Pogrom wielkanocny 1940. Żydowska tragedia, polscy kolaboranci i niemieckie kamery

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Państwowe w Warszawie
Wojciech Rodak

Pogrom wielkanocny 1940. Żydowska tragedia, polscy kolaboranci i niemieckie kamery

Wojciech Rodak

Pod koniec marca 1940 r. w Warszawie doszło do serii gwałtownych antyżydowskich wystąpień. Najprawdopodobniej polscy sprawcy działali z niemieckiej inspiracji.

Od Wielkiego Piątku 22 marca 1940 r. w różnych punktach Warszawy wybuchały pogromowe zamieszki. Grupy złożone głównie z wyrostków, niektóre liczące nawet po kilkaset osób, biły żydowskich przechodniów, rabowały sklepy, stragany, a nawet wdzierały się do mieszkań. Codziennie żydowski szpital przyjmował dziesiątki rannych. Odnotowano także ofiary śmiertelne.

Tymczasem niemieckie siły bezpieczeństwa i policja granatowa nawet nie próbowały położyć kresu zajściom. Dlatego też 27 marca, podczas wizyty w Krakowie, przewodniczący warszawskiego Judenratu Adam Czerniaków poruszył tę palącą kwestię w rozmowach ze współpracownikami generalnego gubernatora Hansa Franka – dr. Fritzem Arltem, i dr. Herbertem Heinrichem.

„Wypowiedziałem mowę na temat bezpieczeństwa życia i mienia […] wskazując na to, że opaski deklasują Żydów i wskazują przestępcom drogę. Opowiedziałem o pogromach w Warszawie, których nie było od 1880 r.” - relacjonował lakonicznie w dzienniku Czerniaków.

Trzy dni później, 30 marca, zamieszki skończyły się tak nagle, jak się zaczęły. I raczej nie był to skutek interwencji prezesa Judenratu. Najpewniej Niemcy powstrzymali zbirów, gdyż osiągnęli swoje cele – pokazali warszawskim Żydom, że „konieczna jest budowa otoczonego murem getta, by uchronić ich przed agresywnymi polskimi antysemitami”.

Ten mroczny epizod z dziejów relacji polsko-żydowskich, zwany pogromem wielkanocnym, został w kolejnych latach wojny przyćmiony przez o wiele bardziej tragiczne wydarzenia. Przez ponad pół wieku milczano o tej historii. Z odmętów zbiorowej amnezji wydobył ją dopiero znany historyk prof. Tomasz Szarota. Udało się mu się m. in. zidentyfikować domniemanych polskich organizatorów zamieszek, jak i szeregowych pogromszczyków. Zanim ich przedstawimy, naszkicujmy kontekst i przebieg dramatycznych wydarzeń z marca 1940 r.

Cierpienia bez końca

„W żydowskiej martyrologii nie było jeszcze takiego wypadku, żeby pogrom trwał tak długo. Zwykle pogrom trwa dzień, kilka dni, miesiąc. Teraz trwa on bez końca” - zapisał w grudniu 1940 r. jeden ze współpracowników Oneg Szabat, podziemnej organizacji dokumentującej dzieje warszawskiego getta. W istocie od początku niemieckiej okupacji miasta, czyli od października 1939 r., życie Żydów stopniowo stawało się coraz cięższe. Szykanowano ich kolejnymi zarządzaniami.

Już na jesieni 1939 r. odbierano im mienie i oszczędności. Ograniczono dostęp do rachunków bankowych, zakazano posiadania większych sum gotówki, a w należących do nich przedsiębiorstwach wprowadzono zarząd komisaryczny. Niedługo potem zaczęto przejmować ich nieruchomości. W następnej kolejności „aryjskie” firmy musiały zwolnić swoich żydowskich pracowników. Lekarze i dentyści o „niewłaściwym pochodzeniu” nie mogli już leczyć pacjentów-chrześcijan. Państwowym emerytom wyznania mojżeszowego wstrzymano wypłatę świadczeń. W rezultacie starozakonna społeczność coraz mocniej ubożała.

Jednocześnie masowo zatrudniano żydowskich mężczyzn do prac przymusowych np. przy budowie wałów przeciwpowodziowych czy przy odgruzowywaniu miasta. Wielu z nich już nigdy nie wracało do domów, gdyż warunki pracy były ciężkie, a nadzorcy brutalni.
Uderzano też w podstawy żydowskiego życia religijnego. W styczniu 1940 r. zamknięto synagogi i zakazano zbiorowych modłów w domach.

Wreszcie starano się odseparować Żydów od reszty populacji. Od grudnia 1939 r. musieli nosić na przedramieniu wierzchniego ubrania białą opaskę z gwiazdą Dawida. To ułatwiało niemieckim żołnierzom identyfikację w ulicznym tłumie „rasowych wrogów Rzeszy”, nasilając wymierzone w nich akty przemocy: pobicia, publiczne upokarzanie i kradzieże. Wkrótce, od przełomu 1939/40 r., w tej aktywności zaczynają sekundować okupantom miejskie lumpy i dorastająca młodzież, a nawet dzieci poniżej dziesiątego roku życia. Codziennie na głównych ulicach grupki chuliganów osaczały Żydów, biły ich bez litości i wymuszały okupy. Zdarzało się, że wyciągano ich z dorożek, a potem bito nahajkami i bykowcami. Często „do walki” zagrzewali wyrostków dorośli. Złą sławą cieszyła się zwłaszcza obłąkana kobieta w białym kitlu, która grasowała z bandą małoletnich zbirów na Marszałkowskiej i w okolicach Ogrodu Saskiego. „Napada znienacka i bije bardzo mocno” - notował historyk Emanuel Ringelblum.

Zjawisko narastającej przemocy polskiej młodzieży wobec Żydów celnie wyjaśnił hebraista i literat Chaim Aron Kapłan. Na początku lutego 1940 r. pisał:

W każdym narodzie nie brak chuliganów. Do nich właśnie odwoływał się okupant. Dał im do zrozumienia, że Żydzi są wyjęci spod prawa, że władze nie ujmą się za nimi, jeśli ktoś będzie chciał działać na ich szkodę. Chuligani w mig zrozumieli, o co chodzi. W ostatnich dniach mają bezustannie miejsce napaści na Żydów, dzieje się to w biały dzień i na głównych ulicach. Okupant wcale nie reaguje, a Żydów biją i grabią. Ekscesy te rozgrywają się na oczach licznych przechodniów. Jest wielu poszkodowanych, ale nie ma do kogo udać się po pomoc.

Wraz z eskalacją antysemickich incydentów, coraz częściej pojawiały się pogłoski o planach utworzenia w Warszawie getta. W początkach 1940 r. na granicach dzielnicy północnej, gdzie dominowała ludność żydowska, rozmieszczono tabliczki informujące o „obszarze zagrożonym wybuchem epidemii”. Wreszcie 18 marca warszawskie władze SS zażądały wprost od Adama Czerniakowa, by Judenrat „odrutował getto, wbił pale i pilnował go potem”. Cztery dni później ulice Warszawy stały się areną pogromowych zamieszek.

Krew i kamery

Według wersji wydarzeń podawanej na łamach „Polska Żyje!”, popularnej konspiracyjnej gazety, pogrom rozpoczął się wedle tego samego scenariusza, co wiele antysemickich tumultów na przestrzeni stuleci. Pisano, że żydowscy handlarze, zapewne z okolic Hal Mirowskich, zabili w tygodniu przed Wielkanocą chrześcijańskie dziecko oskarżone o drobną kradzież. Czy rzeczywiście taki tragiczny incydent miał miejsce? Nie ma na to żadnych dowodów. Mogło dojść tylko do pobicia małoletniego. Trudno jest dziś to ustalić. W każdym razie prowodyrom zajść wystarczyło rozpuszczenie plotki o „żydowskim mordzie”, by podburzyć antysemicki element do zemsty i samosądu na Narodzie Wybranym.

Do pierwszych zmasowanych napadów na Żydów doszło w Wielki Piątek 22 marca. Zamieszki trwały przez ponad tydzień. Do aktów przemocy dochodziło na Pradze, na Powiślu, w Śródmieściu, a przede wszystkim na terenie dzielnicy nalewkowskiej. Jak wynika z relacji, szczególnie mocno koncentrowały się one w okolicach Placu Żelaznej Bramy i Placu Bankowego. Grupy napastników osaczały i biły wszystkich przechodniów z opaskami na przedramionach, nie mając litości ani nad kobietami, ani nad starcami. Demolowały i rabowały żydowskie sklepy. Pustoszyły prywatne mieszkania, a nawet oblegały siedzibę Judenratu na ul. Grzybowskiej. Wśród pogromszczyków dominował lumpenproletariat i młodzież szkolna, wśród której szczególnie licznie reprezentowani byli uczniowie wolskiej Szkoły Zawodowej im. Konarskiego z siedzibą przy ul. Leszno 72. Atakowali w grupach od kilku do nawet kilkuset osób. Z relacji wynika, że często do boju zagrzewali ich studenci i niemieccy żołnierze (np. lotnicy). Co ważne ani władze okupacyjne, ani policja granatowa nie próbowały pacyfikować zamieszek. Mało tego – zdarzało się, że „granatowi” też brali w nich czynny udział.

Oto jedna z relacji zarysowujących przebieg pogromu na targowisku wokół Hal Mirowskich. Jej autorka obserwowała zajścia z tramwaju:

Tłumy ludzi — z dala czarna, zwarta masa. Popłoch — żydowscy kupcy w pośpiechu pakują swój towar w ręczne walizki lub kosze, wydostać się stamtąd jednak trudno. Cały plac okrążony masą najrozmaitszych wyrostków, uzbrojonych w sztylety, noże i pałki. Towar wyciągają, niszczą. Niektórzy obładowani oddalają się. Każdego napotkanego Żyda bezlitośnie biją, gdzie się da.

Napastnicy szczególnie okrutnie potraktowali starszego pana. Oddajmy głos świadkowi:

Tuż przy przystanku tramwajowym starszy Żyd — z zapakowanym w papier bochenkiem chleba — chce wsiąść w tramwaj — z tyłu ktoś go wyciągnął — pałką wręcz dziko bije go po głowie. Ten garbi się, kurczy — usiłuje się obronić. Zostaje okrążony zgrają pomagających bić — chleb wypada z ręki — zanim tramwaj rusza — twarz Żyda zmasakrowana, z ran na głowie leje się krew.

Trzeciego lub czwartego dnia zajść pogromszczykom przeciwstawiła się milicja Bundu, żydowskiej partii socjalistycznej, dowodzona przez Bernarda Goldsteina (opisywaliśmy jego postać w numerze „NH” z lutego 2019 r.). Ściera się nimi w kilku punktach miasta, m.in. w okolicach ul. Franciszkańskiej. Oto kolejna relacja ze zbiorów Oneg Szabat:

Szedł tłum z 200-300 osób, uzbrojonych w drągi, kije i łomy żelazne, na przedzie młodzi lotnicy z rewolwerami w ręku. Pochód zamykali aryjczycy, starsi wiekiem, kierujący ekscesami, którzy bezustannie porozumiewali się z Niemcami i wydawali bandzie opryszków dyspozycje. Tłum wybijał po drodze szyby w oknach. W bramach stały grupy Żydów, uzbrojonych w drągi i kije, przygotowanych do obrony. Na rogu ulice Franciszkańskiej i Wałowej tłum chuliganów natknął się na kilkudziesięciu robotników żydowskich, uzbrojonych w drągi żelazne, którymi odbijali lód. Doszło do walki, w której padli: 1 chuligan i 2 Żydów.

Warszawskie zamieszki – co podkreślane jest we wszystkich relacjach – były przez Niemców fotografowane, a przede wszystkim filmowane. Czasem, jak opisuje Ludwik Landau w „Kronice lat wojny i okupacji”, najpierw podjeżdżało auto z ekipą filmową, a potem, jakby „na zamówienie”, pojawiali się pogromszczycy, by przed kamerą włamać się do sklepu lub pobić Żyda. Chodziło o to, by powstał materiał, z którego można by „uszyć” film, ukazujący Niemców jako „obrońców ładu w kraju dzikich antysemitów”.

Ostatecznie, jak już wspomniano, pogrom wielkanocny zakończył się w niedzielę 30 marca 1940 r. Tego dnia wreszcie siły porządkowe wkroczyły do akcji. Niektórych pogromszczyków aresztowano. Słowem - nagle zamieszki „wygaszono”. Nie sposób dziś ustalić bilansu ofiar i rannych ośmiu dni zajść.

SS, „Atak” i NOR

Z analizy zdarzeń przeprowadzonej przez prof. Tomasza Szarotę wynika, że pogrom wielkanocny odbywał się z pewnością za przyzwoleniem niemieckich władz okupacyjnych, może z ich inspiracji. Świadczy o tym szereg faktów. Zdarzenia filmowano, czasem nawet aranżując sceny rabunków żydowskich sklepów. Chuliganów czasem dowoziły na „miejsca akcji” ciężarówki. Siły porządkowe, w tym policja granatowa, pozostawały całkowicie bierne wobec zdarzeń, jakby związane rozkazem. Wreszcie zamieszki skończyły się nagle po ośmiu dniach, co każe podejrzewać, że „ucięto” jednym zarządzeniem. Wszystko to przeczy spontanicznej naturze pogromów, skłaniając ku tezie, że całe przedsięwzięcie było odgórnie zaplanowane i koordynowane. Jaki był jego cel?

Prof. Szarota uważa, że władze dystryktu warszawskiego, z gubernatorem Ludwigiem Fischerem i szefem SS Josefem Meisingerem na czele, przyzwalając lub inicjując zamieszki, chciały uzmysłowić warszawskim Żydom, czym grozi brak zamkniętego getta. Kampania terroru miała przygotować ich do kolejnego etapu wiodącego, jak się później okazało, do Zagłady – budowy muru i skoncentrowania w jego obrębie całej żydowskiej populacji miasta.

Kluczową rolę w pogromie, jak wskazuje prof. Szarota, odegrały polskie kolaboranckie organizacje o profilu skrajnie prawicowym i antysemickim. Jeśli nie były one współinicjatorami zamieszek, czego nie możemy wykluczyć, to z pewnością stanowiły siłę przewodnią koordynującą akcję na ulicach. To właśnie ich członkowie mieli być tymi „starszymi wiekiem aryjczykami” z cytowanej wcześniej relacji, którzy w porozumieniu z Niemcami dowodzili komandami wyrostków podczas antyżydowskich zajść. Na podstawie źródeł można stwierdzić, że wywodzili się oni głównie z dwóch środowisk politycznych.

Pierwsze tworzyła dość tajemnicza grupa aktywistów związanych z pismem „Atak”, które legalnie ukazywało się podczas okupacji w Warszawie. Jego twórcy wzorowali się na goebbelsowskim silnie antysemickim dzienniku „Der Angriff”. Dość charakterystyczne, że w swoich publikacjach wykorzystywali symbol Topokrzyża, stworzony przez Stanisława Szukalskiego, wybitnego artystę, który przed wojną flirtował ze skrajną prawicą.

Budowa muru getta warszawskiego w 1940 r.
Archowum Uniwersytetu Warszawskiego Andrzej Świetlicki, przywódca Narodowej Organizacji Radyklanej

Ważniejszymi kolaborantami Niemców byli z pewnością działacze Narodowej Organizacji Radykalnej (NOR). Funkcjonowała ona najprawdopodobniej od października 1939 r. do wczesnej wiosny 1940 r., głównie dzięki protekcji niemieckich władz wojskowych. Wśród jej członków dominowali weterani zlikwidowanego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga” Bolesława Piaseckiego. Wynikało to z faktu, że przywództwo w NOR objął Andrzej Świetlicki, ambitny ex-współpracownik tego ostatniego, który przed wojną szefował warszawskim strukturom Ruchu. Ów 24-latek uznał niemiecką okupację przede wszystkim za szansę na realizację jednego z najważniejszych przedwojennych postulatów polskiej skrajnej prawicy - likwidację kwestii żydowskiej. I to obcymi rękami.

Budowa muru getta warszawskiego w 1940 r.
NAC [b]Zbigniew Cybichowski [/b] Urodził się w 1879 r. w Poznaniu. Studiował prawo i ekonomię m .in. na uniwersytetach w Berlinie i Paryżu. Cieszył się sławą wybitnego specjalisty w dziedzinie prawa międzynarodowego jeszcze przed I wojną światową. Wykładał kolejno we Fryburgu, Lwowie i Warszawie. Miał ogromny dorobek naukowy. Zmarł w rodzinnym Poznaniu w 1946 r.

Poczynaniom młodych wilków spod znaku Falangi patronowali dwaj starsi wiekiem germanofile i antysemici. Pierwszym był prof. Zygmunt Cybichowski, wybitny specjalista od prawa międzynarodowego. W międzywojniu uchodził za jedną z największych naukowych gwiazd Uniwersytetu Warszawskiego. Z wykładami objeżdżał cały świat, a także zasiadał w Stałym Trybunale Arbitrażowym w Hadze. Karierę złamała mu afera korupcyjna, z powodu której w 1936 r. został przeniesiony w stan spoczynku. Słynął z nacjonalistycznych poglądów. Opowiadał się – jak wielu mu współczesnych – za „separacją Narodu Polskiego od żydów” i zmuszeniem tych ostatnich do emigracji. Były działacz Falangi, Włodzimierz Sznarbachowski, który widywał się z Cybichowskim na jesieni 1939 r., twierdził, że profesor miał wodzowskie ambicje. W swoich wspomnieniach pisze, iż naukowiec zabiegał u Hansa Franka „o mianowanie siebie szefem kadłubowego państwa polskiego”.

Kolaboracyjny triumwirat NOR uzupełniał ks. Stanisław Trzeciak. Należał do fanatycznych antysemitów. W dwudziestoleciu swoje poglądy głosił na łamach pism, a także w kazaniach, które nieraz wywoływały antyżydowskie incydenty na ulicach Warszawy.

Budowa muru getta warszawskiego w 1940 r.
Wikipedia/Domena publiczna [b]ks. Stanisław Trzeciak [/b] Urodził się w 1873 r. w Rudnej Wielkiej na Podkarpaciu. Po otrzymaniu święceń kapłańskich, studiował teologię m.in. w Rzymie, Wiedniu i Jerozolimie. Potem m.in. badał kulturę Żydów, wykładał i brał udział w obronie Lwowa. W dwudziestoleciu zajmował się głównie ostrą antysemicką publicystyką, m.in. na łamach „Małego Dziennika”. Po pogromie wielkanocnym miał mieć ogromne wyrzuty sumienia. Zginął na początku powstania warszawskiego

Opowiadał się za wywłaszczeniem i przymusowym usunięciem Żydów z Polski. Tuż przed wybuchem wojny wzywał do oznakowania ich „żółtymi łatami” i zamknięcia w gettach. Ponadto zachwycał się też nazistami. Uważał, że wypełniają „opatrznościowe posłannictwo”, ratując świat przez żydokomuną.

Jakiekolwiek były nadzieje kierownictwa Narodowej Organizacji Radykalnej związane z kolaboracją, Niemcy nie dali im żyć zbyt długo. Tuż po pogromie w lokalach ruchu pojawiło się Gestapo. Aresztowano czołowych działaczy, w tym Andrzeja Świetlickiego i Zygmunta Cybichowskiego. Ten pierwszy miał mniej szczęścia – został w czerwcu 1940 r. rozstrzelany w Palmirach. Drugi wyszedł z więzienia po kilku dniach, już bez wiary w polsko-niemieckie przymierze. NOR został rozbity.

Obojętność

Warszawiacy-chrześcijanie przyglądali się raczej biernie pogromowym zamieszkom. Zdarzało się, że odważniejsi przechodnie, zbulwersowani wyczynami wyrostków, zwracali im uwagę. To wszystko, co mogli zrobić w obliczu uzbrojonej bandy w amoku. Poza tym zachowały się relacje, mówiące o wsparciu, jakiego udzielali bundowskim bojówkom polscy socjaliści. Obojętność Polaków wobec żydowskiej krzywdy, wiosną 1940 r. i później, spowodowała, że rozgoryczony historyk Emanuel Ringelblum, założyciel Oneg Szabat, napisał w 1943 r.: „Nie uczyniono nic, aby osłabić wrażenie, iż cała ludność polska, wszystkie ich warstwy, popierają wyczyny antysemitów”.

Wojciech Rodak

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

vacek

Żydzi kwiatami i wódką witali wkraczającą 17 IX 1939 r do wschodniej Polski
Armię Czerwoną, a póżniej do NKWD dostarczali listy miejscowej elity zamieszkałych i wpływowych Polaków. Następstwem tegoż były ich wywózki do Kazachstanu i na Sybir. Również ~80% tych, którzy pociągali za cyngiel w Katyniu, Ostaszkowie i Miednoje było Żydami, nie koniecznie ze znajomością naszego języka!.

Mariusz M

Po wojnie w PRLowskim- SBeckim w aparacie represji oraz "sądownictwa" na kierowniczych stanowiskach ponad 80% stanowili Żydzi. Nie zatrudniali tam Polaków, bo Polakowi mogła zadrżeć ręka przy podpisywaniu wyroku śmierci na drugiego Polaka. Żydowi nie zadrżała. Chociażby bratu Michnika, który w Szwecji dostatnio i bezpiecznie kończy swój żywot. Powiedzenie praktykowane przez żydów "wasze ulice, nasze kamienice" też nie wzięło się znikąd. Chyba to wyjaśnia dokładnie dlaczego Polacy i nie tylko mieli takie podejście do Żydów?
Dzisiaj ta przewrotna nacja wszczyna wojny z błahych powodów, zamyka Palestyńczyków w gettach mimo że sama przeżyła getta. Żydzi strzelają dzisiaj do cywilnej ludności ostrymi kulami. Zaanektowali Jerozolimę na stolicę.
Ich religia mówi że są narodem wybranym a reszta czyli między innymi my chrześcijanie to goje, zwierzęta w ludzkiej skórze. Czy za takie coś można kogoś lubić? Czy Żydzi sami ciężko nie zapracowali na to że ich nie da się lubić?
Więc pisanie bzdur takich jak w tym artykule, że ot tak byli prześladowani jest kłamstwem, uprawianiem polakożerstwa. Szczególnie dobrze wychodzi to min. Stuhrom : ojcu i synowi.

plus.gazetawroclawska.pl

promocja -50%

Gorąca promocja na wakacje!

55,00 110,00

Skorzystaj i ciesz się codziennym dostępem do gazety online przez 90 dni. Z tą ofertą oszczędzasz aż połowę ceny!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.