Materiał informacyjny IPN

Solidarność to nie był związek zawodowy, ale też nie partia polityczna

Prof. Włodzimierz Suleja Fot. Adam Paczesniak, IPN Wr Prof. Włodzimierz Suleja
Materiał informacyjny IPN

Z prof. Włodzimierzem Suleją rozmawiał Arkadiusz Franas

Czy wiosną lub wczesnym latem czuć było, że zaraz coś się wydarzy? Czy Sierpień ’80 nadszedł „bez ostrzeżenia”?

Sekwencje wydarzeń, które doprowadziły do sierpniowego wybuchu, ciągnęły się od 1 lipca. To właśnie wtedy uruchomił się strajkowy mechanizm. To, co było charakterystyczne dla epoki PRL-u, czyli tak zwane regulacje cen, a mówimy po prostu o podwyżkach, zawsze powodowało społeczne poruszenia. Stąd w lipcu 1980 roku można mówić o pełzających strajkach. Protesty pojawiły się w różnych punktach Polski. Gaszono je przez dosypywanie pieniędzy pracownikom (premie czy nagrody). Pierwsze większe strajki w lipcu to protest kolejarzy w Lublinie. Także na Dolnym Śląsku dochodziło do strajków już w połowie lipca czy na początku sierpnia, głównie w Zagłębiu Miedziowym. Ale już 24 lipca protesty pojawiły się między innymi we wrocławskiej Fadromie czy w zakładach FAT. Zdołano je ugasić, dając załodze premie. A o skali tych wcześniejszych strajków niech świadczy na przykład fakt, iż 8 sierpnia nawet zaczęto protestować w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej „Jutrzenka” w Ujeźdźcu Dolnym pod Trzebnicą. Tak że na pewno to napięcie przez całe lato było odczuwalne nie tylko w większych miastach, ale w całej Polsce.

Czyli drobne protesty obywały się w całej Polsce, a jak to się stało, że ten najsłynniejszy, a i chyba najważniejszy, w sierpniu wybuchł w Gdańsku?

W moim przekonaniu głównie dlatego, że właśnie na Wybrzeżu była żywa pamięć o protestach z roku 1970 i wieloletnia tradycja nielegalnego ruchu związkowego. Tam nie tylko byli aktywni liderzy, ale też i szeregowi działacze, którzy cały czas kultywowali tę pamięć. To musiało tam się zacząć, a pozostałe protesty w kraju miały przecież na początku tylko charakter strajków solidarnościowych z gdańskimi protestami.

A w Gdańsku kiedy się faktycznie zaczęło i z jakiego powodu, bo od lat wskazuje nam się różne momenty i motywy?

W Gdańsku zaczęło się w tradycyjnym centrum społecznych protestów, w stoczni, a głównym impulsem było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz. Tu nie ma żadnych wątpliwości i w tej kwestii historycy różnych opcji są zgodni. Kontrowersje pojawiają się nieco później, gdy zaczyna się dyskutować o faktycznym przywództwie protestu i powstającego ruchu związkowego oraz decyzji o powrocie do strajku, który właściwie dość szybko zaczął wygasać. W tym krytycznym momencie dużą aktywność wykazały panie z nieżyjącą już Aliną Pienkowską, które przekonały innych, że trzeba nadal protestować, i wtedy położono większy akcent już na kwestie pozapłacowe, znane nam ze słynnej listy 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.

Czyli dość szybko ten strajk stał się protestem politycznym?

Tak daleko bym nie szedł. Proszę jednak zobaczyć, że większość postulatów miała za zadanie podniesienie poziomu życia. Mówiąc językiem dzisiejszym, to był raczej taki protest antysystemowy. Chodziło o przywrócenie godności ludzkiej, tej swobody życia, którą straciliśmy na kilkadziesiąt lat.

A we Wrocławiu jak to się zaczęło i kto tym strajkom na początku przewodził, kto je organizował?

Jeszcze raz mocno bym podkreślił, że początkowo protesty z końca sierpnia miały charakter tylko solidarnościowy z gdańskimi. Organizowali je głównie ludzie młodzi, robotnicy z wykształceniem zawodowym, przed trzydziestką, ale którzy mieli autorytet wśród swoich kolegów. Natomiast na pewno nie mieli żadnego doświadczenia w tego typu działalności. To byli tacy ludzie, jak nieżyjący już Tomasz Surowiec, który wzniecił strajk w zajezdni, czy Piotr Bednarz, będący reprezentantem tych starych związków, który jednak bił się tam o ludzi i stąd jego popularność. Druga grupa to pokolenie marca ’68 i działacze starej opozycji, jak na przykład Kornel Morawiecki, który 21 gdańskich postulatów propagował w przygotowanej przez siebie ulotce. I z tych dwóch środowisk rodził się ruch przywódczy na Dolnym Śląsku. Ze środowisk o różnej wrażliwości, innych doświadczeniach, ale skupiających ludzi relatywnie młodych, którzy coraz bardziej nie godzili się na stary ład.

Czy był taki moment tych protestów, w którym było widać, że ludzie uwierzyli w sukces?

Nie traktowałbym tego w podobnych kategoriach. Tu bardziej trzeba mówić o różnych etapach przełamywania strachu. Oczywiście roku 1980 nie można porównywać z tym, co było 10 lat wcześniej, nie mówiąc już o czasach stalinowskich, ale przecież władza była nadal totalitarna. Przecież we Wrocławiu była pamięć roku 1976, gdy spacyfikowano protesty w Polarze, więc strajkujący wiedzieli, co system potrafi z nimi zrobić. Ale mimo to rzeczywisty strach udało się dość szybko przełamać. Pewnie pomógł tu wiek protestujących, a młodość ma więcej wiary w sukces, więc pojawiła się euforia, wiara w zwycięstwo.

A dlaczego tym razem, jak podczas wcześniejszych protestów, nie udało się władzy ugasić strajków, dając robotnikom podwyżki?

Bo tu dość szybko pojawiły się inne oczekiwania, oczywiście w Gdańsku, a jak mówiliśmy, te we Wrocławiu miały wybitnie charakter solidarnościowy. I przyjęto te same postulaty. Za nami poszły inne regiony. Tu już nie chodziło o doraźne potrzeby płacowe.

Dlaczego we Wrocławiu strajk zaczął się w zajezdni? Bo to nie był chyba przypadek?

Historia nie uznaje przypadków. We Wrocławiu było kilka wyizolowanych protestów, na przykład w stoczni rzecznej. Zajezdnia dlatego, że to miejsce pracy kierowców i motorniczych. Ludzi mobilnych, którzy dość łatwo się przemieszczali i do których w miarę łatwo można było dotrzeć, a to przy takiej akcji jest dość istotne.

Porozmawiajmy jeszcze trochę o przywódcach wrocławskiego strajku. Przecież zanim liderem został Władysław Frasyniuk, na czele protestu stał trochę już zapomniany Jerzy Piórkowski.

To jest właśnie kwestia tego wielowątkowego kształtowania się przywództwa. Nie chcę upraszczać, że do zajezdni, gdzie szybko powstała centrala strajkowa, trafiali ci delegaci, którzy potrafili trochę głośniej mówić w swoim otoczeniu, ale tacy, którzy mieli coś do powiedzenia i pewne doświadczenie. Proszę pamiętać, że Jerzy Piórkowski był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co nie było takie rzadkie w tym ruchu strajkowym. Bo o takich ludziach mówiono, że to ktoś od nas, robotników, ale też ktoś, o kim wie władza, więc będzie mu łatwiej z nią ewentualnie rozmawiać. To nie był człowiek przypadkowy wśród protestujących. Dużo później, badając protesty marcowe z 1968 roku, natrafiłem na dokumenty poświadczające, że w sierpniu 1968 kierowca autobusu miejskiego na cały pojazd puścił Radio Wolna Europa, które informowało o sowieckiej interwencji w Czechosłowacji. Tym kierowcą był Jerzy Piórkowski. To pokazuje, że w historii przypadków nie ma, że Piórkowski stanął na czele protestu, bo się nie bał.

Co według Pana było najważniejsze w Porozumieniach Sierpniowych?

Niewątpliwie to, że władza mieniąca się ludową musiała się z ludem układać. Zawrzeć pakt ze społeczeństwem. I nie w jakiś sposób symboliczny, jak w 1956, gdy na czele partii stanął Władysław Gomułka. W Porozumieniach Sierpniowych zostało to zwerbalizowane, skodyfikowane i podpisane. Te porozumienia stały się początkiem pojawienia się formacji działającej poza układem partyjno-państwowym. Pierwszej takiej nie tylko w PRL-u, ale i w całym bloku wschodnim.

No właśnie, czy rodząca się Solidarność od początku miała znamiona partii politycznej, czy rzeczywiście była typowym związkiem zawodowym?

Związek zawodowy to na pewno nie był, ale również nie partia polityczna. To był rzeczywiście ruch społeczny, w którym mieściły się bardzo różne środowiska polityczne – od anarchizujących po prawicową konserwę. Spotkali się tam wszyscy, którzy kontestowali system. Choć w różny sposób i z różną siłą. Tam pojawili się ludzie, którzy uwierzyli w autentyczną zmianę, a nie chcieli kolejnych kosmetycznych poprawek.

Podczas strajków dość szybko obok robotników pojawili się doradcy. Czy oni nie przejęli inicjatywy w tym rodzącym się ruchu?

Raczej nie. Oczywiście odegrali ogromną rolę, ponieważ dość szybko werbalizowali to, co intuicyjnie wiedzieli robotnicy. Poza tym byli różnej proweniencji: kościelnej, korowskiej czy narodowej. I nawet wśród nich dochodziło do tarć. Ale nadal najwięcej mieli do powiedzenia robotnicy. Choć oczywiście siłą tego ruchu była naturalna symbioza. Oba środowiska miały już wspólne cele. Proszę sobie wyobrazić, że Władysław Frasyniuk, gdy zamienił na stanowisku Piórkowskiego, podpisał powołanie Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych, takiego specyficznego think tanku zajmującego się problemami nie tylko związkowymi – a był to pierwszy dokument, jaki podpisał. Nikt mu tego nie podsunął, on doskonale wiedział, że rozpoczęły się szersze procesy.

Panie profesorze, czy ta pierwsza Solidarność cały czas miała charakter tego ruchu społecznego, czy już pod koniec 1981 dryfowała jednak w stronę partii politycznej, co spowodowało jej koniec, czyli stan wojenny?

Takiej prostej diagnozy bym nie postawił. Trzeba wskazać na kilka momentów. Po pierwsze, ujawniła się coraz większa radykalizacja średniego aparatu związkowego. Ludzie mieli dość tych różnych przepychanek, chcieli jakiegoś rozstrzygnięcia, ale to wiązało się oczywiście z poczuciem rosnącej siły ruchu. Widziano, że władza to kolos na glinianych nogach, który już można w miarę łatwo obalić. Stąd pojawienie się postulatów usunięcia partii z zakładów pracy czy rozpisania wolnych wyborów. Ruch związkowy czy społeczny cały czas był w ofensywie, a władza jednak broniła się, jak mogła, i wiedziała, że te roszczenia zmierzają do jej usunięcia.

Na co władza już sobie nie pozwoliła?

To naturalny ruch obronny. Jeśli w organizmie pojawia się ciało obce, to albo usuwamy je chirurgicznie, albo ono opanowuje ten organizm. A uciekając od tej prostej symboliki, proszę pamiętać, że siły zewnętrzne coraz dotkliwiej na naszą władzę naciskały i ta władza też musiała jakoś zareagować, by pokazać, że jeszcze ma rację bytu. Warto zdawać sobie sprawę, że pierwsza Solidarność de facto istniała 16 miesięcy, to coś niezwykłego jak na blok radziecki. Czego dłużej nie dało się utrzymać w tych realiach, zwłaszcza przy radykalizacji ruchu związkowego. No i przy trochę zmęczonym już społeczeństwie, o czym też zapominamy, ponieważ rzeczywistość z kartkami i z trudnościami kupienia czegokolwiek też nie pomagała władzy. Ale te 16 miesięcy to był i tak wielki sukces i początek kolejnych zmian, które po kilku latach nastąpiły.

Dziękuję za rozmowę.

Materiał informacyjny IPN

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.