Stanisław Kogut: żeby tylko ludzie nie pomyśleli, że nawiedzony jestem

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz
Maria Mazurek

Stanisław Kogut: żeby tylko ludzie nie pomyśleli, że nawiedzony jestem

Maria Mazurek

Mam tysiące dowodów na to, że Anioł Stróż nade mną czuwa - mówi Stanisław Kogut, senator PiS, który w Stróżach (gmina Grybów) wybudował ośrodki dla chorych

Porozmawiamy o Aniele Stróżu?

Myślałem, że o Aniele Stróż. Tak mnie niektórzy dziennikarze nazwali, jak zobaczyli co tu, w Stróżach, zrobiłem.

A osobisty Anioł Stróż panu w tym pomógł? Wierzy pan w ogóle w jego obecność?

Co się pani pyta, jak pani wie doskonale, że ja w Opatrzność bardzo wierzę. Po pierwsze jestem katolikiem i dla mnie dekalog jest od dziecka kierunkowskazem do postępowania i życia. A jakbyśmy weszli w nauki naszej wiary, to wiemy, że aniołowie są przy Bogu i przy Matce Boskiej. No i wierzę, że każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, co stoi nad nim i się opiekuje.

Poczuł pan kiedyś jego interwencję?

Najdobitniej to 10 kwietnia 2010 roku. Zachęcali mnie, żebym leciał tym samolotem na obchody w Katyniu. Ale pojechałem koleją.

A mniej dobitnie?

Takich przykładów to są tysiące. Jak są ciężkie sytuacje, to idę do kościoła, pomodlę się, podzielę problemami z Duchem Świętym i szybciej one są rozwiązane. Tak mnie wychowali rodzice.

Jacy byli?

Urodziłem się w rodzinie chłopsko-robotniczej, nigdy tego nie ukrywałem. W Białej Niżnej. Mama, moja kochana mama, zawsze wpajała mi zasady miłości do drugiego człowieka, mówiła, że chlebem trzeba się dzielić, jeżeli ktoś jest w potrzebie. Że drugiego człowieka zawsze trzeba traktować jako podmiot. Tę dewizę czynię, szanuję i się nie wstydzę; żyję tak, jak nauczyła mnie mama. Mama już nie żyje, na jej pogrzebie 1,5 roku temu podziękowałem jej, że mnie nauczyła tych zasad dzielenia się chlebem, że nauczyła mnie modlitw Zdrowaś Mario i Ojcze Nasz.

Ilu was było w domu?

Czterech braci. Same chłopaki. Dziś nas żyje trzech, bo brat Wiesław zmarł młodo na raka. Ale żeby nie było, że mama same problemy z nami miała! I garnki umyliśmy, i skarpetki popraliśmy!

Co robił tato?

Robotnikiem był i jeszcze ziemię uprawiał. Tyle że ziemi to niewiele było, półtora hektara, to co tej ziemi? Ino żeby jakieś ziemniaki sadzić, trochę zboża, żeby łąka dla krowy była, bo i krowa u nas była.

Jak to się stało, że ze skromnej rodziny chłopsko-robotniczej pan na senatora wyrósł?

A, piąłem się po tych wszystkich szczeblach solidarnościowych. Byłem przewodniczącym, tutaj w Stróżach, międzyzakładowej Solidarności, następnie długie lata byłem przewodniczącym okręgowej sekcji kolejarzy w Krakowie, a później już na całą Polskę. Aż w 2005 roku pan prezes Jarosław Kaczyński zaproponował mi kandydowanie z Prawa i Sprawiedliwości do Senatu Rzeczpospolitej. Tak się zaczęła moja działalność polityczna i jestem już czwartą kadencję. No i powiedzmy tak: uzyskuję te najlepsze wyniki procentowe w kraju.

Pan o Kaczyńskim z szacunkiem się wypowiada, a przecież ostatnio chciał pana odwołać z funkcji pełnomocnika PiS na Sądecczyźnie?

Taka jest polityka. Ale ja zdania o panu prezesie nie zmienię - nigdy nie ukrywałem, że uważam go za męża stanu. To, co tu w górach jest przekazywane od dziada-pradziada, „Bóg, honor, ojczyzna”, jest głównym mottem jego działalności.

Pomagałem, pomagam i będę pomagał. Bo, jak powiedziałem, dekalog to podstawa mojego działania, a drugi człowiek jest dla mnie najważniejszy

„Taka jest polityka”. Czyli to brudne miejsce, gdzie królują gierki, układy, kopanie dołków?

Taka prawda. Ale powiem tak: w polityce też można być uczciwym człowiekiem. Można wiele rozmów bez żadnych układów prowadzić.

Marzył pan o karierze politycznej?

Gdzie tam. Zdecydował przypadek. Ja byłem wielkim domatorem, kochałem życie rodzinne. Nie chciałem nawet kandydować na tego przewodniczącego sekcji kolejarzy w Krakowie. Jak przyjechałem do Krakowa pociągiem, powiedziałem, że nigdzie nie kandyduję, bo dla mnie życie rodzinne jest najważniejsze.

Pamiętam dobrze, jak koledzy weszli na mój światopogląd i jednoznacznie mnie przekonali, że nie mogę być przeciwko temu, co sam głoszę. I wtedy zdecydowałem się kandydować do okręgowej sekcji. O tym, że zostałem wybrany, zdecydował ino jeden głos.

A później?

Później tak jakoś zostałem w tej polityce. Jak się pewien pułap osiągnie, nie da się już cofać. Muszę iść do przodu, bo ludzie we mnie wierzą. Tylko żeby pani tak tego nie odebrała, że pycha przeze mnie przemawia - ale prawda jest taka, że ludzie wiedzą, że ja zawsze staram się pomóc. I już muszę to robić.

Czasem tylko do żony mówię i się śmieję, że autentycznie nie wiem, jak kiedyś zostanę osądzony na Sądzie Ostatecznym. Czy nie zostanę ukarany za to, że kiedyś rodzinę zaniedbałem? Bo to zawsze kosztem rodziny się odbywa. Polityka jest polityką, ale ktoś zawsze musi na tym ucierpieć.

Dzieci ile pan ma?

Troje. Teraz już są dorosłe, mają pozakładane swoje rodziny, swoje życie, swoje dzieci. Odpowiadają za siebie, a dziadkowi i babci pozostaje się cieszyć, jak wpadną z rodzinną wizytą. Więc teraz już lżej jest, ale gorzej było, jak dzieci do szkoły chodziły i cały obowiązek ich wychowywania spadł na żonę. Jestem pełny podziwu dla niej.

Żona kiedyś się denerwowała, mówiła: „Stasiu, weźże rzuć tę politykę i zajmij się nami”?

Nigdy. Ja mam cudowną żonę, niezwykle opanowaną. I powiem szczerze, że jesteśmy ze sobą 39 lat i jeszcze nie mieliśmy się czasu pokłócić.

Jak się poznaliście?

A, grałem w piłkę nożną w Kolejarzu Stróże, a ona chodziła na mecze. No i na meczu myśmy się poznali.

To kibicem żona była?

E tam, bez przesady. Każdy tu chodzi na mecze Kolejarza Stróże.

Tak jak i każdy pana tu zna. Wybudował pan tu ośrodek rehabilitacyjny, przedszkole…

Nie tylko mamy ośrodek rehabilitacyjny na 120 pacjentów i przedszkole na 80 dzieciaków. Ale też: warsztaty terapii zajęciowej, gdzie jest ponad 30 niepełnosprawnych uczestników, którzy uczą się szyć, gotować, obsługiwać komputer. Później są wypuszczani na rynek pracy i dla nich mamy zakłady aktywizacji zawodowej, gdzie oni pracują na pralni, w stadninie koni, w pasiece, i normalną pensję za to dostają (No i muszę zadzwonić dla precyzji.

Halo, jakie ty masz pracownie tam? Hodowlaną, ogrodniczą, marketingową... Powoli. Pralnię i pasiekę. I ci ludzie mają normalne zarobki, tak? A, 0,8 etatu mają najniższe).

Dobra, to jedziemy dalej. Mamy stadninę koni z hipoterapią, psy husky do rehabilitacji dzieci niepełnosprawnych. Mamy ośrodek dla chorych na stwardnienie rozsiane. No i jeszcze jest hospicjum. Kontrakt mamy na 23 osoby. Tam praca jest najcięższa.

Jeden więzień tu pomaga w obsłudze ludzi chorych (bo mamy podpisaną umowę z zakładem karnym w Nowym Sączu, i wozimy ich codziennie do pracy), bo to są ludzie ciężko chorzy na nowotwory, mają odleżyny, trzeba ich przewracać z boku na bok, bo ruszać się nie mogą. Ja powiem tak: ten oddział darzę ogromnym, ogromnym sentymentem.

Skąd on się wziął?

Mówiłem pani, że mój brat zmarł młodo. 42 lata miał. Na raka. Kiedy umierał, obiecałem mu, że wybuduję coś, by ludzie godnie schodzili z tego świata. To był dla mnie jeden z najtrudniejszych momentów w życiu, kiedy jego 16-letni syn, który cały czas czuwał przy jego łóżku, zapytał mnie: Wujek, jak jest pan Bóg, to czemu zabiera mojego tatę?

Polityka to polityka, a żebranie - to żebranie. Ja żebrałem, żebrzę i będę żebrał dla chorych, biednych bezrobotnych

I co pan mu odpowiedział?

Że może tata już dorósł do świętości i dlatego pan Bóg go zabiera do siebie.

Zanim jednak pan Bóg ludzi zabiera, te ostatnie dni, tygodnie potrafią być bolesne, trudne, chorym nie zapewnia się godziwych warunków. Budowa tego hospicjum to jest realizacja tego testamentu. Liczba naszych pacjentów, którzy odeszli do Pana na przestrzeni tych 10 lat, jest dla mnie porażająca.

Jaka to liczba?

550. Teraz jeszcze myślę, żeby wybudować ośrodek dla chorych na autyzm. Jak ich rodzice umierają, to oni zostają sami. Chcemy wybudować ten ośrodek, żeby mieli zabezpieczenie do ostatnich dni życia.

Ale pierwszy był ośrodek rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych?

Tak. Od niego się to wszystko zaczęło. Jak już doszedłem na te wyżyny, stwierdziłem, że chcę pomagać, że to będzie moje podziękowanie dla nauczycieli i innych osób, które pomogły mnie.

A dlaczego podjąłem decyzję, żeby pomagać akurat niepełnosprawnym? Wybór był prosty: w pamięci utknął mi niepełnosprawny kolega, z którym chodziłem do szkoły. I różnie był traktowany.

Kiedyś było inne podejście do dziecka niepełnosprawnego, szczególnie na wsi. Uważano, że to kara od Boga. Takie dzieci zamykano w komodzie, zostawiano na miedzy, jak szli do prac rolnych. Marzyłem, żeby w Polsce była tolerancja.

I naprawdę uważam, że to marzenie się spełniło. Że ludzie przestali się wstydzić własnych dzieci. Kiedy widzę w przedszkolu jak pełnosprawny pomaga niepełnosprawnemu, albo niepełnosprawny pełnosprawnemu, to serce mi rośnie, że już w Polsce jest ogromna tolerancja.

Polityka pomaga panu w prowadzeniu fundacji?

Powiedzmy sobie tak: ja oddzielam działalność społeczną w fundacji od działalności politycznej. A w fundacji nie mam żadnych udziałów, ja ani nikt z mojej rodziny. Nie jestem też w żadnej radzie fundatorów. W każdej chwili rada fundatorów może podjąć decyzję i powiedzieć: Ej, senator Kogut, odwołujemy pana z funkcji prezesa zarządu fundacji.

Doprowadziłem też do takiego zapisu, że w razie, nie daj Boże, upadku fundacji, cały majątek idzie na fundację o podobnym profilu działania.

Polityka to polityka, a żebranie - to żebranie. Ja żebrałem, żebrzę i będę żebrał na rzecz chorych, bezrobotnych, pokrzywdzonych przez los. Proszę firmy i osoby prywatne.

Pomagałem, pomagam i będę pomagał. Bo, jak powiedziałem, dekalog to podstawa mojego działania, a drugi człowiek jest dla mnie najważniejszy.

Czy w Stróżach zdarzają się cuda?

Nieraz. Musiałaby pani przyjść kiedyś do mnie na dyżur w fundacji.

A choć jeden przykład?

Przyszła młoda kobieta, strasznie płacząca. Pytam jej, co się dzieje. A ona że ma córkę, małą dziewczynkę i że lekarze zdiagnozowali u tego dzieciątka nowotwór pnia mózgu. Mówię do niej: niech pani idzie na IV piętro, pomodli się przed Najświętszym Sakramentem i proszę podejść też, bo mamy tu relikwie ojca Pio.

A ja w tym czasie zadzwoniłem do kliniki, do pana dyrektora, czy tak jest, jak ta dziewczyna mówi. Po konsultacjach pan profesor stwierdził, że nie ma ratunku dla tego dziecka. I jednego dnia patrzę, a w drzwiach stoi ta kobieta, uśmiechnięta, szczęśliwa, i jest z nią jej córeczka, która w rękach trzyma obrazek „Jezu, ufam Tobie”, kwiaty i bombonierkę też trzyma. I mówią, że przyszły podziękować, bo dziewczynka jest zdrowa. Cud.

Ale takich przypadków jest więcej. To też prawda, że medycyna teraz jest na wysokim poziomie, a lekarze są cudowni (protestuję przeciwko takiemu mówieniu, że lekarze są źli - wszędzie znajdzie się czarna owca, ale ogólnie to są wspaniali ludzie), ale ingerencja boska też tu na pewno istnieje.

Zdarza się, że pan się za tych ludzi modli?

Po pierwsze ja codziennie się modlę rano i wieczorem. Wieczorem robię sobie też rachunek sumienia przed krzyżem i przed własnym sumieniem. No i jak coś w dzień pomogłem, to dziękuję panu Bogu, że mogłem pomóc. Jak nie pomogłem, to zastanawiam się, czemu byłem taki nieudolny. Modlę się za wszystkich, których spotkałem.

Za przyjaciół i za tych, którzy mnie nie lubią. Uważam, że nienawiść trzeba zawsze zwyciężać miłością. Potem jest wiele razy tak, ze ludzie, którzy mi źle życzyli, po latach stają się moimi orędownikami i naprawdę bardzo dużo pomagają naszej fundacji. Także ja nigdy nie traktuję drugiego człowieka jako wroga, nie dyskryminuję ludzi o innych poglądach.

O takim Arkadiuszu Mularczyku na przykład nie najlepiej pan się wypowiadał.

E, bez przesady. On może mieć odmienne poglądy, ale nie jest tak, żebym go nie lubił, żebym źle mu życzył czy jakoś szczególnie brzydko o nim mówił. Ja jestem katolik, uważam, że Jezus, nikt inny, to jest król tego świata.

Ja zasadę wyznaję, że trzeba się poddać woli Bożej, a wtedy pan Bóg czuwa nad podejmowanymi decyzjami i wspiera te działania, które są podejmowane dla drugiego człowieka.

Wiara jest „wygodna”, bo ma się poczucie, że ktoś nad nami czuwa?

Ja wierzę, że jeśli poddam się woli Bożej, pomodlę, to nad tym czuwa Bóg, Jezus, Anioł Stróż. Wiele razy, jak się modlę, by drugiemu człowiekowi krzywdy nie wyrządzić, to jestem potem wyciszony, spokojny, a decyzje, które podejmuję po modlitwie, okazują się trafnymi.

Więc wiara jest wygodna, bo daje spokój. Ale jest też niewygodna, bo człowiek tym bardziej musi żyć uczciwie i porządnie. Kochać innych. Wybaczać. A ludziom w głowach się nie mieści, że można coś bezinteresownie dla innych ludzi robić.

Ale pani redaktorka będzie miała spisywania! Tylko żeby ludzie nie pomyśleli, że jakiś nawiedzony jestem.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Wrocławskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Wrocławskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Wrocławskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.