Iwona Zielińska-Adamczyk

We Wrocławiu też już przeszczepiają serca. Plan na 2021: kilkanaście takich zabiegów

Pierwszymi biorcami serc we Wrocławiu byli młodzi ludzie: 20-latka i 26-latek Fot. tomasz modrzejewski Pierwszymi biorcami serc we Wrocławiu byli młodzi ludzie: 20-latka i 26-latek
Iwona Zielińska-Adamczyk

W 1958 roku, właśnie we Wrocławiu, prof. Wiktor Bross przeprowadził pierwszą w Polsce operację na otwartym sercu. W 1985 roku prof. Zbigniew Religa dokonał w Zabrzu pierwszego w Polsce przeszczepu serca. A dwa tygodnie temu zespół lekarzy z USK we Wrocławiu, kierowany przez ucznia prof. Religi dra Romana Przybylskiego, przeprowadził, niemal dzień po dniu, dwa pierwsze na Dolnym Śląsku, przeszczepy serca: u 26-letniego mężczyzny i 20-letniej kobiety. Do tego sukcesu doprowadziły starania prof. Piotra Ponikowskiego.

To były dla mnie bardzo ważne dni, cieszę się, że po prawie dwóch latach starań Uniwersytecki Szpital Kliniczny stał się kolejnym polskim ośrodkiem transplantacji serca. Dzięki temu mieszkańcy naszego regionu nie będą musieli szukać pomocy w innych częściach kraju. To wielki przełom i ogromne wyzwanie.

Po wzory do Londynu, Berlina i Zurychu

Prof. Piotr Ponikowski, kardiolog i rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, jest założycielem i dyrektorem Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. W 2020 roku już po raz szósty znalazł się w rankingu Highly Cited Researchers, na liście najczęściej cytowanych naukowców świata.

- Ponad dwa lata temu zdecydowaliśmy ze współpracownikami przenieść się ze szpitala wojskowego do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego i tutaj stworzyć Centrum Chorób Serca. Po rozmowach z ówczesnym rektorem Uniwersytetu Medycznego prof. Markiem Ziętkiem i dr. Piotrem Pobrotynem, dyrektorem szpitala, doszliśmy do wniosku, że nadarza się wyjątkowa możliwość stworzenia unikalnego ośrodka. Wiele lat temu, i ja, i wielu moich współpracowników, jeździliśmy do Londynu, Berlina czy Zurychu, gdzie widzieliśmy, jak funkcjonują modelowe centra leczenia chorób serca. Dzięki tym wyjazdom wymarzyliśmy sobie, aby tutaj, we Wrocławiu, też takie stworzyć. Poprzez nasze działania naukowe i kliniczne jesteśmy postrzegani - i to nie przez nas samych, ale poprzez obiektywne i mierzalne wskaźniki - jako liderzy nie tylko na poziomie krajowym, ale i europejskim. Przemawiało to za tym, aby podjąć się takiego wyzwania, bo czasami trzeba ryzykować i stawiać sobie cele, które pozornie zdają się bardzo odległe i trudne do osiągnięcia. Zdecydowaliśmy się na to, bo wierzyliśmy, że potencjał i doświadczenie szpitala uniwersyteckiego oraz Uniwersytetu Medycznego, a co najważniejsze chęć zmian, jest dobrym punktem wyjścia. Gdy w maju 2020 zostałem wybrany rektorem, moim planem nie było utrzymanie tego, co zastałem, a rozwój. Dlatego też wspólnie z profesorem Krzysztofem Reczuchem, grupą moich uczniów i świetnym zespołem specjalistów z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego zaczęliśmy, krok po kroku, przy wsparciu dyrektora szpitala, realizować długofalowy plan. Ponad rok temu dołączyli do nas koledzy z innych ośrodków - uznani eksperci - dr Roman Przybylski, prof. Michał Zakliczyński i dr Maciej Bochenek. Ostatnie operacje, jakie odbyły się w Centrum Chorób Serca, to jeden, bardzo ważny element w drodze do celu, który pokazał, że medycznie jesteśmy w stanie wykonać praktycznie każdą procedurę w zakresie kardiologii dorosłych, którą wykonuje się w Europie.

- Jaki jest koszt operacji przeszczepienia serca?

- NFZ wycenia koszt zabiegu na 150 tysięcy, ale np. zabieg wszczepienia tzw. wspomagania lewej komory serca, z którą pacjent wraca do domu, to już koszt bez mała 600-700 tysięcy złotych. Samo takie urządzenie kosztuje około 100 tysięcy euro, a dodatkowo dochodzą koszty opieki nad chorym. Trzeba jednak podkreślić, bo jest to niezwykle istotne, że transplantacje serca i procedury implantacji urządzeń wspomagających i pracę serca są w stu procentach refundowane przez NFZ.

- Ponad dwa lata starań o otrzymanie zgody na przeszczepiania serc to długi czy krótki okres?

- Uważam, że bardzo krótki. Niektórym to zajmuje dekadę. Znalezienie właściwych ludzi, ich kształcenie, wysyłanie na praktyki do najlepszych ośrodków na świecie, trwa bardzo długo. Mieliśmy to szczęście, że posiadaliśmy już doświadczony zespół, do którego zdecydowali się dołączyć koledzy z Zabrza i Krakowa. W Polsce to dość rzadkie, nie ma u nas mobilności amerykańskiej czy niemieckiej, polegającej na przechodzeniu specjalistów z jednego ośrodka do drugiego. Zwykle, gdy ktoś zaczyna pracę w którymś z ośrodków uniwersyteckich, to już w nim zostaje. Wrocław jest tak atrakcyjnym miejscem pracy, że złamaliśmy tęzasadę. Myślę, że mogliśmy być już wcześniej gotowi na wykonywanie przeszczepów serc, ale epidemia wirusa SARS-CoV-2 mocno pokrzyżowała nam plany. I my jako szpital, i Ministerstwo Zdrowia, które wydaje zgody naprowadzenie transplantacji, musieliśmy się skupić na innych zadaniach. W końcu je-dnak otrzymaliśmy pozwolenie, także udowadniając, że mamy specjalistów i doś-wiadczenie w przeprowadzaniu pełnego zakresu wysokospecjalistycznych procedur kardiochirurgicznych w obszarze kardiologii interwencyjnej.

- Powiedział Pan, że możliwość wykonywania transplantacji to jedynie element planu. Jakie będą kolejne działania?

- Chciałbym, żeby powstało we Wrocławiu Centrum Doskonałości, takie jak w Zurychu czy w Charité w Berlinie, gdzie szkolą się moi współpracownicy. Chciałbym też, aby wykorzystując potencjał uniwersytetu, powstały struktury ukierunkowane na naukę i dydaktykę, o kierowanie którymi będą aplikować wybitni profesorowie z innych krajów Europy. Planujemy wzorem innych krajów do prowadzenia dużych projektów naukowych zapraszać się najlepszych specjalistów. To samo chcemy zrobić u nas i jest olbrzymia szansa, że się uda, bo już prowadzę rozmowy na ten temat. Wierzę, że zaczniemy jeszcze w tym roku.

- Jak, jako kardiolog, ocenia Pan stan zdrowia Polaków?

- Fatalnie. W Polsce wciąż więcej osób umiera na choroby serca niż na choroby nowotworowe. Mówimy o tym od lat, ale to się nie zmienia i w ciągu następnych lat prawdopodobnie nie zmieni.

- Dlaczego się nie zmieni?

- Bo taka jest sytuacja epidemiologiczna na całym świecie - w krajach Europy Zachodniej i Środkowej, USA, Kanadzie i Azji. Dodatkowo sytuację pogarsza epidemia , powodując, że osoby z chorobami serca przestają zgłaszać się do specjalistów. Mamy o kilkadziesiąt procent mniej pacjentów, a przecież koronawirus nie sprawił, że choroby serca zniknęły. Śmiertelne konsekwencje tych zanied-bań już są widoczne i niestety nadal będą.

- Ile przeszczepów serca wykonuje się w Polsce?

- Od 100 do 150 rocznie, ale myślę, że bazując na ostatnich doświadczeniach, można w niedalekiej przyszłości mówić nawet o 200. Nasz plan obejmuje kilkanaście przeszepów serca w tym roku. Proszę jednak pamiętać, że transplantacje serca, nawet jeśli będzie ich więcej, nie rozwiążą problemu rosnącej liczby pacjentów z chorobami układu sercowo-naczyniowego. W Polsce, patrząc na obecne dane, na nowy narząd oczekuje kilkaset osób, dlatego trwa wielka dyskusja. Czy pójść w stronę amerykańską, bardzo kosztowną i wszczepiać urządzenia lewej komory, czy raczej zwiększyć liczbę transplantacji, przy czym mówimy o setkach chorych, a nie o dziesiątkach tysięcy - proszę pamiętać, że w Polsce mamy prawie milion chorych z niewydolnością serca. Dlatego najważniejsza jest prewencja, zapobieganie chorobom serca.

- Czy w Polsce istnieje program prewencji?

- Nie, nie mamy skoordynowanych działań edukacyjnych, obecnych np. w mediach publicznych czy szkołach, które uświadamiają, jak zapobiegać chorobom układu sercowo-naczyniowego. Kilka lat temu, gdy byłem prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, przygotowaliśmy Narodowy Projekt Zdrowego Serca, który miał uczyć Polaków zdrowego trybu życia, niestety, wciąż nie udało nam się namówić decydentów do jego kompleksowej realizacji.

- Patrząc na liczbę osób biegających czy jeżdżących na rowerach wydaje się, że ta świadomość się zmienia, że zmieniamy styl życia na zdrowszy.

- Być może takich osób jest więcej, ale nie przekłada się to na liczbę chorych, których każdego dnia przyjmujemy do naszego Centrum Chorób Serca. Aby to zmienić, pot-rzebne są widoczne kampanie, uświadamiające, że zdrowe dzieci, a następnie zdrowa młodzież oznaczają zdrowe społeczeństwo. Już od najmłodszych lat trzeba kształtować właściwe zachowania, pokazywać dobre wzorce. U nas tego nie ma.

- Czyli będzie Pan budował doskonałe struktury do leczenia, a to co powinno być zrobione na początku, będzie leżało odłogiem?

- Nie będzie, na Uniwersytecie Medycznym rozpoczęliśmy budowę właściwego programu, ale jego kontynuacją zajmą się już prawdopodobnie moi następcy. W nielicznych, dobrze wyedukowanych społeczeństwach Europy, udało się stworzyć kulturę zdrowego życia, nam jednak jeszcze dużo brakuje i czeka nas ciężka praca w tym kierunku. Ale Wrocław jest bardzo dobrym miejscem do rozpoczęcia takiego projektu, jest tu właściwa atmosfera do realizacji społecznych inicjatyw. Jeszcze w tym roku chcę uruchomić europejski ośrodek Cardiovascular Prevention (profilaktyka zapobiegania chorobom sercowo-naczyniowym), a do kierowania tą jednostką chciałbym zaprosić powołać wybitnego eksperta - autora zaleceń Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Równolegle razem z kolegami z Uniwersytetu Medycznego, kierowanymi przez prof. Katarzynę Zatońską prowadzimy program epidemiologiczny PICTURE obejmujący dzieci i ich rodziców także w aspekcie edukacji i promocji zdrowego trybu życia.

- Dlaczego Pan został kardiologiem?

- Trochę przez przypadek. Gdy w 1986 roku skończyłem studia, pracowałem w szpitalu na oddziale internistycznym. Była tam sala nadzoru kardiologicznego - wówczas na skutek zawału umierał w szpitalu co czwarty pacjent (dziś co dwudziesty) . To był dramatycznie zły wynik. Kiedy wyjechałem na do ośrodków w Sztokholmie i Londynie, zobaczyłem, jak tam wygląda leczenie chorych po zawale serca, które znacznie poprawiało rokowania. Zobaczyłem też inne całkowicie nowatorskie sposoby leczenia. To było w pewnym sensie objawienie, poczułem, jakbym się przesiadł z 20-letniego malucha do nowego porsche carrera. Pomyślałem wtedy, że chciałbym tak, że to dobra, ale trudna droga. Zawsze zresztą mówię swoim współpracownikom i uczniom, że trzeba iść pod prąd, szukać wielkich wyzwań. Szkoda czasu na małe sprawy. Gdy wróciłem i przez pewien czas miałem problem ze znalezieniem pracy, kolega zaproponował mi stworzenie poradni dla pacjentów z chorobami serca w obwodzie lecznictwa kolejowego. Zgodziłem się, wciąż obserwując, najnowsze badania i pracę w zagranicznych ośrodkach. Po jakimś czasie trafiłem do szpitala wojskowego, gdzie stworzyliśmy razem z profesorami Waldemarem Banasiakiem i Krzysztofem Reczuchem centrum chorób serca, a od dwóch lat pracuję w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym.

Panie profesorze, co zmieniło się w polskiej kardiologii od czasów profesora Religi?

Wtedy była zupełnie inna medycyna, ale jedna rzecz pozostała niezmienna: pasja i absolutna determinacja, którą miał profesor Religa i którą przekazał swoim uczniom, w tym dr. Romanowi Przybylskiemu. Dla nich medycyna to zamiłowanie, oddanie i poświęcenie. Prosty przykład: młoda pacjentka, u której jako drugiej wykonaliśmy transplantację, miała zapalenie mięśnia sercowego o gwałtownym przebiegu. Co robił dr Przybylski? Przez dwa dni nie wychodził ze szpitala, kupował sobie coś do jedzenia w sklepiku, kładł się na chwilę spać w dyżurce, bo nie wiedział, czy nie będzie za chwilę potrzebny na sali operacyjnej.

- Dlaczego Wrocław został dopiero szóstym z kolei ośrodkiem, gdzie można przeprowadzać transplantacje?

- Uważam, że mogło to się stać zdecydowanie wcześ-niej, nawet dwie dekady temu. Liderami takich starań muszą być jednak Uniwersytet Medyczny i szpital kliniczny. Niestety, wcześniej nie było takiej woli. Nie chcę jednak teraz wracać do przeszłości, a skupić się na tym, co przed nami. Mamy zespół ludzi, którzy mają chęci, wiedzę i determinację. Mamy też plan i zrealizujemy go. Będziemy też podejmować ryzyko i działać, bo w życiu trzeba podejmować ryzyko, jeśli chce się iść do przodu i coś osiągnąć.

- A takie ciągłe podejmowanie ryzyka nie szkodzi sercu?

- Szkodzi, dlatego staram się to równoważyć i jestem aktywny fizycznie. Wstaję wcześnie rano, przebiegam kilkanaście kilometrów, uwalniając jednocześnie głowę od stresów i dopiero jadę do szpitala

Iwona Zielińska-Adamczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.