Pradawna cywilizacja ukryła na Syberii coś, co pomoże Ziemianom w obronie przed inwazją z kosmosu?

Czytaj dalej
Fot. Fot. Przemysław Skóra
Małgorzata Matuszewska

Pradawna cywilizacja ukryła na Syberii coś, co pomoże Ziemianom w obronie przed inwazją z kosmosu?

Małgorzata Matuszewska

Maciej Jastrzębski, korespondent Polskiego Radia w Moskwie, opowiada o swojej najnowszej książce, fascynującej i złożonej historii kraju, w którym pracuje i zdradza, o czym chce rozmawiać z Putinem.

Przeczuwa Pan rosyjską tajemnicę, którą chciałby Pan odkryć? Może ona nie dotyczy podziemnej Moskwy, ale zupełnie czegoś innego?


W Rosji jest wiele takich ciekawych historii. Odwołam się do mojej książki „Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy”, w której wskazałem kilka sekretów, niekoniecznie związanych z podziemiami. Niesamowite opowieści można usłyszeć na Kaukazie, w mroźnych regionach północnej Rosji, czy na Dalekim Wschodzie.


Jakie to tajemnice?


Chociażby związane z miejscowymi legendami i wierzeniami autochtonów. Na przykład w północnych regionach można usłyszeć o lądowania obcych cywilizacji. Miejscowe ludy, będące dość daleko od cywilizacji, święcie wierzą, że kosmici kiedyś odwiedzili Ziemię, o czym mają świadczyć kratery po upadku meteorytów, głębokie jamy o kształtach tak regularnych, jakby wycięto wieczną zmarzlinę laserem. Wydaje mi się więc, że rozmowa z tymi ludźmi byłaby niesamowitym doświadczeniem. Na miarę odkrycia nowej kultury.

Nieznanej?

Tak, to byłoby doświadczenie na miarę tych, jakimi mogą pochwalić się odkrywcy nowych kontynentów. Marzy mi się spacer po podziemnym mieście, które znajduje się w górach Kabardo - Bałkarii. Jego powstanie datowane jest na datowane jest na kilka tysięcy lat wstecz, a znaki wyryte na skałach do dziś nie zostały odczytane przez badaczy. Chciałbym też posiedzieć z Jakutami, czy Ewenkami przy ognisku, słuchając opowieści o tym, że ktoś - pradawna cywilizacja ukryła na Syberii urządzenia, które mają chronić Ziemię przed inwazją z kosmosu. Powtórzę, takie legendy są mocno obecne w kulturze ludów Północy.

Bizantyjska biblioteka, przywieziona do Moskwy przez Zofię Paleolog, nie została znaleziona?

Nic mi o tym nie wiadomo, a pilnie śledzę prowadzone w tym kierunku badania, wszak to jeden z tematów mojej najnowszej książki. Wiele wskazuje na to, że obecne władze Rosji są zainteresowane odnalezieniem antycznego księgozbioru, którym dysponował car Iwan Groźny. W książce „Rubinowe oczy Kremla” opisuję historię kilkuset lat poszukiwań zaginionych tomów. Dla mnie zbieranie informacji na ten temat było jak przeżywanie przygód bohaterów powieści Umberto Eco „Imię róży”. Na ostatnich stronach książki, której pisanie skończyłem w ostatnich tygodniach ubiegłego roku, informuję czytelników o badaniach archeologicznych w centrum Moskwy. Jeśli sięgniemy do rosyjskich gazet, to regularnie pojawią się w nich doniesienia o sensacyjnych odkryciach, a to skarbca, a to zbrojowni, czy komnat podsłuchowo-obserwacyjnych znajdujących się pod murami starych kamienic. Badania są więc prowadzone i to coraz intensywniej. Żartem powiem, że być może współczesnym władzom Rosji zależy na odnalezieniu ksiąg, które zawierają mądrości starożytnych. A tak serio, to pewnie urzędnicy podejmujący decyzje o prowadzeniu wykopalisk liczą na sukces turystyczno-medialny, realizując hasło: „badamy, odkrywamy i chwalimy się tym, co mamy”.

Na pewno mają wiele do pokazania…


Niewątpliwie, ale to jest też pretekstem do dopisywania czegoś nowego, nie zawsze prawdziwego do swojej historii. Każde odkrycie sprawia, że Rosjanie stają się coraz bardziej zadufani. Już słyszymy w wypowiedziach polityków o „rosyjskiej cywilizacji”, czy kulturotwórczym oddziaływaniu Moskwy na ościenne kraje. Rosyjscy politycy najbardziej obawiają się zarzutów wysuwanych przez chociażby Ukraińców, że kultura rosyjska - moskiewska jest dość odległa od znanej nam kultury ruskiej, związanej z Rusią Kijowską. Białorusini też przypominają Rosjanom, że kultura, którą dziś wiążemy z ziemiami litewskimi, białoruskimi, ukraińskimi, czyli Wielkie Księstwo Litewskie nie sięgała do Moskwy i dalej. Tam były pogańskie plemiona tworzące własną kulturę, a później przez co najmniej trzy wieki swoje piętno odciskali na tamtych ziemiach Mongołowie i Tatarzy. W wielkim skrócie rzecz ujmując, z czasem moskiewscy kniaziowie, a później carowie wymyślili sobie, że wszystkie narody wschodniej słowiańszczyzny mają wspólne korzenie państwowe i kulturowe. Na tej podstawie powstało określenie Wielkiej Rusi, które dzisiejszym propagandystom w Rosji służy do przekonywania społeczeństwa, iż współczesna Rosja jest kontynuacją dawnej Rusi. W czasach carskiej Rosji i ZSRR dominowała wersja historii, która miała pokazać jedność i wielkość imperium, a dziś prokremlowscy historycy i politycy pełnymi garściami czerpią z tych pomysłów. Tyle tylko, że podbite w przeszłości narody, które odzyskały niepodległość już się na to nie godzą. Ukraińcy drwią z Rosjan, że niedługo wszystkie place i ulice Moskwy będą zastawione pomnikami ukraińskich bohaterów, bo w tej kremlowskiej wersji historii książęta kijowscy traktowani są tak, jakby byli protoplastami współczesnej Rosji.

Jakie nowe interpretacje historii najbardziej Pana zaskakują?

Cała historia ostatniego tysiąclecia, ale szczególnie interpretacja wydarzeń z XX w. Rosjanie naciągają fakty, a przy tym wmawiają światu, że to oni stoją na straży prawdy. Jako Polaka najbardziej boli mnie rosyjska interpretacja historii II wojny światowej. Wręcz denerwują mnie wypowiedzi rosyjskich polityków, że my, Polacy powinniśmy pamiętać, iż to Armia Czerwona nas uratowała i przyniosła nam wolność. Niestety, dla naszych rosyjskich sąsiadów historia II wojny światowej zaczyna się 22 czerwca 1941 roku, czyli wraz z napaścią hitlerowskich Niemiec na ZSRR. Wcześniejsze wydarzenia przykryto grubym suknem, udając, że skoro czegoś nie widać, to tego nie ma. A nie da się przecież wymazać napaści Armii Czerwonej na Polskę we wrześniu 1939 roku, zsyłek i mordów, w tym zbrodni katyńskiej i tego, co najbardziej denerwuje rosyjskich propagandystów - paktu Ribbentrop - Mołotow, czyli zmowy Hitlera ze Stalinem przeciwko Polsce.

To dziwne, bo wydawałoby się, że dziś nie można podważać pewnych faktów, bo są oczywiste…


Ale można je tak interpretować, żeby pokazać, że to my je interpretujemy niewłaściwie. Rosyjscy propagandyści twierdzą, że to my rozpętaliśmy II wojnę światową, bo najpierw knuliśmy z Hitlerem przeciwko Czechosłowacji, a później nie potrafiliśmy się ze zbrodniarzem z Berlina porozumieć. Wreszcie głoszą, że błagali wszystkie narody, łącznie z Polakami, Francuzami i Anglikami, aby stworzyć zjednoczony front antyhitlerowski, ale myśmy ich zlekceważyli. Nawet Władimir Putin kiedyś wygłosił podobną tezę w obecności Angeli Merkel i kanclerz Niemiec przypomniała rosyjskiemu prezydentowi o tajnych protokołach do paktu Ribbentrop - Mołotow.

Rosjanie rozmawiają o katastrofie smoleńskiej?

Przeciętni Rosjanie do dziś nam współczują. Jednak o tragedii z 10 kwietnia 2010 roku przestali rozmawiać już kilka miesięcy później, bowiem kolejne kilkanaście miesięcy przyniosło im własne katastrofy lotnicze. Chyba najbardziej znaczący po katastrofie smoleńskiej był wypadek we wrześniu 2011, w którym zginęła cała drużyna hokejowa Lokomotivu - Jarosław. Rosjanie nie dyskutowali o tragedii, która dotyczyła Polaków, bo opłakiwali swoich rodaków. Jeśli chodzi o opinie na temat katastrofy smoleńskiej, to dominuje punkt widzenia tak zwany państwowy, ogłoszony w raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego/MAK/ w styczniu 2011 roku. W tym dokumencie napisano, że w Smoleńsku doszło do katastrofy z winy polskich pilotów i kierownictwa naszego państwa. A dla mnie, jako polskiego dziennikarza pracującego w Rosji, jest rzeczą niepojętą, że od trzech czy czterech lat słyszymy, że rosyjskie śledztwo się zakończyło i już za chwilkę ogłoszone zostaną wyniki, a tymczasem nikt niczego nie ogłasza. Przy tym każde działanie polskiej prokuratury, każdy wniosek, albo jest realizowany z opóźnieniem, albo wcale nie jest realizowany. Wraku nam nie oddano, czarnych skrzynek też. Odmówiono ponownego przesłuchania kontrolerów lotów ze Smoleńska, czym uniemożliwiono postawienie im zarzutów umyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym. Tak naprawdę polskie organy ścigania mają problem, bo bez dostępu do świadków i materiału dowodowego trudno prowadzić śledztwo. Przypomnę tylko, że wszystkie polskie ekspertyzy i przesłuchania, jakie odbywały się kilka lat temu, prowadzone były pod nadzorem rosyjskiego Komitetu Śledczego.

Pisząc książkę „Rubinowe oczy Kremla” schodził Pan do moskiewskich podziemi. Bał się Pan?


Owszem. Czasami nawet bardzo. Oczywiście, nie że ktoś mnie napadnie, albo coś mnie pożre. To był strach dyletanta, że się poślizgnę, złamię rękę, rozbije głowę, albo skaleczę, bo przecież nie jestem grotołazem. Dodatkowo dochodziły obawy, nazwijmy je - natury sanitarnej. Wiadomo, że starych kanalizacjach, tunelach, lochach wszystko gnije, nieczystości zalegają od setek lat. Jak się człowiek zadrapie, to żadna szczepionka nie pomoże (śmiech).

Moskwianie organizują ciekawe spotkania, niczym nasze „domówki”, ale poświęcone sztuce?

Poznałem sporo osób, które śpiewają wiersze XVIII i XIX-wiecznych poetów lub bardów XX i XXI ww. Naprawdę fajnie jest pójść do kogoś, do domu, gdzie znany artysta śpiewa dla małej grupki ludzi. To taki, jak mówią Rosjanie, „kwartirnik”, po naszemu „mieszkaniówka”. W Polsce też tego typu spotkania organizowano. Spotykali się artyści, intelektualiści, opozycja, aby podyskutować i pośpiewać, ale obecnie chyba tradycja takich spotkań odchodzi w zapomnienie. W Moskwie to do dziś powszechna rozrywka w niektórych środowiskach, szczególnie artystów i opozycji.

Pisze Pan już następną książkę?

Tak, powieść opartą na moich doświadczeniach i interpretacjach tej rzeczywistości moskiewskiej, którą poznałem przez lata mojej pracy w stolicy Rosji. Będą w niej watki sensacyjne, historyczne i społeczne.

Bywa Pan na dorocznych konferencjach z Putinem. Czy udało się Panu choć raz zadać pytanie?

Nie próbowałem. To nie ma dla mnie znaczenia, ponieważ nie liczę na jakąś zaskakująca odpowiedź. Proszę pamiętać, że pracuję dla Informacyjnej Agencji Radiowej Polskiego Radia i każdy ważniejszy akapit wypowiedzi Putina muszę natychmiast przetłumaczyć, i wysłać do Polski. Koledzy z redakcji informacyjnych czekają. Te konferencje wyglądają jak igrzyska, w których dziennikarze starają się zwrócić na siebie uwagę, by zadać pytanie. Przebierają się w dziwaczne stroje, machają flagami, czy wznoszą nad głowy transparenty. Mnie się taki teatrzyk nie podoba.

Jest coś, o czym chciałby Pan porozmawiać z Władimirem Putinem?

Marzy mi się rozmowa nie o tym, co aktualnie zajmuje czołówki gazet, ale o tym, dlaczego Władimir Putin jest jaki jest i skąd czerpie inspiracje do tego co robi. Prezydent Rosji deklaruje, że jest sympatykiem judo. Ma najwyższe stopnie mistrzowskiej w tej sztuce. Napisał nawet książkę o sztukach walki. Chciałbym, więc zapytać, jak się kodeks etyki judo - bushido ma do uprawianej przez Putina polityki? O tym chcę z nim porozmawiać, a także o trudnych kwestiach w kontaktach między Polską a Rosją. Chciałbym móc w tej rozmowie wytłumaczyć, dlaczego jakieś fakty my Polacy postrzegam w pewien sposób i usłyszeć, dlaczego on, Rosjanin, patrzy na nie zupełnie inaczej. Ciekaw jestem, czy obroni swój punkt widzenia, czy to czysta propaganda, napisana i odtwarzana na takiej zasadzie, na jakiej się odczytuje komunikaty. Reasumując, chciałbym z Władimirem Putinem porozmawiać o tym, jak tworzy się polityka w Rosji, a nie o tym co jest już jej efektem.


Maciej Jastrzębski od 20 lat pracuje w Polskim Radiu i przez całe zawodowe życie sam sobie udowadnia, że nie ma piękniejszego miasta na świecie niż jego rodzinny Włocławek. Podróżując z mikrofonem po Europie i Azji pracował w kilkudziesięciu stolicach, między innymi w: Brukseli, Rzymie, Paryżu, Madrycie, Londynie, Wiedniu, Tbilisi, Baku, Erewaniu, Bagdadzie i Kabulu. Przez trzy lata był korespondentem w Mińsku na Białorusi pełniąc jednocześnie obowiązki specjalnego wysłannika Polskiego Radia na Kaukazie. Obecnie na stałe mieszka w Moskwie pracując jako korespondent Polskiego Radia w Federacji Rosyjskiej (za polskieradio.pl).

W Moskwie był pierwszy raz podczas puczu Janajewa (w sierpniu 1991 roku), jako początkujący dziennikarz. „Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy” to jego trzecia książka. Książka intryguje już wstępem, napisaną interesująco, beletrystyczną historią, na której opiera się nie tylko tom Macieja Jastrzębskiego, ale bogate dzieje Imperium. Chyba im większe i dawniej założone miasto, tym więcej legend powstało na jego temat. Moskwianie mają ich mnóstwo, zdaje się, że wszystkich zgłębić nie sposób, jeśli nie planuje się spędzić w Moskwie bardzo wielu lat. Przecież tam zapewne każda kamienica, każdy zaułek i najmniejszy plac ma swoje legendarne tajemnice. I, jak twierdzi autor, moskwianie mają też talent potrzebny do malowania portretu swojego niezwykłego miasta.

Przed „Rubinowymi oczami Kremla” opublikował książki: „Matrioszka Rosja i Jastrząb” (Wydawnictwo Helion, 2013), „Klątwa gruzińskiego tortu” (Wydawnictwo Helion, 2014), „Krym. Miłość i nienawiść” (Wydawnictwo Helion 2015).

Małgorzata Matuszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.