

- Frytki, słodycze, lody. Dzieciaki kupowały, ale kiedy zacząłem liczyć pieniądze, okazało się, że samo już utrzymanie chłodziarek i innych urządzeń elektrycznych kosztuje majątek - wspomina Salwierz.

Ktoś skontaktował go z ludźmi z pobliskiej rolniczej spółdzielni produkcyjnej. Postanowił się przebranżowić i pójść w wędliny. - Kiełbasy schodziły na pniu. Były jednak problemy z dostawą. Ludzie szturmowali sklep, interes szedł jak złoto, a tu nie ma towaru - łapie się za głowę. - Wtedy, w 1990 roku, był jeszcze problem z telefonami, to lecę na pocztę, dzwonię do spółdzielni, pytam o dostawę. Mówi mi człowiek od nich: „Już rano wyjechali, ale najpierw do Tucholi, potem do Świecia”. Boże, co to był za czas?! U mnie tłum ludzi w kolejce, prawie by sklep roznieśli. Wtedy to był jeden z trzech takich punktów w okolicy. U góry, na osiedlu Marianki działał jeden sklep, poniżej kupowano też wędliny w spółdzielni. Wszystko szło dobrze, dopóki nie spotkałem Andrzeja Rzeźniczaka.

Biznesmen z Tucholi wtedy już od kilku lat prowadził swoje interesy. Jeszcze w latach osiemdziesiątych miał gospodarstwo na tysiąc tuczników, założył w Charzykowych restaurację, prowadził kilka innych punktów gastronomicznych, w tym między innymi w Gdańsku. Rzeźniczak produkował słone paluszki i markizy. W 1989 roku, korzystając ze zmian, które wprowadziła tak zwana reforma Wilczka, założył w Tucholi Prywatną Agencję Lokacyjną. Przyjmował wpłaty obiecując zwrot na wysoki procent.

Dla ludzi przedsiębiorczych takich, jak Sylwester Salwierz podobne „inicjatywy gospodarcze” wydawały się atrakcyjne do inwestowania. Cóż, jako że sklep wędliniarski przynosił mu całkiem niezły zysk, Salwierz postanowił wpłacić Rzeźniczakowi co nieco. Wiadomo, stara zasada mówi, że jak się chce wyjąć, to trzeba włożyć. Inne prawidło stanowi „Mądry Polak po szkodzie”. To drugie okazało się prawdziwsze.

Zysk miał być pokaźny. I gwarantowany. Nic na gębę - były umowy, poręczenia, rachunki. Wszak Rzeźniczak wtedy był poważanym przedsiębiorcą. Rok później zostanie polskim Biznesmenem Roku. Znajdzie się na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. W tym rankingu znajdzie się zresztą dwukrotnie. Łącznie Salwierz udzielił Rzeźniczakowi - wtedy jeszcze dopiero noszącemu się z myślą o kandydowaniu do Senatu - dwóch pożyczek.

Najpierw wpłacił na konto PAL prawie 336 mln zł, potem jeszcze 25 milionów. Był to - jak mówi przedsiębiorca - zysk z kilku lat swojej działalności. A o wartości tych kwot dają pojęcie dane dotyczące wysokości średnich wynagrodzeń Głównego Urzędu Statystycznego. W 1990 roku przeciętna pensja wynosiła nieco ponad 1 mln zł.

O Prywatnej Agencji Lokacyjnej zaczęło być głośno, jeszcze zanim wybuchał wielka afera dotycząca działalności parabanku, którym faktycznie była firma Rzeźniczaka. Wierzyciele, których było kilkuset, zaczęli dopominać się o swoje pieniądze już w 1991 roku. Salwierz uzyskał decyzję sądu w Tucholi, który przyznał jemu rację w walce o odzyskanie „zainwestowanych” pieniędzy. Dowodem na to są dwa postanowienia datowane na 5 kwietnia i 18 sierpnia 1993 roku. W obu sąd nakazuje Rzeźniczakowi zwrot pieniędzy. We wcześniejszym postanowieniu sąd uznał, że zwrot musi nastąpić z uwzględnieniem odsetek w wysokości aż 60 proc.

Jeszcze zanim w wydziale cywilnym tucholskiego sądu zapadło to orzeczenie, Salwierz otrzymywał od Andrzeja Rzeźniczaka z wyjaśnienia: „(...) jedyną przyczyną, która spowodowała zaprzestanie przyjmowania pożyczek i dokonywania zwrotu pożyczonych kwot jest pismo Narodowego Banku Polskiego-Generalnego Inspektoratu Nadzoru Bankowego z dnia 31 sierpnia 1992 r. (...) Powyższym pismem (...) nakazał mi zaprzestanie przyjmowania pożyczek ustalając (...), że podejmowane przeze mnie czynności są sprzeczne z prawem bankowym” - to pismo, pod którym Andrzej Rzeźniczak podpisał się 17 października 1992 roku.

Były też pisma dające nadzieję na odzyskanie pieniędzy. Jak choćby to z 13 listopada tego samego roku: „W związku z powszechnie znanymi trudnościami polskiego przemysłu i handlu, dla ochrony równych praw wszystkich osób, z którymi zawarłem umowy pożyczki, zostałem zmuszony do podjęcia jednostronnych działań. (...) gwarantuję nadal spłatę należności (...) jednakże termin spłat muszę podporządkować terminarzowi. (...) otrzyma Pan odrębne pismo, w którym podam konkretny termin zwrotu pożyczki. Proszę o poważne i spokojne potraktowanie niniejszej oferty...”

Wtedy już od kilku miesięcy Salwierz nie prowadził swojej działalności. Sprawa z Rzeźniczakiem po prostu „położyła” firmę.

Po wyroku sądu egzekucją należności zasądzonych na rzecz Sylwestra Salwierza zajęła się komornik Maria C. - Żądała ode mnie wpłat na poczet czynności komorniczych, ale efektów nie było. Później pani C. została skazana za oszustwa. Przywłaszczała sobie pieniądze, które wpłacali jej wierzyciele.

Prokurator postawił zarzuty prowadzenia nielegalnej działalności w czerwcu 1993 roku, już po wygaśnięciu mandatu senatora. Wyrok zapadł jednak dopiero 11 lat później. Polityk został skazany na 5 lat więzienia. Ale za kraty trafił dopiero 6 lat później, 18 marca 2010 roku. W tym samym roku przebywając w areszcie w Chojnicach zmarł na atak serca.

- Spotykałem się z nim jeszcze w sądzie w Bydgoszczy, gdzie trwał proces karny - mówi Salwierz. Był przybity całą tą sytuacją, ale zapewniał do końca, że pieniądze zostaną zwrócone.

Pan Sylwester żyje wspomnieniami z młodości. Pokazuje zdjęcia z 1979 roku, kiedy służył w Kaszubskim Dywizjonie Okrętów Pogranicza. Był kierowcą, służył w łączności rozwożąc meldunki po Trójmieście. - Pół Polski robiło sobie ze mną zdjęcia, kiedy pełniłem wartę przy pomniku na Westerplatte.

List z dołączoną fotografią młodego Salwierza, żołnierza w marynarskim mundurze, wysłał we wrześniu tego roku do jednej z ogólnopolskich stacji telewizyjnych. Opisał w nim swoją historię. Prosi też o pomoc polityków - pisał do Donalda Tuska ufając, że uda mu się go zainteresować sprawą po linii politycznej (wszak Rzeźniczak był członkiem Kongresu Liberalno-Demokratycznego, na gruncie którego powstała PO).

Próbował też wrócić do biznesu. W Świeciu prowadził pub, ale kiedy zapadł na zdrowiu (stwierdzono u niego, m.in. epilepsję), biznes przejęła żona. Dzisiaj na budynku pubu wisi ogłoszenie „na sprzedaż”. Przez lata próbował na własną rękę ustalić, kto przejął po senatorze jego zobowiązania finansowe. Korzystał z usług prywatnego detektywa. Ten spotkał się jeszcze na początku lat dwutysięcznych z Rzeźniczakiem w Rudzkim Moście. Usłyszał od niego kolejne zapewnienie, że pieniądze zostaną zwrócone.

Maciej Czerniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.