Prof. Purchla: Kraków ma potencjał, ale to stolica bierze wszystko

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Matusik / Polskapresse
Paweł Stachnik

Prof. Purchla: Kraków ma potencjał, ale to stolica bierze wszystko

Paweł Stachnik

- To, czego nam nikt nie odbierze, to skala i klasa naszego dziedzictwa, siła marki, wysoka rozpoznawalność Krakowa i jego atrakcyjność turystyczna - mówi prof. Jacek Purchla, założyciel i wieloletni dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury, badacz przeszłości i współczesności miasta, autor wydanej w tym roku książki „Miasto i polityka. Przypadki Krakowa”.

Jedną ze swoich publikacji sprzed lat zatytułował pan „Kraków - prowincja czy metropolia?”. Wbrew pozorom to pytanie nadal jest aktualne. Jak określiłby pan sytuację naszego miasta pod koniec 2019 roku?

Dla mnie dzisiaj pytanie o funkcje metropolitalne to przede wszystkim pytanie o miejsce Krakowa w sieci osadniczej Europy i o naturę zmiany, jaką miasto musi przejść, by zwiększyć swoją konkurencyjność. Kraków ma swój potencjał metropolitalny. Ale równocześnie w ciągu ostatnich dziesięcioleci był poddawany - i nadal jest poddawany - procesom prowincjonalizacji. Myślę, że jest to trochę tak jak walka karnawału z postem. Z jednej strony mamy ów potencjał metropolitalny i trwałe miejsce Krakowa na mapie europejskiej cywilizacji, wynikające z jego dziedzictwa, nie tylko materialnego, ale również niematerialnego. To dziedzictwo jest niewysychającą siłą naszego miasta; ono sprawia, że Kraków jest rozpoznawalny w Europie. Z drugiej strony, Kraków to od stu kilkudziesięciu lat siedziba Polskiej Akademii Umiejętności oraz ważny ośrodek akademicki - nie tylko edukacyjny, także badawczy. I tego nam nikt nie zabierze. To są te dwa podstawowe i oczywiste atuty, do których zwykle dorzucamy jeszcze trzeci element ujęty w haśle „Kraków - kulturalna stolica Polski”. Niestety, w ciągu ostatnich trzydziestu lat potencjał naszego miasta nie był przez Polskę wykorzystywany tak, jak by na to zasługiwał, i tak, jak by Kraków oczekiwał.

Nastąpił wyraźny przerost stolicy. Mamy do czynienia ze skoncentrowaniem wszystkich centralnych funkcji w jednym miejscu pod sztandarem stołeczności, co jest kuriozum nawet w naszej części Europy

Dlaczego właściwie tak się stało? Dlaczego nasz kraj zrezygnował z tak mocnego atutu, jakim jest Kraków?

Kształtowanie funkcji metropolitalnych to proces długotrwały. A równocześnie trudno przecenić zależność między sukcesem miasta a polityką. To również doświadczenie Krakowa ostatnich dwustu lat. Decyzje i impulsy przesądzające o losach naszego miasta zapadały z dala od Krakowa. W swojej przywołanej tu już książce podaję tego przykłady. W 1815 roku Kongres Wiedeński zdecydował o nadaniu Krakowowi statusu wolnego miasta, co przełożyło się na trzy dekady koniunktury. Potem rok 1846 i kolejna decyzja polityczna podjęta w Wiedniu o likwidacji Rzeczypospolitej Krakowskiej, co wpędziło miasto w strukturalny kryzys połowy XIX w. Wreszcie 1939 r. - niemiecka decyzja o uczynieniu z Krakowa stolicy Generalnego Gubernatorstwa, nie mówiąc o decyzji o budowie Nowej Huty, którą podejmowano między Moskwą a Warszawą. To tylko przykłady, a są jeszcze inne. Wszystkie te decyzje polityczne przesądzały o możliwościach wzrostu i rozwoju, umacnianiu funkcji metropolitalnych lub ich osłabianiu. W ciągu ostatnich trzydziestu lat paradoks transformacji polegał na tym, że pod hasłami decentralizacji faktycznie wprowadzono wulgarny centralizm, a nasze unitarne państwo ogromnie osłabiło potencjał metropolitalny nie tylko Krakowa, ale także Wrocławia, Poznania, Gdańska… Historyczny policentryzm sieci największych polskich metropolii niszczony jest dziś przez hipertrofię funkcji centralnych Warszawy. Bo unitaryzm państwa zabija „niestołeczne” metropolie.

Czy rzeczywiście Warszawa spycha w cień wszystkie duże miasta w Polsce i wysysa z nich to, co najlepsze?

Nastąpił wyraźny przerost stolicy. Mamy do czynienia ze skoncentrowaniem wszystkich centralnych funkcji w jednym miejscu pod sztandarem stołeczności, co jest kuriozum nawet w naszej części Europy. Centralizacja funkcjonalna nie musi oznaczać centralizacji i koncentracji przestrzennej, zwłaszcza przy dzisiejszym stanie techniki.

Ale może jest to sytuacja właściwa nie tylko dla Polski? Może to naturalny proces zachodzący także w innych krajach - stolica bierze wszystko.

Gdy spojrzymy na sąsiednie Czechy, to zobaczymy, że Brno - jako drugie miasto Republiki - jest siedzibą Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i ombudsmana. Spójrzmy na Słowację: Koszyce są siedzibą Trybunału Konstytucyjnego i paru innych centralnych urzędów. Więcej: Federacja Rosyjska podzieliła między Moskwę i Petersburg tego rodzaju funkcje. Nie mówię już o państwach o zupełnie innym modelu ustrojowym, jak na przykład Niemcy. Berlin jest stolicą, ale ważne instytucje państwowe i nie tylko państwowe zostały alokowane po całym terytorium kraju. Frankfurt jest stolicą finansową Niemiec i jedną ze stolic finansowych Europy. Kolonia, Hamburg i Monachium są centrami niemiec-kich mediów. To pokazuje, że ustrój państwa może przesądzać o pozycji i sukcesie lub braku sukcesu danego miasta.

A jak to wygląda u nas?

Cała bankowość w naszym kraju została wyssana przez Warszawę. W latach 90. ub.w. mieliśmy w Krakowie Bank Przemysłowo-Handlowy. Był on nie tylko ważną instytucją zatrudniającą setki wykwalifikowanych pracowników, ale także wolumen podatkowy z działalności tego dużego banku pozostawał w gminie Kraków. Mieliśmy wtedy też silny ośrodek telewizyjny na Krzemionkach, który był pasem transmisyjnym Krakowa jako kulturalnej stolicy Polski w dystrybuowaniu jego osiągnięć artystycznych na całą Polskę. Dziś Krzemionki, ale i inne regionalne ośrodki telewizji, są cieniem tego, co było. A na Woronicza w Warszawie pracuje kilka tysięcy osób. Więcej: poza Wrocławiem, który jest siedzibą Polsatu, nie udało się żadnemu regionalnemu ośrodkowi utrzymać jakiejkolwiek prywatnej telewizji. A Kraków miał przecież Telewizję Wisła, z której potem wziął się TVN.

Jak więc ocenia pan niedawny pomysł z kręgów rządowych, by część urzędów centralnych przenieść do mniejszych miast oddalonych od Warszawy?

To na pewno ma sens, jeżeli chodzi o odciążenie Warszawy od ewidentnego przerostu funkcji, które dla niej samej stają się balastem, jeżeli chodzi o codzienne funkcjonowanie wielkiego miasta. Po drugie, ów rządowy pomysł pojawił się przed ostatnimi wyborami, a gra toczyła się nie o Kraków, a o miasta, które straciły swoją funkcję stolic wojewódzkich w wyniku reformy 1998 r., albo generalnie o mniejsze miasta, które dzisiaj zmagają się z deurbanizacją. Dziwię się jednak, że żaden z krakowskich polityków nie zareagował na te pomysły rządowe. Żeby ktokolwiek upomniał się, iż Kraków w sposób zupełnie naturalny mógłby część centralnych funkcji przejąć. Zwłaszcza że - „Dziennik Polski” pisał o tym wielokrotnie - na naszych oczach wspaniałe budynki z okres międzywojennego, siedziba banku PKO przy Wielopolu, biurowiec Nafty przy ulicy Lubicz, siedziba Banku Rolnego przy ul. Dunajewskiego, Poczta Główna tracą swoje dotychczasowe przeznaczenie. A przecież były one projektowane pod funkcje publiczne i mogłyby służyć swoim prestiżem instytucjom ponadlokalnym przejmowanym z Warszawy.

Wielkim sukcesem ostatnich lat trzydziestu było odejście od tego anachronicznego modelu industrializacji i zastąpienie go modelem funkcjonalnym miasta określanego po angielsku jako service city, czyli miasta usług

Politycy milczą, a czy sam Kraków broni się jakoś przed postępującą marginalizacją?

Miasto na naszych oczach wytworzyło dwie nowe funkcje, które są funkcjami metropolitalnymi, i w dodatku znaczą wiele w jego ekonomice. Niedawno wygaszono ostatni wielki piec w kombinacie metalurgicznym. Parę dekad temu huta zatrudniała około czterdziestu tysięcy pracowników i tworzyła połowę PKB Krakowa, a w minionym systemie była traktowana jako koło zamachowe rozwoju miasta. Wielkim sukcesem ostatnich lat trzydziestu było odejście od tego anachronicznego modelu industrializacji i zastąpienie go modelem funkcjonalnym miasta określanego po angielsku jako service city, czyli miasta usług. Dzisiaj Kraków jest centrum usług wspólnych, czyli tzw. outsourcingu. Prezydent Jacek Majchrowski z dumą odnotowuje kolejne inwestycje w tym sektorze. Powiedziałbym, że to nawet świetnie, że swego czasu Kraków przegonił Dublin i stał się stolicą europejskiego outsourcingu. Tyle że jest to prosty skutek tego, że w Krakowie, wypuszczającym co roku na rynek pracy dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych i władających językami młodych ludzi, nie mamy dla nich alternatywy. Oni albo wyjeżdżają do Warszawy, albo wyjeżdżają w świat, albo przyjmują te, skądinąd całkiem dobrze płatne posady w firmach outsourcingowych.


Model outsourcingowy ma swoje wady, podobnie zresztą jak inne modele, ale czy są one tak duże, by rezygnować z szansy, jaką daje światowe zapotrzebowanie na tego typu usługi?

Niestety, są to przede wszystkim miejsca pracy odtwórcze, a nie kreatywne. Moim marzeniem jest przełożenie tego wielkiego zasobu naukowego i badawczego krakowskich uniwersytetów w coś, co się nazywa ideopolis. Model outsourcingowy jest, powiedziałbym, kolonialny i zależny od koniunktury, która może się kiedyś zmienić. Nawet z powodu zmiany przepisów podatkowych ustalanych na poziomie konkretnego państwa. W którymś momencie ci młodzi ludzie mogą się przenieść do Lwowa, Koszyc lub do Pragi. Poziom kreatywności miasta zależy od splotu czynników politycznych i ekonomicznych. Zasadniczą rolę odgrywa w tej kwestii kompleks funkcji kulturowych, edukacyjnych, badawczych, informacyjnych. Kumulacja siły tych funkcji daje efekt synergii i stanowi warunek konieczny wyzwolenia kreatywności i innowacyjności. W tym też upatruję fundament budowania nowej wizji Krakowa. Bo Kraków nie jest i nie będzie globalną metropolią, ale może stać się miastem kreatywnym. Fernand Braudel powiedział kiedyś, że „miasta są jak transformatory elektryczne - zwiększają napięcie”.

A jaka jest ta druga funkcja wytworzona w ostatnich latach przez Kraków w obronie przed marginalizacją?

To, czego nam nikt nie odbierze, to skala i klasa naszego dziedzictwa, siła marki i wysoka rozpoznawalność miasta i jego atrakcyjność turystyczna. Mamy w ostatnich latach prawdziwy skok Krakowa jako, jak to się mówi, destynacji turystycznej. To jest skok niezwykły. Ale proszę pamiętać, że w latach 90. bólem Krakowa, wynikającym ze wspomnianego wcześniej centralizmu, był całkowity niedorozwój lotniska w Balicach. Nie tylko w sensie ubóstwa jego infrastruktury, ale także blokowania przez PLL LOT dostępu konkurencyjnych linii lotniczych do Krakowa. Zmianę zawdzięczmy wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. (znowu polityka!). Otwarła się wtedy przed Krakowem szansa, bo zasada wolnego nieba spowodowała wysyp linii lotniczych, zwłaszcza niskokosztowych. I dzisiaj Kraków jest bardzo ważną europejską destynacją, przekładającą się nie tylko na ważny turystycznie i kulturowo punkt na mapie Europy, ale także na wielkie… centrum rozrywki.

No właśnie, niedawno poinformowano, że w tym roku Kraków odwiedziło ponad 14 mln turystów. To sukces?

Niewątpliwy sukces frekwencyjny, który nie jest do końca zgodny ze strategią miasta i z oczekiwaniami mieszkańców, a także jednoznaczny dla budowania pozytywnego wizerunku Krakowa. Jesteśmy już bowiem w fazie, którą nazywa się overtouris-mem, czyli nadmierną turystyfikacją. Z drugiej strony jest coś, co stanowi kolejną szansę Krakowa i jego metropolitalny atut, a co jest efektem zbudowania centrum ICE oraz Tauron Areny, czyli pojawienie się przemysłu kongresowego i spotkań. Jeżeli więc uda się ów przemysł biesiadny stopniowo zredukować i zastąpić przemysłem spotkań i kongresów, to pozycja miasta i jego metropolitalność otworzą nowe możliwości. Atutem Krakowa jest też jego położenie. Patrząc choćby na kraje Grupy Wyszehradzkiej - Kraków położony w pół drogi między Warszawą, Pragą, Bratysławą i Budapesztem, idealnie nadaje się do wykorzystania jako siedziba instytucji międzynarodowych. Póki co takiej funkcji dla Krakowa kolejnym rządom nie udało się zdobyć, a szkoda. To także część mojego doświadczenia. Kierując przez lata Międzynarodowym Centrum Kultury, mogłem przekonać się, jak bardzo Kraków jest dobrze postrzegany przez naszych partnerów z Czech, Słowacji i Węgier.

Wspomniał pan o pojawieniu się w Krakowie tanich linii lotniczych. Związany z tym rozwój lotniska w Balicach i całego systemu połączeń lotniczych to chyba także sukces miasta. Pod tym względem Kraków na pewno nie jest marginalizowany.

Odpowiem tak: dla mnie papierkiem lakmusowym szkodliwej dla Krakowa polityki państwa ostatnich lat jest to, co stało się z połączeniami kolejowymi miasta ze światem. Dobrze pamiętam lata 90., kiedy z Krakowa można było dojechać pociągami w różnych kierunkach poza granice naszego państwa. Teraz to trend zanikający. A co do lotniska: kilka lat temu w związku z problemami, jakie miał LOT, skasowano wszystkie międzynarodowe połączenia Krakowa z Europą obsługiwane przez narodowego przewoźnika. Jaki był tego efekt? Połączenia przejęły Lufthansa i Austrian Airlines. Dzisiaj latamy po świecie nie przez hub w Warszawie, lecz przez huby we Frankfurcie, Monachium i Wiedniu. To jest też dobry przykład, jak interes narodowego przewoźnika jest w kolizji z interesami rozwojowymi Krakowa i całego regionu.

Jak po prawie trzech dekadach od wprowadzenia ustawy samorządowej ocenia pan model dzielnicowy Krakowa? Niedawno znów pojawiły się głosy, że podział na kilka silnych dzielnic byłby lepszy niż ten obecnie obowiązujący.

Myślę, że nie chodzi tu o liczbę dzielnic, a o ich kompetencje. Geneza podziału z 1990 roku, z którego jestem dumny, bo brałem udział w pracach nad nim, polegała na obronie integralności Krakowa jako takiego. Przypomnijmy, że wiosną 1990 r. Kraków nie był miastem, lecz województwem miejskim złożonym z czterech wielkich dzielnic - każda liczyła po około dwieście tysięcy mieszkańców - i kilkudziesięciu gmin miejsko-wiejskich i wiejskich otaczających rdzeń metropolii. W Komitecie Obywatelskim toczono zacięte boje, by Kraków nie szedł drogą Warszawy, która stała się federacją kilkunastu gmin, z czego potem z trudem wycofywała się już w latach 90. Cieszę się, że udało nam się wtedy ową integralność Krakowa obronić. Nie kwestionowałbym podziału na 18 dzielnic, ale zakres ich kompetencji. Do końca będę bronił integralności miasta jako jednej gminy, natomiast na przełomie lat 90. i 2000. zabrano wiele kompetencji dzielnicom pomocniczych. Dziś ich zakres działania jest cieniem tego, co zakładaliśmy na początku lat 90. i co miało stanowić o ich misji - miały być adresem pierwszego kontaktu dla mieszkańców i katalizatorem obywatelskiej aktywności. W moim przekonaniu, gdyby dzielnice pomocnicze były dobrze wyposażone w kompetencje, stałyby się ważnym lekarstwem na przykład na chaos przestrzenny, który jest chorobą toczącą nasze miasto. Nie chodzi zatem o ilość, a o jakość. Dziś radni dzielnicowi są zbyt często statystami w grze, w której powinni być aktywnymi aktorami.

Paweł Stachnik

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.