Uchodźcy z Ukrainy zamieszkali u benedyktynek ze Staniątek. „Bóg dał nam tych ludzi”

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz
Jolanta Tęcza-Ćwierz

Uchodźcy z Ukrainy zamieszkali u benedyktynek ze Staniątek. „Bóg dał nam tych ludzi”

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Klasztor w Staniątkach zawsze emanował ciszą i spokojem. Wszystko zmieniło się po 24 lutego. Benedyktynki, choć same żyją biednie, przyjęły pod dach klasztoru ponad setkę uchodźców z Ukrainy.

Życie opactwa sióstr benedyktynek w Staniątkach pod Krakowem od ponad 800 lat biegnie swoim rytmem. Modlitwa przeplata się z pracą, praca z modlitwą, są chwile wytchnienia i odpoczynku. Komuś patrzącemu z boku proza benedyktyńskiego życia mogłaby się wydawać wręcz monotonna. Jednak 24 lutego, gdy wybuchła wojna w Ukrainie, wszystko zmieniło się diametralnie.

101

Słońce świeci tak jasno, że aby zobaczyć wieżę staniąteckiego kościoła, muszę zmrużyć oczy. Jest rześki, wiosenny poranek. Staję przed bramą, na której widnieją daty: 1217 i 2017, upamiętniające powstanie i jubileusz 800-lecia opactwa.

Obok stoi kobieta (z Ukrainy, jak się okazuje chwilę później) i nerwowo zaciąga się dymem z papierosa.

- Nie pamiętam, ile już zginęło osób, tyle tych cyfr jest... Wczoraj też był atak, pocisk trafił w bursę. Na szczęście nie było żadnych ofiar. Przedwczoraj był atak na lotnisko, na stację paliw. I na zakład produkcji czołgów, 10 kilometrów od Żytomierza.

Nie pytam o więcej. Zresztą pani odchodzi szybkim krokiem. Może woli zostać sama ze swymi myślami?

Naciskam dzwonek na bramie, na której obok wspomnianych dat widnieją także kartki z bieżącymi informacjami w językach polskim i ukraińskim: „Brama wjazdowa wyłącznie dla uchodźców” oraz „Dary dla uchodźców prosimy podawać wyłącznie przez furtę”. Jest jeszcze numer telefonu do koordynatora wolontariatu.

Czekam dłuższą chwilę, wreszcie kobieta otwiera bramę. Wchodzę.

To, co widzę, jest trochę... nierealne. Dzisiejsze podwórze niczym nie przypomina miejsca pełnego zadumy, ciszy i modlitwy.

Na wprost, w obrębie wysokich murów klasztornych, znajduje się dom gości. W dawnych latach była tu szkoła, dziś nocują uchodźcy. Widzę ogród zakonny, po którym biegają ukraińskie dzieci, kopiąc piłkę i śmiejąc się. Ich mamy siedzą na ławce, pilnując pociech.

- Proszę, wejdźmy do środka, będziemy mogły spokojnie porozmawiać.

Wchodzimy. Przed nami długi, wąski korytarz wyłożony parkietem. Pod ścianami stoją regały uginające się pod ciężarem ubrań. Większość z nich jest posortowana: tu ubranka dla dzieci w poszczególnych rozmiarach zapisanych na kartkach, tu odzież dla dorosłych. Są kartony ze skarpetkami i bielizną, koce. W rzędzie stoją foteliki samochodowe dla dzieci i wózki.

Wchodzimy do jadalni.

Rzędy stołów po prawej i lewej stronie. W rogu kącik zabaw, gdzie maluchy mogą rysować, układać klocki i puzzle. Kilkoro dzieci biega wokół, śmiejąc się i krzycząc. Panuje tu prawdziwy rozgardiasz, jest głośno, gdzieś dzwoni telefon, ktoś o coś pyta, inny kogoś szuka. Grupa wolontariuszy próbuje koordynować chaos.

- Może usiądziemy? - pyta pani Regina Pielesz, która na co dzień pracuje w sekretariacie szkoły w Chorzowie. Po chwili dowiaduję się, że jeszcze w grudniu zaplanowała marcowy urlop. Chciała przyjechać do Staniątek, aby pomóc siostrom w czasie kiermaszów wielkanocnych. Tymczasem okazało się, że jej pomoc jest potrzebna, ale w zupełnie innym charakterze.

- Miałam sporo obaw, ale zdecydowałam, że przyjadę i pomogę, w czym tylko będę w stanie. Dyżur trwa tutaj 24 godziny na dobę. Został uruchomiony numer telefonu, na który straż miejska z Niepołomic dzwoni, jeśli jest potrzeba noclegów dla uchodźców.

Pani Regina odwiedzała klasztor wielokrotnie. Kiedy tym razem przekroczyła furtę, poczuła wielkie zaskoczenie.

- To miejsce zawsze emanowało ciszą i spokojem. Teraz jest inaczej - uśmiecha się. - Jednak każdy stara się pomagać. Podziwiam wolontariat, który tutaj działa, panie i panowie są poumawiani na godziny. Widać ogromne zaangażowanie matki ksieni, sióstr i wolontariuszy.

Pani Regina opowiada, że wszystko jest świetnie zorganizowane. Ukrainki wpisują się do zeszytu i każdego dnia ktoś inny pełni dyżury w kuchni, przy sprzątaniu łazienek i korytarzy.

Pierwszych uchodźców siostry benedyktynki przyjęły w sobotę 26 lutego.

- W tej chwili w opactwie przebywa 101 osób - mówi pani Regina. - Mamy tu specjalną tablicę, na której notujemy, ilu jest ludzi i ilu możemy przyjąć. Obecnie jest 14 wolnych miejsc. To nie są zbyt luksusowe warunki, ale myślę, że nasi goście są szczęśliwi, że mają dach nad głową, mogą się wykąpać i zjeść ciepły posiłek. Czują się bezpieczni. Siostry oszczędzają, na czym mogą. Same marzną, ale dbają, żeby dzieciom i młodym kobietom było ciepło.

Po chwili dodaje: - Okoliczni mieszkańcy przynoszą wiele darów. Bardzo się starają, aby panie i dzieci mieli tu wszystko, czego potrzebują: środki czystości i higieny osobistej, ubranka i zabawki oraz artykuły spożywcze. Ukrainki we własnym zakresie przygotowują śniadania i kolacje, a obiady są dowożone z Niepołomic przez firmę cateringową. Troszczą się o to miejsce jak o swój dom, zresztą w tym momencie to jest ich dom.

Kobiece siły

Reguła benedyktyńska uczy modlitwy i pracy. Obecnie w opactwie w Staniątkach mieszka dziewięć sióstr. Większość jest w podeszłym wieku, a jak same przyznają, powołań jest dziś coraz mniej, więc i szanse na to, że w ich progach staną nowicjuszki, są niewielkie. Obowiązków mają mnóstwo: gotowanie posiłków, praca w ogrodzie, sprzątanie domu gościnnego i klasztoru, obsługa uli i obory (hodują krowy i osły), pranie i szycie - to wszystko jest na bieżąco do zrobienia. Po dawnych rozległych majątkach ziemskich pozostał ogród, w którym mieszczą się szklarnie, pólko uprawne i stawy rybne. Nie wszystkiemu w takim gospodarstwie podołają kobiece siły, siostry zatrudniają więc pracowników z okolicy, pomagają też wolontariusze.

Mniszki radzą sobie, jak potrafią, z utrzymaniem opactwa. Sprzedają karpie, pomidory szklarniowe, przetwory spożywcze według własnych receptur, miody, sery i chryzantemy. Pozyskane środki finansowe przeznaczają na utrzymanie klasztoru i niezbędne remonty budynków o historycznej wartości, które trzeba zachować i przekazać następnym pokoleniom.

Wychodzę na zewnątrz, gdzie czeka na mnie ksieni opactwa - siostra Stefania. W ogrodzie panuje przyjemna cisza.

- Pomoc ludzi dla klasztoru od kilku lat jest bardzo duża, życzliwa i z serca. Czujemy ją i jesteśmy ogromnie wdzięczne. Codziennie wspieramy modlitwą naszych darczyńców - mówi.

W ostatnich dniach lutego do Staniątek trafiły osoby z różnych miejsc ogarniętego wojną kraju. Większość z nich to kobiety z dziećmi i kilka starszych pań - babcie, mamy, teściowe. Do Polski przyjechały z tym, co zdołały szybko zabrać ze sobą. Zakonnice były świadkami niezwykle poruszających scen, gdy uchodźcy docierali do ich klasztoru. Wyczerpani, zmęczeni, przemarznięci.

- Mam nadzieję, że jest im u nas dobrze, a przede wszystkim bezpiecznie. Staramy się stworzyć im rodzinną atmosferę, żeby czuli się jak u siebie. Wspiera nas bardzo dużo ludzi. Przynoszą jedzenie i ubrania. Ta wojna zjednoczyła całe Staniątki i Niepołomice.

Pierwsze osoby, które trafiły do sióstr, przyjechały spod Kijowa. Nocowali tu także Afgańczycy, Syryjczycy i Palestyńczycy. Początkowo przyjeżdżali ci, którzy mają kogoś w Polsce lub za granicą. Obecnie do Staniątek trafiają ludzie, którzy uciekają, bo nie mają innego wyjścia. Widzieli wojnę z bliska, są przerażeni jej okrucieństwem.

- Większość uchodźców liczy, że szybko wrócą do domów, choć nie wiadomo, czy te domy jeszcze stoją. Niektóre kobiety mają kontakt z bliskimi, inne nie. Te rozłąki są bardzo trudne. Panie siedzą w ogrodzie wieczorami i palą papierosy z nerwów. Nie chcą przy dzieciach rozmawiać o trudnych sprawach, żeby się nie martwiły. Tym ludziom nie jest łatwo. Nie chcą jechać gdzieś dalej, mówią, że będzie daleko wracać. Wciąż mają nadzieję, że wrócą.

Schronienie u benedyktynek znalazła pani Janina spod Kijowa.

- Zabrałam dzieci i uciekłyśmy. W Ukrainie zostali mężczyźni z naszej rodziny. Mąż, który jest kowalem, wstąpił do obrony terytorialnej i przygotowuje naszą miejscowość do obrony, budując zapory z żelaza. Na szczęście co jakiś czas mogę z nim porozmawiać przez telefon. Kiedy dotarliśmy tu, do sióstr, dwa dni przespałam. Teraz organizuję dla nas jakieś zajęcia. Nie chcemy być tu ciężarem. Chcemy pracować, pomagać. A jak wojna się skończy, wrócić do domu i odbudowywać kraj ze zniszczeń - mówi Ukrainka.

Nocleg w kaplicy

Zarówno pani Janina, jak i inni uchodźcy mieszkający u sióstr benedyktynek, gdy już odpoczną po szoku związanym z wojną, potrzebują pracy. A ich dzieci miejsc w szkołach. Większość z nich chce wrócić do Ukrainy po zakończeniu wojny. Problem w tym, że nikt nie wie, ile ten koszmarny konflikt potrwa. Niektóre dzieci mieszkające w opactwie są już zapisane do szkół w Staniątkach i Niepołomicach. Dorośli natomiast starają się o pracę. Jedna pani znalazła zatrudnienie w szpitalu jako pielęgniarka, inna w Domu Pomocy Społecznej.

- Dzwonił do mnie starszy pan - mówi siostra Stefania. - Chciał przyjąć panią z Ukrainy do sprzątania. Pojechały we dwie z obawy przed nieznanym miejscem, sprzątnęły i wróciły zadowolone. Miałam też propozycję spoza Krakowa od pani, która ma bardzo duży dom po rodzicach. Potrzebuje kogoś, kto pomoże go posprzątać. Sądzę, że takich ofert będzie więcej.

U sióstr schronienie znajdują wszyscy: wierzący i niewierzący, prawosławni i katolicy. Nikt ich nie pyta o wyznanie, ani o to, co przeszli. Jedni zostają na kilka dni, inni nocują i jadą dalej, kilka osób mieszka tu od początku wojny. Wszyscy podczas pobytu w tych murach stają się dzięki siostrom jedną rodziną. Czy opowiadają swoje historie?

- Staram się nie wypytywać. Przybywają do nas różni ludzie. Ktoś musi porozmawiać o tym, przez co przeszedł, a inny nawet nie chce wspominać. Ludzie doświadczyli strasznych rzeczy, a ich ból jest bardzo silny. Nie muszę oglądać wiadomości, wystarczy spojrzeć w oczy tych ludzi, aby zobaczyć, przez co przeszli. Po kilku dniach zaczynają się uspokajać i jest trochę lżej. Troje dzieci przebywa u nas od 26 lutego. Początkowo, widząc nas w stroju zakonnym, dzieci są onieśmielone i niepewne. To jednak szybko mija. Dziś czują się tu jak w domu, a zakonnice traktują jak ciotki - uśmiecha się ksieni.

Po chwili bierze mnie pod rękę i prowadzi przed jeden z budynków opactwa.

- Widzi pani ten fryz? Niedawno został odnowiony, jest teraz piękny i wyrazisty. Jeszcze trochę brakuje, by go dokończyć, ale w tym roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznało nam dotację. Bardzo się cieszymy, może uda się dokończyć prace? Dachy naprawiamy od 2012 roku. Opactwo wygląda coraz piękniej. W tym roku prosiłyśmy o dofinansowanie remontu domu gości. Dwa lata temu dach zaczął przeciekać. W czasie deszczów sufity wisiały. Stropy są tu drewniane, tylko deski i słoma. A teraz dom gości przekształciłyśmy w schronienie dla uchodźców. Może by woleli mieć osobne pokoje, dla każdej rodziny, ale staramy się, pomieścić jak najwięcej ludzi - mówi siostra Stefania.

Uchodźcy mieszkają nie tylko w pokojach w domu gości. Siostry oddały do ich dyspozycji także tamtejszą kaplicę, z której wcześniej przeniosły Najświętszy Sakrament.

Na podłodze ułożono materace. Może tu spać dwanaście osób.

- Życzliwość ludzka wywodzi się z miłości do Pana Boga, który jest najwyższą wartością dla każdej z nas. Nie można iść do klasztoru z innego powodu. W Bożej miłości ma sens każdy wysiłek, który tu podejmujemy. Mamy kilkanaście pokojów, które oddałyśmy uchodźcom. Nie są to jakieś luksusy i apartamenty, ale można się wykąpać, są toalety, jest ciepła woda. Staramy się ogrzewać ten dom znacznie bardziej niż nasz klasztor. Ci ludzie są w podróży długi czas, trafiła do nas pani, która szła z dziećmi siedem dni.

Wszyscy potrzebują tego samego: ciepła i odpoczynku.

Z potrzeby serca

Spacerujemy we dwie po zalanym słońcem ogrodzie.

W pewnym momencie siostra Stefania woła:

- Tośka! Zostaw go, zostaw! I wyjaśnia: ten pies kiedyś oberwie. Osły są cierpliwe do czasu.

Rzeczywiście, po chwili naszym oczom ukazują się dwa osły, trochę zdenerwowane z powodu szczekania psa. To kolejny, tym razem zabawny obrazek z klasztoru.

Po przerwie siostra Stefania opowiada mi o opactwie, które stanowi skarbiec narodowy, pełen bezcennych dóbr kultury - literatury, malarstwa i rzeźby oraz przedmiotów sakralnych, których część można podziwiać.

- Można do nas przyjechać, by zobaczyć piękny, XIII-wieczny kościół. Namiastkę naszych zbiorów prezentujemy w salce muzealnej, jednak marzymy o tym, by móc się nimi naprawdę pochwalić. Dlatego kilka lat temu postanowiłyśmy wybudować muzeum. Budynek już stoi w stanie surowym - dodaje siostra Polkowska.

W budynku muzealnym mają się pomieścić także pracownie naukowe, magazyny dla najcenniejszych zbiorów, które wymagają odpowiednich warunków konserwatorskich i archiwum. Budynek będzie pełnił funkcję muzealną i naukowo-badawczą. Będą tam organizowane konferencje, warsztaty i koncerty.

Mijamy poszczególne zabudowania i ponownie docieramy przed dom gości, gdzie rozpoczęłyśmy spacer.

- Paniom jest tu chyba dobrze. Mają do dyspozycji ogród i park, teren jest ogrodzony, bezpieczny. Jedna rodzina gdy odpoczęła, chciała wyjść na zewnątrz, za bramę. Otworzyłam. Pani się rozejrzała i stwierdziła, że jednak woli zostać za murem klasztornym.

Zapytana o decyzję o przyjęciu uchodźców siostra Stefania mówi, że dla niej jest normalną sprawą, że trzeba pomóc. I jeśli jest miejsce, nie ma za bardzo nad czym myśleć. Jest potrzeba, więc się pomaga.

- Nie mamy w regule, że klasztor będzie konkretnie robił to czy tamto. W pewnych wiekach było przepisywanie ksiąg i nauczanie uprawy ziemi. Potem było szkolnictwo i internat, bo takie były potrzeby. W tej chwili trzeba pomóc uchodźcom z Ukrainy. Nie można postąpić inaczej. Ci ludzie mają już dość siedzenia w piwnicach, kilkudniowych podróży w zatłoczonych pociągach, ucieczki przed wojną.

Siostra Stefania jest mocno poruszona skalą pomocy. Jak mówi, życzliwość ludzi jest ogromna. Być może wynika to z zaufania, jakim obdarzają zakonnice okoliczni mieszkańcy?

- Przynoszą do zakonu więcej niż w inne miejsca - opowiada. - Z darów korzystają nasi goście, a także ci, którzy przyjęli w domach uchodźców. Wiele produktów wysyłamy na wojnę, na przykład męskie buty, kurtki, ciepłe spodnie czy konserwy. Kiedyś miałam telefon z Norwegii. Dzwonił pan, że był w Przemyślu i nikt nie chciał przyjąć rzeczy, które przywiózł. Powiedziałam: mamy długie korytarze, przyjmiemy, a potem komuś oddamy. Jest wielka otwartość serc ludzkich. Z jednej strony dzieje się tyle zła, a z drugiej - ludzie potrafią wykrzesać z siebie ogrom dobra.

Siostra odprowadza mnie do klasztornej bramy, przed którą kilku chłopców wciąż kopie piłkę. Mamy obserwują ich, siedząc na ławce i paląc papierosy. Zastawiam się, jak długo klasztor będzie działał w tym mocno nietypowym trybie.

Siostra Stefania, podając mi rękę na pożegnanie, odpowiada:

- Nie myślę, jak długo to potrwa. Kto to może wiedzieć? Wszystko w rękach Boga. Wytrzymałyśmy już prawie miesiąc i dziękujemy za to. Bóg dał nam tych ludzi i pilnuje, aby nikomu niczego nie brakowało. Dewizą naszego zakonu są słowa „Módl się i pracuj”. Służymy, czym możemy. Zrozumiałyśmy, że musimy otworzyć nasz klasztor - tym razem na potrzeby uchodźców. Dać uciekającym przed wojną Ukraińcom dach nad głową, żywność i bezpieczne schronienie.

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.