Sonia Bohosiewicz: Cieszę się, że kobiety dochodzą do władzy

Czytaj dalej
Paweł Gzyl

Sonia Bohosiewicz: Cieszę się, że kobiety dochodzą do władzy

Paweł Gzyl

„Dziesięć sekretów M.M.” to tytuł płyty, na której Sonia Bohosiewicz wykonuje dawne szlagiery Marilyn Monroe. Z okazji premiery albumu, popularna aktorka opowiedziała nam, jak walczy o pozycję kobiet w polskim show-biznesie.

Skąd u pani fascynacja postacią Marilyn Monroe?
To ikona kina. Na dźwięk jej imienia i nazwiska każdy ma od razu w głowie słynny warholowski obrazek. To symbol, który jest bardzo głęboko w naszej świadomości. Pomimo, że mija czas, jej postać w ogóle się nie przyprósza kurzem. Nie mówię tu tylko o filmach, ale o jej wyglądzie, stylizacjach czy modzie. Nawet kiedy się wejdzie do Ikei, to znajdzie się jakiś kubek, poduszkę czy pościel z jej wizerunkiem. Masa ludzi robi na niej miliony. Ta gwiazda w ogóle nie przygasa.

Co jest w niej takiego pociągającego?
Myślę, że jest w niej coś tajemniczego. Pod tymi równiutko wyrysowanymi ustami w lekkim półuśmiechu, pod tym słynnym gestem przytrzymywania podwiniętej sukienki nad wentylacyjną kratką metra, pod półprzymkniętymi powiekami z idealną czarną kreską, kryje się w jej oczach jakiś niesamowity smutek. To połączenie powoduje fascynujący dysonans.

No właśnie: jak się ma ten medialny wizerunek Marilyn do jej prawdziwego życia?
Producenci z Hollywood wypromowali ją jako słodką i głupiutką blondynkę. Ten wizerunek dlatego miał jednak takie powodzenie, że widać w nim pewnego rodzaju złamanie. I nawet jeżeli to jest podświadome, my to odbieramy. Za tą powłoką widzimy, że jest głęboka i czarna przepaść, która wciąga widza. Z drugiej strony, jest to ułożone w pyszny śmietankowy tort.

Marilyn była osobą wykorzystaną przez przemysł filmowy?
Całe życie musiała poddawać się woli hollywoodzkich bossów. Próbowała jednak nieustannie walczyć o siebie. Marilyn miała wyjątkowy zmysł do biznesu. Pomimo, że całe życie była wtłaczana w obraz seksownej blondynki, kiedy robiła sobie jakiekolwiek zdjęcie, które nie pochodziło z filmu, zawsze starała się być z książką w ręce lub być na tle książek. Tak bardzo chciała odejść od tego hollywoodzkiego wizerunku i zawalczyć o siebie. Role, które dostawała od producentów, nie przynosiły jej szczęścia. Niestety takie były czasy: aktorki podpisywały kontrakty na kilka lat i musiały grać w 6-7 filmach w tym czasie. Wtedy studia filmowe dyktowały co ma się grać, nie można było odrzucić scenariusza. Homoseksualni aktorzy musieli się żenić, aktorki miały usuwane ciąże, bo matki nie są seksowne. Wszystko to działo się z polecenia firm producenckich, które sterowały życiorysami gwiazd.

Czy w takim razie Marilyn jako ofiara show-biznesu, może być inspirująca dla kobiet z XXI wieku?
To była niewiarygodnie silna kobieta. Oczywiście większość z nas postrzega ją tak, jak to nam narzucili bossowie z Hollywood. Ale kiedy poczyta się jej biografie i obejrzy poświęcone jej dokumenty, to widać niesamowicie silną kobietę, która musiała lawirować w tym męskim świecie. I nie poddała się aż do samego końca. Dlatego dla mnie jest postacią wręcz feministyczną. Oczywiście na tyle, na ile na tamte czasy mogła ugrać. Ewenementem na skalę światową było wówczas to, że założyła własną firmę producencką – Marilyn Monroe Production. To było niesamowite. Myślę że, na wieść o tym, ci mężczyźni z Hollywood, którzy byli jej „właścicielami”, pospadali ze swych skórzanych foteli, krzycząc: „Jak to „coś” ma czelność stawać z nami w szranki? Przecież to my zmieniliśmy jej twarz i kolor włosów, nauczyliśmy ją jak się ma poruszać. I teraz ten nasz „produkt” ma robić filmy tak jak my?” A Marilyn miała wielkie plany, chciała wyprodukować Dostojewskiego, zagrać Gruszeńkę. Oczywiście bossowie z Hollywood zrobili wszystko, by jej firma upadła. Ale pomimo to, że była nieustannie faszerowana tabletkami i przez większość swojego życia musiała się głodzić, by sprostać ich pomysłom na kostiumy, nie stoczyła się. Po upadku swej firmy wróciła do Hollywood – i znów grała w filmach.

Teraz dostajemy pani płytę z piosenkami Marilyn Monroe. Jak to się stało, że zaczęła pani śpiewać?
Ja śpiewam od zawsze. Kiedy wymyśliłam za młodu, że chciałabym występować na scenie, zastanawiałam się, czy chciałabym być aktorką czy wokalistką. Z czasem poszło to w stronę teatru, ale od samego początku wykorzystywałam swą łatwość przekazu, jeśli chodzi o śpiew. Po prostu o wiele łatwiej mi się śpiewa niż gra. A to oznacza, że mam większy talent w tym kierunku. Dlatego od czasu krakowskiej szkoły brałam udział w różnych śpiewanych przedsięwzięciach. Czy w koncercie piosenek Agnieszki Osieckiej na festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu czy w koncercie-hołdzie dla Ewy Demarczyk w Opolu. Prawdziwym przełomem był jednak dopiero mój udział w filmie „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, na planie którego spotkałam się z jazzem.

Nie obawiała się pani skoczyć na tak głęboką wodę?
Na początku trochę się wystraszyłam. W naszych głowach mamy zakodowane, że jazz jest naprawdę dla wybranych. Tymczasem nic bardziej mylnego. Są to przepiękne utwory, które dają możliwość improwizacji. Dla mnie jazz to wolność w śpiewaniu. Początkowo podeszłam do jazzu na palcach, ale w trakcie kolejnych lekcji do filmu, poczułam, że to są absolutnie moje buty i uwielbiam być w tym świecie. Na planie „Excentryków” spotkałam Wojtka Karolaka, który był tam konsultantem. Po zakończeniu zdjęć, dostałam od niego telefon: „Sonia, przyjechałabyś na koncert do Zakopanego na festiwal jazzowy?”. „Ale jako kto?” – spytałam. „Jako wokalistka!” – usłyszałam w odpowiedzi. I pojechałam. Potem ta przygoda potoczyła się dalej. Wzięłam udział w koncercie dla Dudusia Matuszkiewicza na festiwalu filmowym w Gdyni, gdzie jazzmani zaprosili mnie jako jedyną śpiewającą gwiazdę. Poczułam się więc zaskoczona i doceniona. Potem miałam inny koncert - z Herdzinem i Ptaszynem-Wróblewskim. Ale oczywiście marzyłam o tym, by mieć swój własny recital. Zaczęłam szukać tematu takiego spotkania, coś, czym mogłabym się na scenie podzielić z publicznością. I wtedy wpadła mi do głowy Marilyn. Ona połączyła film i muzykę, jazz i tamte czasy, była też aktorką i też blondynką jak ja.

Śpiewając te piosenki, wciela się pani w Marilyn?
Nie. Ja nie podrabiam Marilyn. Wykonuję te utwory po swojemu. Opowiadam o niej, o moich odkryciach na jej temat, odsłaniam sekrety z jej życia. Po tym półtoragodzinnym spotkaniu, ludzie przychodzą do mnie i mówią, że to jest kompletnie inna kobieta niż myśleli. To jest mój pomysł na to, by opowiedzieć o niej jako o zupełnie innej osobie niż ta, którą mamy w głowach.

Nie miała pani ochoty unowocześnić tych utworów?
Nie chciałam pozbawić tych utworów ich DNA. Czyli tego, jak zostały napisane: swingu, big-bandu, tego brzmienia, które mamy w uchu. Nie jestem rewolucjonistką, jeżeli chodzi o takie rzeczy. Uważam, że tego, co jest idealne, nie należy poprawiać.

Myśli pani, że takie piosenki mogą być dzisiaj atrakcyjne dla młodego słuchacza?
Na pewno. To są rzeczy, które nie giną. Świadczy o tym grany w każdym radiu Frank Sinatra. To tak jakby bać się, że skończy się moda na Chopina. Są rzeczy klasyczne i one się nigdy nie zestarzeją.

Ile w tych piosenkach sprzed ponad pół wieku jest pani własnych przeżyć?
Wszystkie. Opowiadam w nich ze swojej perspektywy. Nie wcielam się w bezbronną i wykorzystywaną Marilyn z tamtych czasów, tylko opowiadam jak to się zmieniło, w którą stronę idzie, jak się cieszę, że kobiety dochodzą do władzy i do swoich praw. Jest w tym moja determinacja, moje przekonania, moja siła, moje poczucie humoru.

No właśnie: jakiś czas temu powiedziała pani w jednym z wywiadów: „Mam dość płaszczenia się i czekania na propozycje”. Co wywołało u pani taką reakcję?
Dokładnie to: czekanie i płaszczenie się. (śmiech)

Na tym polega w Polsce show-biznes?
To nie dotyczy tylko aktorstwa, ale każdego miejsca i zawodu. Kobiety wszędzie mają gorzej. To nie żadna nowość. Na ten temat są dokładne badania socjologiczne, określające ile kobiety mniej zarabiają, jak rzadziej awansują, jak mniej stanowisk kierowniczych zajmują. Są specjalistyczne terminy, opisujące te sytuacje: „ruchome schody” czy „szklany sufit”. Ja po prostu skonstatowałam, że mam tego „po kokardę”. I trzeba przestać robić na ten temat wykłady, tylko po prostu najnormalniej w świecie zacząć zmieniać.

Postanowiła pani wziąć sprawy w swoje ręce. I udało się?
Bardzo. Oczywiście nie wyważyłam wszystkich drzwi i nadal to się toczy. Ale czuję się wolna w tym, co robię. Zaczęłam produkować swoje spektakle i koncerty, zaczęłam wydawać swoje książki. Nigdy nie dostałam żadnego dofinansowania z ministerstwa czy z miasta. Sama sobie finansuję swoje rzeczy. Mam własną jednoosobową firmę, zatrudniam swoich muzyków. Nie czekam aż ktoś mnie obsadzi, tylko sama wymyślam projekty, które później robię.

Podoba się pani taka niezależność?
Oczywiście. Jestem wolna.

Była pani jedną z pierwszych i niewielu polskich aktorek, które głośno powiedziały, że kobiety w polskim kinie zarabiają mniej niż mężczyźni. Te gorzkie słowa pomogły?
To nie jest tak, że natychmiast wyrównały się wszystkie płace. Nadal zarabiamy mniej. Ale zaczęła się dyskusja na ten temat. Każda taka cegiełka powoduje następny krok. Jeżeli nie będziemy w ogóle na ten temat rozmawiać, to się nigdy nie zmieni. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że było to bardzo niewygodne. I wcale nie zostało radośnie przyjęte. Jeden z moich kolegów po fachu gorzko zażartował w moją stronę, kiedy spotkał mnie na planie: „Sonia, słyszałem, że zarabiasz za mało. Ile mam ci dopłacić?”. To inteligentny dowcip, który wybija z rąk wszystko i pokazuje ogromną niechęć do zmian i dyskusji na ten temat.

Nie zaszkodziła sobie pani tymi wypowiedziami?
Myślę, że zaszkodziłam. Producencki świat jest męskim światem. Myślę, że kilku producentów powiedziało: „Nie, nie, lepiej do niej nie dzwońmy. Już czuję jaka będzie szarpanina o pieniądze”. Myślę, że to się zadziało, ale biorę to na klatę. Wszystkie tego konsekwencje.

Całe szczęście sporo pani grywa. Jeśli chodzi o kino, są to ostatnio jednak drugoplanowe role.
Nie mam nic do drugoplanowych ról. A nawet do epizodów. Bardzo je lubię. To takie perełki, które można zagrać równie dobrze jak główne role. W przypadku małych ról, jest mniej materiału, można więc sobie pozwolić na większą charakterystyczność. Z drugiej strony drugoplanowe role obarczone są mniejszym ryzykiem, bo jak coś pójdzie nie tak, to nie położy się filmu. Dlatego cieszę się, że dostaję takie propozcje.

Trudno jest aktorce dostać w polskim kinie pierwszoplanową rolę?
Generalnie w kinie, nie tylko w polskim, ale i w światowym, nie ma zbyt wielu głównych ról dla kobiet. Większość z nich to role męskie. Cieszę się, że w ogóle powstają filmy z głównymi rolami dla kobiet. Na przykład ostatnio „Fuga” Gabrysi Muskały, która sama napisała ze swoją siostrą film i dziesięć lat zabiegała o jego sfinansowanie i zrealizowanie, żeby mogła zagrać w nim główną rolę. Są też inne dziewczyny, które zaczęły kręcić: Hajdas, Dębska, Szumowska. To jednak niskie budżety. Kobietom nie powierza się bowiem dużych filmów. Kiedy powstaje tego rodzaju produkcja, kobiety nie są w ogóle brane pod uwagę jako reżyserki.

Mówi się, że kino karmi się młodością. Aktorki w średnim wieku mają jeszcze mniej propozycji?
Producentom filmowym wydaje się, że nie ma zapotrzebowania na opowiadanie o świecie z perspektywy kobiety w średnim wieku. Za wielką wodą dziewczyny wzięły to jednak już w swoje ręce. Mamy przepiękne seriale, jak „Wielkie kłamstewka” czy „The Morning Show”. Tam kobiety w średnim wieku mają duże i ciekawe role. Ale wyprodukowały je same aktorki.

Aktorki często sięgają po zdobycze chirurgii plastycznej, by zachować urodę. Jak sobie pani radzi z presją kultu młodości w mediach?
Kobiety zawsze chciały być piękne. W każdym okresie czasu. Nawet w starożytnym Rzymie. Niezależnie od tego, czy miały 20 czy 40 lat. Robiły makijaże, czerwieniły usta, farbowały włosy. W każdej szerokości geograficznej. Kiedyś tylko wcześniej odsyłano je na boczny tor. Dziś całe szczęście to się zmieniło. Teraz kobieta po czterdziestce też może być uznawana za piękną i seksowną.

No właśnie: w Hollywood nie brak gwiazd w średnim wieku. Czyli idzie ku lepszemu?
Badania mówią, że to kobiety wybierają na co pójdą ze swymi partnerami do kina. Czyli to one kupują bilety. Dlatego producenci zorientują się niebawem, że James Bond z młodymi i seksownymi dziewczynami u boku jest już archaiczny. Wtedy okaże się, że można tak naprawdę dobre pieniądze zarobić na opowiadaniu historii z perspektywy kobiety, która nie jest dwudziestolatką. Bo przecież, kiedy ma 40 czy 50 lat, ma się bardziej wnikliwe spostrzeżenia na temat świata. To już trochę widać w filmach. Nie do zrzucenia z piedestału jest Meryl Streep, która nieustannie gra i opowiada się przez nią historie z pozycji kobiety, która już jest wręcz babcią.

Większość aktorek nie mogąc liczyć na kino, szuka pracy w telewizji. Pani lubi grać w serialach?
Bardzo. Ostatnio często pracuję w serialach. Najpierw wystartowałam z „39 i pół”, które było kilka dobrych sezonów, potem zrobiłam „Diagnozę” i wreszcie „Usta, usta”, które dopiero co skończyliśmy. Nie jestem jedynie związana z telenowelami, ale w nich nigdy nie chciałam brać udziału.

Wydaje się pani być obdarzoną naturalnym talentem komediowym. Tymczasem ostatnie pani role mają raczej poważny czy wręcz dramatyczny charakter.
Nie czuję tego. Dopiero zeszłam z planu nowych odcinków „Usta, usta”, jestem więc jeszcze w komediowym ciągu. Nie wydaje mi się, że nagle teraz zrobiłam się jakoś bardziej dramatyczna.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najważniejszą rolą w pani życiu jest rola mamy. Macierzyństwo wpłynęło na to, jaką jest pani aktorką?
Mam wrażenie, że to zupełnie inna część mojego życia niż praca. Po prostu jestem mamą i jestem aktorką. Oczywiście macierzyństwo sprawiło, że mam trochę inne przemyślenia i stałam się trochę innym człowiekiem. W tym sensie bycie mamą mnie zmieniło i ukształtowało w nieco inną stronę. Ale tak samo jak bycie żoną czy bycie w przyjaźni. Czy sytuacja pandemii, która się wydarzyła. Ale czy spowodowało to, że jestem inną aktorką? Nie wiem. Na pewno jestem człowiekiem, który ma większy bagaż doświadczeń. Myślę głębiej czy zauważam więcej niż wtedy, kiedy miałam 20 lat. To pewnie owocuje większym rodzajem wrażliwości i otwartości na drugiego człowieka, które przydają się w moim zawodzie.

Dużo musiała poświęcić ze swej kariery, by założyć rodzinę?
Nie. Nigdy tak nie miałam, że poświęcałam coś dla rodziny. Może tak się działo i podejmowałam takie decyzje, ale nigdy nie miałam poczucia, że coś poświęcam. Po prostu czegoś nie chciało mi się robić, bo zabierało mi to za dużo czasu lub nie było to na tyle wartościowe. Nie mam jednak poczucia, że był to rodzaj poświęcenia. To były normalne wybory, które podejmuje się w życiu.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.