Uranowa wojna w Kowarach

Czytaj dalej
Fot. fot. Dariusz Gdesz/Polska Press Grupa
Małgorzata Moczulska

Uranowa wojna w Kowarach

Małgorzata Moczulska

Groźby, wyzwiska, a nawet strzelanie do konkurencji. W Kowarach tak walczą o turystę. - Istny dom wariatów - mówią nam mieszkańcy. Wspólny projekt Kotliny Uranowej miał przyciągnąć do Kowar turystów. Miał, bo to już historia. Zamiast tego mamy wojnę konkurencyjnych kopalń i wstyd na całą Polskę zamiast dobrej promocji miasta .

Kowary to niewielkie, ale urokliwie położne miasteczko na pograniczu Karkonoszy i Rudaw Janowickich. Wśród turystów znane z Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska i byłych kopani uranu, w których dziś działają trasy turystyczne. Dwie i konkurujące ze sobą. Niestety nie tylko na ceny biletów, ilość przydrożnych reklam czy atrakcje, które oferują. Są wyzwiska, groźby, doniesienia do prokuratury, niszczenie sprzętu, a kilka tygodni temu doszło nawet do ostrzelania auta menadżera jednej z podziemnych tras.

- To co się tu dzieje to już wojna. Walka o turystę, w dodatku przy użyciu amunicji. I tak jak kiedyś śmialiśmy się, że te ich kłótnie przypominają awanturę dzieci w piaskownicy, tak po akcji z bronią nikomu do śmiechu nie jest - mówią mieszkańcy. - Zresztą niech pani tam pojedźcie, a przekona się co w Kowarach znaczy słowo konkurencja - zachęcają.

- Ale przecież to małe miasto, wszyscy się tu znają. Nie próbowali się dogadać? - podpytuję.

- Znają, owszem. Wszyscy kiedyś razem pracowali. Ale ich drogi się rozeszły, jak to zwykle bywa, kiedy w grę wchodzą pieniądze. Nie sądzę by się dogadali. Prędzej się pozabijają! - słyszę w odpowiedzi.

Uran działa na wyobraźnię

Każdego roku kopalnie w Kowarach odwiedza ponad 80 tysięcy turystów. Słowo „uran”, niemal jak złoto działa ludziom na wyobraźnię. Jeszcze kilka lat temu problemu nie było, bo w miasteczku działała tylko jedna kopalnia - „Liczy-rzepa”. W 2015 roku część jej pracowników postanowiła wydzierżawić i zagospodarować drugą. Zaraz potem otarto podziemną trasę „Podgórze”.

Miało to sens. Trasy są bowiem od siebie diametralnie różne. „Liczyrzepa” poza zwiedzaniem pokopalnanych korytarzy oferuje też inne atrakcje, m.in. interaktywna platforma „Odstrzał przodka”, na której uczestnicy poczują się jak górnicy strzałowi czy pokaz laserowy „Nalot na Hiroszimę”. W „Podgórzu” postawiono natomiast na surowy charakter sztolni. Dlatego początkowo kopalnie ze sobą współpracowały tworząc wspólny turystyczny projekt - Kotlinę Uranową. Zakładał on, że turysta będzie zwiedzał z jednym biletem obie podziemne trasy. Przez trzy godziny i prawie trzy kilometry wędrowania miał poznać historię górnictwa kowarskiego związaną z wydobywaniem rud żelaza i uranu. Teoria była bardzo atrakcyjna, gorzej z praktyką. Projekt tak szybko jak powstał, upadł. Działał zaledwie dwa tygodnie maja 2015 roku. Dlaczego?

- Poszło o pieniądze - mówią w „Podgórzu”.

- Turyści nie byli u nich bezpieczni. Brakowało im ważnych pozwoleń - odpowiadają w „Liczyrzepie”.

Od tego czasu każda z atrakcji działa już na własną rękę.

Turysta na wagę... uranu

- Byliśmy w gorszej pozycji. Działaliśmy krócej i nie mieliśmy parkingu - mówi Patryk Guzik, manager „Podgórza. - Kiedy w lipcu ubiegłego roku pod naszą kopalnią powstał parking, a drogę do niego wyremontowało Nadleśnictwo Śnieżka, postanowiliśmy ten fakt wykorzystać. Reklamowaliśmy kopalnię jako tę, która oferuje bezpłatny postój. Dzierżawcy parkingu przy „Liczyrzepie” nie podobało się to, że u nas można parkować za darmo, a właścicielowi sztolni - że dzięki temu mamy coraz więcej klientów - dodaje Patryk Guzik.

Wtedy zaczęła się też walka o turystów.

Walka na reklamy

Sztolnie położone są blisko siebie, na obrzeżach Kowar. Ich tablice reklamowe widać co kilkaset metrów. Są do siebie podobne. Z tą różnicą, że kopalnia „Podgórze” mocno eksponuje fakt, że ma bezpłatny parking. Nagle na drodze wyrasta młody chłopak w kamizelce. Niemal wchodzi na środek jezdni, blokując przejazd. Zatrzymuje auta i kieruje na parking - potem okazuje się że płatny i należący do kopalni „Liczyrzepa”.

Już mam wjeżdżać, kiedy słyszę innego młodzieńca. Pyta, do której kopalni jadę. Odpowiadam, że do „Podgórza”.

- To proszę jechać dalej. Nasz parking jest dwieście metrów stąd i jest bezpłatny - mówi.

Rozmowę słyszy rodzina, która wychodzi z parkingu „Liczyrzepy”

- My daliśmy się nabrać i zapłaciliśmy za samochód dodatkowe osiem złotych - mówi Joanna Mirek. W Karkonosze przyjechała wraz z mężem aż z Pomorza. W upalny dzień postanowili zamienić górskie szlaki Karkonoszy na podziemne, gdzie jest chłodno.

- O kopaniach uranu w Kowarach słyszeliśmy. To wyjątkowe miejsce. Zresztą mąż wchodzi do każdej sztolni. Wiedzieliśmy, że są tu aż dwie trasy podziemne i chcieliśmy zobaczyć obie. Byliśmy przekonani, że parking jest bezpłatny. O tym, że nie jest, pani w kasie poinformowała nas jak już kupiliśmy bilety. Razem wyszło ponad 50 złotych. A kiedy zapytaliśmy o trasę „Podgórze”, usłyszeliśmy, że nie warto tam iść. Ale my na złość pójdziemy! - oburza się pani Joanna.

O tym co usłyszeliśmy od razu opowiadamy pracownikom „Podgórza”.

- Nie dziwi nas to. Turyści słyszą jeszcze, że u nas nie można zwiedzać z dziećmi, co jest nieprawdą, albo że mamy zamknięte, bo jakaś ważna belka w sztolni się urwała. Notorycznie zasłaniają nasze reklamy swoimi - odpowiada Dominika Kmieciak.

Plucie, wyzwiska, podpalenia

- Gdyby tylko o kłamstwa chodziło, ale przecież dzierżawca parkingu i jego pracownicy robią gorsze rzeczy. Wyzwiska pod naszym adresem, obrażanie nas, a nawet zastraszanie są na porządku dziennym. Przykładów nie trzeba długo szukać. Dziś rano dzierżawca pokazał mi obraźliwy znak ręką kiedy przejeżdżałem koło jego parkingu - mówi Krzysztof, który jest przewodnikiem po sztolni „Podgórze”.

Dodaje, że w ubiegłym roku nieznany sprawca najpierw rozbił kamieniem jedną część, a kilka tygodni później podpalił instalację solarną zasilającą w prąd podziemną trasę turystyczną. Wszystko zarejestrowała kamera monitoringu, sprawę zgłoszono na policję, wyznaczono nawet nagrodę za wskazanie podpalacza.

Jeszcze wcześniej spłonął samochód należący do menadżera kopalni. Był zaparkowany na podjeździe obok domu Patryka Guzika.

- Sprawca również nie został ustalony - mówi mężczyzna. Ne kryje, że podejrzewa konkurencję. - Już wcześniej usłyszałem od ludzi związanych z kopalnią „Liczyrzepa”, że mnie zniszczą i żeby uważał na rodzinę. Nie spodziewałem się jednak, że ktoś zrealizuje swoje groźby.

Chodzi mu o sytuacje z lipca tego roku, kiedy to Daniel W., dzierżawca parkingu przy sztolni „Liczyrzepa”, ostrzelał z wiatrówki samochód Guzika.

- Auto stało zaparkowane na tym samym podjeździe, gdzie wcześniej spalono nam inne auto. To było popołudnie. Na nagraniu z monitoringu widać, jak Daniel W. jedzie swoim samochodem, otwiera szybę i strzela między innymi w tylną szybą auta. A gdyby tam były dzieci? Mam dwójkę maluchów, które jeżdżą w fotelikach na tylnym siedzeniu przodem do tej tylnej szyby. Gdyby któreś z nich tam było?! Nie chcę nawet myśleć, co by się stało - denerwuje się Patryk Guzik.

Daniel W. został zatrzymany i usłyszał prokuratorskie zarzuty zniszczenia mienia i uporczywego nękania. Prokurator zastosował wobec niego dozór policyjny.

Niestety, mimo że grozi mu nawet 5 lat pozbawienia wolności nic go to nie nauczyło.

- Kilka dni temu jadąc obok mojego domu trąbił na moją żonę i dzieci. Czy to nie jest ciąg dalszy nękania? - pyta Patryk Guzik.

Wina po obu stronach?

Ale pracownicy „Liczyrzepy” nieoficjalnie mówią, że sprawa nie jest taka czarno-biała.

- Guzik i jego znajomi próbują zarabiać na naszej marce, odcinają kupony od tego, na co my pracowaliśmy latami. Robią z siebie ofiary, a wcale nimi nie są. Ich pracownicy też naganiają na swój parking. Mają nawet megafon. Poza tym ich kopalnia działa nielegalnie. Nie mają wszystkich wymaganych pozwoleń. Proszę zapytać naszej pani dyrektor. Ona składała nawet doniesienie do prokuratury w tej sprawie - dodają.

Pytam, ale Sylwia Pagacz, dyrektor hotelu Jelenia Struga Medical SPA, przy których działa kopalnia „Liczyrzepa”, nie zamierza sprawy komentować. Nie chce też brać odpowiedzialności za to, co robi Daniel W. oraz jego pracownicy. Jak tłumaczy, spółka oddała w dzierżawę teren parkingowy i nie ma z nim nic wspólnego.

- W związku z tym jeżeli jesteście państwo zainteresowani tym, co się dzieje w obrębie parkingu, proszę się zwrócić do dzierżawcy - informuje.

Ale dzierżawca z dziennikarzami rozmawiać nie zamierza.

Nikt nie chce ustąpić

- Sama pani widzi. Sprawa zaszła już tak daleko, że żadna ze stron nie zamierza wykonać nawet pół kroku w tył - komentuje burmistrz Kowar Bożena Wiśniewska, która nie ma wątpliwości, że najbardziej na tej walce o turystów traci miasto. - Nie o taką promocję nam wszystkich chodzi i szkoda, że obie strony tego konfliktu tego nie rozumieją - burmistrz przyznaje, że początkowo próbowała mediować, ale zrezygnowała.

- Po co mi to? Jak chciałam coś zrobić to byłam oskarżana o trzymanie którejś ze stron. Poza tym od obu słyszę „z nimi nie da się rozmawiać”. Czuje się bezsilna - rozkłada ręce Wiśniewska.

***

Przed wyjazdem z Kowar jeszcze raz przejeżdżam obok sztolni. Przy wjeździe na parking „Liczyrzepy” pojawił się samochód z dużą reklamą, że parking przy „Podgórzu” jest bezpłatny. Młodzi ludzie z konkurujących kopalń kuszą turystów przekrzykując się wzajemnie. Naliczyłam pięć osób.

- Istny dom wariatów - komentuje para turystów, tak jak my z boku przyglądająca się tej sytuacji.

Małgorzata Moczulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.