Przyszedł taki czas, kiedy Marek Siudym musiał ruszyć z Bałut w świat [WYWIAD]

Czytaj dalej
Fot. Bartlomiej Miedzybrodzki
Anna Gronczewska

Przyszedł taki czas, kiedy Marek Siudym musiał ruszyć z Bałut w świat [WYWIAD]

Anna Gronczewska

Im jestem starszy, tym bardziej sentymentalnie traktuję Łódź - mówi znany aktor Marek Siudym. I chętnie wspomina czasy, kiedy wychowywał się na bałuckim podwórku, gdzie toczyło się bujne życie towarzyskie.

Przypomina sobie pan czasem, że pochodzi pan z miasta Łodzi?
Oczywiście! Tu się przecież urodziłem. Mama pochodziła z Łodzi, tata przyjechał tu z Lubelszczyzny w latach czterdziestych. Wyjechałem z tego miasta w 1967 roku, gdy poszedłem do wojska. Do Łodzi już nie wróciłem.

W jakich rejonach Łodzi się pan wychował?
Na Bałutach. Dokładnie w okolicach ulicy Franciszkańskiej, Bojowników Getta.

Bałuty to szczególna dzielnica Łodzi...
Tak się mówi, ale ja mam wielki sentyment do Bałut. Nie uważam, żeby była to zła dzielnica. Mnie tam było dobrze.

Jaka była Łódź pana dzieciństwa?
Im jestem starszy, to miasto staje się dla mniej bardziej sentymentalne. Przede wszystkim to był czas, gdy wychowywało nas podwórku. Dziś dzieci siedzą głównie przy komputerach. Dla nas sensem życia było wyjście na podwórko. Stanowiliśmy wielką wspólnotę. Wszystko robiliśmy razem. Były nas tłumy, bo był to czas wyżu demograficznego. Walczyliśmy z dziećmi z innego podwórka, ścigaliśmy się na rowerach. Zimą wylewaliśmy lodowiska przed domami. Podwórko było dla nas wszystkim. Tu miały miejsce najważniejsze dla nas rzeczy, pierwsze miłości.

Mieszkał pan w kamienicy?
Urodziłem się przy ul. Kopernika, w domu, nie w szpitalu. Przez to, gdy koledzy ze szkoły opowiadali, w którym szpitalu się urodzili, zastanawiałem się skąd lekarze od razu wiedzieli, że oni są chorzy. Szpital kojarzył mi się wyłącznie z chorobą. Urodziłem się w małej chałupce, stojącej w ogrodzie przy ul. Kopernika, między ul. Lipową, a Łąkową. Po latach uświadomiłem sobie, że na rogu ul. Lipowej i Kopernika był areszt śledczy, po drugiej stronie na ul. Łąkowej znajdowała się „fabryka snów”. Tak więc urodziłem się między więzieniem, a „fabryką snów”. A jeszcze do tego na przeciw sierocińca. W 1951 roku przeprowadziliśmy na Bałuty, do nowego bloku, wokół były gruzy getta. Ten blok stał na rogu ul. Franciszkańskiej i Bojowników Getta. Zresztą stoi do dziś. Niedaleko był mariawicki kościołek, trochę dalej moja parafia Najświętszej Maryi Panny.

Jak mieszkało się przy ul. Franciszkańskiej?
Też stanowiliśmy wspólnotę. Gdy w mieszkaniu któregoś z kolegów pojawił się telewizor, to zaraz odwiedzali go wszyscy koledzy z podwórka. W pobliżu był park Śledzia, który stanowił centrum spotkań i zabaw. Kiedy byliśmy już więksi to tam umawialiśmy się na pierwsze randki.

Przyszedł taki czas, kiedy Marek Siudym musiał ruszyć z Bałut w świat [WYWIAD]
Andrzej Szkocki Marek Siudym lubi aktorstwo, które pozwala mu żyć na takim poziomie, na jakim chce

Pamięta pan swoją pierwszą dziewczynę?
Byłem ciągle zakochany! Oczywiście w różnych dziewczynach. Niektóre o tym nawet nie wiedziały. Wypatrywałem je z okna, chodziłem za nimi. Te miłości nie zostały skonsumowane. Były spotkania, pocałunki, ale u nas wyglądało to inaczej niż dzisiaj. Wszystko traktowało się bardzo poważnie, delikatnie. Było bardziej romantycznie.

Pomysł, by zostać aktorem pojawił się na Bałutach?
Wtedy wcale o tym nie myślałem. Choć moje pokolenie chodziło często do teatru. Nawet z moim liceum szliśmy raz w miesiącu do filharmonii. Do teatru chodziliśmy sami. Odwiedzałem Teatr Powszechny i z zachwytem patrzyłem na Leona Niemczyka. Nie przypuszczałem, że kiedyś zostanę jego kolegą po fachu. Mało tego, nawet jego kolegą prywatnie. Aktorstwo to dosyć późna sprawa. Pomysł pojawił się po wojsku, po roku pracy. Wojsko zakończyłem w Warszawie. Wychodząc do cywila pomyślałem, że chciałbym skończyć jakieś wariackie studia, bo był to czas fajnej zabawy. Zdałem do szkoły teatralnej. Dalej jednak nie przypuszczałem, że będę na serio wykonywać zawód aktora.

Łódzka szkoła pana nie chciała?
Nie zdawałem do Szkoły Filmowej w Łodzi. Zdawałem do łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, czyli ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Nie wyszło.

Dlaczego?
Za dobrze się bawiłem w ostatniej klasie liceum i „uwaliłem” maturę. Poszedłem do szkoły plastycznej, by odebrać prace, które tam złożyłem, ale mimo kłopotów z maturą pozwolono mi zdawać do PWSSP. Zaznaczono, że jeśli zdam świetnie, to mogę im przynieść we wrześniu świadectwo maturalne. Egzaminy nie poszły mi fantastycznie, konkurencja była zresztą bardzo duża. Moje życie potoczyło się tak, jak się potoczyło.

Poszedł pan do wojska. Dla młodego chłopaka musiało być to dużym przeżyciem.
Ja chciałem założyć mundur. W wojsku upatrywałem sposobu na życie, na wolność. Naczytałem się amerykańskiej literatury i uważałem, że prawdziwa wolność wygląda jak w „Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa. Jest nią bycie zawodowym szeregowcem. To brak odpowiedzialności, posiadania czegokolwiek. Prawdziwa wolność. Oczywiście życie zweryfikowało wszystko. W Ludowym Wojsku Polskim nie można było być zawodowym szeregowcem. Skończyłem podoficerską szkołę zawodową, z wojska mam dobre wspomnienia. Nawiązałem przyjaźnie, które trwają do tej pory.

Niektórzy twierdzą, że wojsko powinien zaliczyć każdy młody chłopak...
Miałem niedawno taki epizod, że uczyłem na wydziale aktorskim Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia. Moje studentki powiedziały, że chciałyby, aby chłopcy odbywali obowiązkową służbę wojskową. Uważały, że byliby wtedy bardziej kumaci, zaradni, a nie rozkapryszeni i wpatrzeni w siebie.

Dla pana wojsko było szkołą życia?
Uważam, że tak. Wyszło mi to na zdrowie, pod każdym względem.

Opuścił pan Łódź z żalem?
Nie. I nie chodzi o to, że nie lubię Łodzi. Zawsze mam oczy utkwione gdzieś na horyzoncie. Wiedziałem, że muszę ruszyć w świat. Było mi to potrzebne jak tlen. Będąc dzieckiem, gdy szliśmy z tatą na Zdrowie, ul. Srebrzyńską, przechodziliśmy przez tory kładką. Stawałem na niej i patrzyłem jak tory uciekają w horyzont. Wiedziałem, że moje życie jest gdzieś tam, gdzie kończą się te tory, że kiedyś wyjadę z Łodzi. I wyjechałem.

Jest pan wielkim miłośnikiem koni. Kiedy pojawiła się ta końska pasja?
Jako dziecko często spędzałem wakacje w Pruszczu Gdańskim. Tam mieszkała część rodziny taty, która przeniosła się z Lubelszczyzny. Pierwszy kontakt miałem z gospodarskimi końmi. Siadałem na nich na oklep i jeździłem. Po wojsku to jeździectwo wróciło do mnie. Na studiach zacząłem jeździć na Służewcu, podczas tzw. galopów porannych. Potem były kluby Lotnik, Legia. Prowadziłem AZS SGGW. I końmi zająłem się zawodowo. Równolegle do aktorstwa.

Podobno uwielbiają pana i konie i kobiety?
Nie wiem czy one mnie uwielbiają, ale ja tak. Z kobietami i końmi mam dobry kontakt.

A jakie miejsce w pana życiu zajmuje aktorstwo, trzecie po kobietach i koniach?
Aktorstwo to moje główne źródło utrzymania. Lubię ten zawód i pozwala mi żyć na takim poziomie na jakim chcę. Uważam, że jeśli ktoś może żyć z tego czego się nauczył, to jest to sukcesem. A ja żyje z tego co lubię, czyli z aktorstwa i koni.

Często pojawia się pan w rolach komediowych. Lubi pan komedie?
Oczywiście, choć to gatunek o wiele trudniejszy niż każdy inny. Wymaga precyzji, warsztatu, ogromnej dyscypliny.

Miał pan szczęście wystąpić u mistrza komedii, Stanisława Barei. Jak wspomina pan ten czas?
Bardzo dobrze. Grali u niego ludzie, którzy się dobrze znali, jeszcze z STS-u. Autorem scenariusza był Stanisław Tym. Bareja był też związany ze Studenckim Teatrem Satyryków. Ten teatr był naszym domem.

Przyszedł taki czas, kiedy Marek Siudym musiał ruszyć z Bałut w świat [WYWIAD]
Bartlomiej Miedzybrodzki

Lubi pan czasem obejrzeć „Misia”?
Nigdy nie oglądam. Nie przypuszczaliśmy, że ten film będzie miał taki zasięg. Ten film postrzegany jest jak Monty Python, jak groteska. Dla młodych ludzi realia tamtych czasów są czystą abstrakcją. Dla nas ten film był czymś innym, dzisiaj znaczy co innego, ale dobrze, że ma wymiar obiektywnie zabawny. Dzięki temu „Misia” dobrze się ogląda.

Ważne miejsce w pana życiu zajmuje kabaret Olgi Lipińskiej...
Miał on swój znakomity czas, miejsce. Dla nas wszystkich był wspaniałym, zawodowym treningiem. Wielkiej dyscypliny, precyzji, prawdziwości grania. Wiele umiejętności zawdzięczam temu kabaretowi.

Podobają się panu współczesne czasy?
Podobają, bo wszystko idzie naprzód. Jest w tym wiele dobrego. Należę do pokolenia, które nie miało w domu paszportu. Wyjazd za granicę był marzeniem. Dziś czuję się obywatelem świata. Choć zawsze się nim czułem. Uważałem, że jestem obywatelem planety i mam prawo mieszkać tam, gdzie mi się podoba. Czułem niesprawiedliwość, że ktoś mnie ogranicza. Dziś mogę jechać tam, gdzie chce. A kiedyś nie było fajnie, tylko my byliśmy fajni. Choć ja nie czuje specjalnie mentalnej różnicy między dzisiejszym Siudymem, a tym sprzed 30-40 lat.

Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.