Poczułem się wreszcie jak u siebie

Czytaj dalej
Fot. fotopolska.eu
Jakub Żabiński

Poczułem się wreszcie jak u siebie

Jakub Żabiński

Strzegom była tak różny od Mławy, że właściwie obcy, jak piekny labirynt. Tutaj lampy w wielu punktach miasta. W Mławie tylko w rynku. Piekne, dwupiętrowe kamienice. Wszystkie puste. I my, przesiedleńcy i żołnierze

Rok 1948, okolice Mławy. Droga między Wolą-Kolonią a Wyszy-nami Kościelnymi biegła prosto przez pola. Mały Władzio dziarsko maszerował, trzymając w dłoni kankę mleka, które dostał od księdza Rutkowskiego. Uśmiechał się przy tym szeroko na myśl o kubku gorącego mleka. Od czasu do czasu spoglądał na wraki czołgów porzuconych na polach, które jeszcze niedawno były polem bitwy. Wiedział, że tato dzisiaj przyjeżdża. Był ciekaw, co opowie o swojej podróży i o tym „nowym domu”, o którym mówiła mama. Gdy dotarł na miejsce, od progu powitał go pies Bukiet. - Tatko wrócił! Już jest! Już jest! - rozległy się radosne okrzyki.

Władek natychmiast wbiegł do domu i rzucił się tacie na szyję.

Rok 2016, Strzegom

- Dziadku ? Znałeś swojego dziadka ? Jakiś krewnych? Pamiętasz coś z czasów dzieciństwa?

- Przestań.. Człowiek myślał tylko, żeby mieć co do gara włożyć. Nikt się nie przejmował przodkami. Nie męcz już - dziadek wstał i powolnym krokiem skierował się w stronę kuchni.

- Ale to jest naprawdę ważne - nalegałem, ale… odpowiedział mi jedynie gwizd wrzącej wody. Czajnik donośnie sygnalizował, że wrzątek na herbatę gotowy..

- A… chociaż powiedz, jak wyglądała wojna. Może pamiętasz jeszcze… - nie oczekiwałem na odpowiedz, ale dziadek cichym głosem mruknął zza drzwi kuchni.

- Jak wyglądała? Lepiej się spytaj, jak brzmiała…

***

Czy dwulatek może słyszeć huk dział? Czy pięciolatek pamięta odgłosy samolotu rozbijającego się o wieżę kościoła? Czy siedmiolatek pamięta zgraję obcych okupujących gospodarstwo rodziców? I czy ten sam dzieciak pamięta to nadal, choć dziś ma 80 lat? Możliwe.

Pamięta, że wraz z rodziną uciekał zimą przed Niemcami. Pamięta gospodarstwo. Imię swojego psa. Śpiew jaskółki. Strach przed nieznanym.

Pamięta wyraz twarzy swojej babci w chwili, gdy umierała, a cała rodzina czuwała przy jej łóżku. Ton głosu taty też pamięta. Dźwięczny i naturalny. Taki, w którego barwie nie dało się wyczuć emocji. Skoro wszystko pamięta, to dlaczego nie chce opowiedzieć?

Rok 1948, okolice Mławy

Pewnego dnia przyjechał na gospodarstwo wujek. Władek uwielbiał, kiedy wujek odwiedzał rodzinę. Zawsze przywoził rozmaite prezenty. Jadzi nową lalkę, a jemu piłkę prosto z Warszawy. Wujek podczas okupacji był policjantem w Warszawie i zawsze, kiedy tylko przyjeżdżał, siedzieli z tatą do późna i rozmawiali o tym, co się dzieje w stolicy. Pewnego dnia z niewiadomych przyczyn wujek został na dłużej. Często wychodzili razem paść krowy czy łowić ryby.

Po skończeniu prac gospodarskich Władek wraz Jadzią natychmiast pojawiali się w kuchni, aby dostać kilka świeżo upieczonych ciasteczek. Któregoś razu, gdy weszli do kuchni, a mamy jeszcze nie było, postanowili sami wziąć sobie obiecaną zapłatę. Władek wdrapał się na szafę w celu zabrania blaszanego pudełka z ciasteczkami. Jadzia miała stać przy drzwiach i patrzeć, czy nikt nie idzie. Plan działania dopracowany co do cala. Pech jednak chciał, że Władek pośliznął się, a cała zawartość pudełka wysypała się na podłogę. Dzieci zamurowało. Okazało się że oprócz upragnionych ciasteczek w pudełku znajdował się jeszcze… pistolet. Władek, przejęty całą sytuacją, zaczął się zastanawiać, skąd on mógł się tam wziąć. W tej chwili do kuchni wszedł wujek i przyłapał dzieciaki na gorącym uczynku. Problem polegał na tym, że dzieci odkryły miejsce przechowania pistoletu. Jak nigdy wcześniej, wujek nakrzyczał na Władka i Jadzię. Nadmienił, że jeśli komuś powiedzą o tym, co tu znalazły, dostaną takie lanie, że odechce im się ciastek na najbliższy rok. Schował „czarny przedmiot” do kieszeni, a sprawcom całego procederu kazał posprzątać. Władkowi było przykro, bo nie chciał sprawić zawodu wujciowi. Jednakże po tym incydencie wujek wyjechał, a Władek nigdy więcej go nie zobaczył.

1948, w drodze do Strzegomia

Wiosna okazała się dla rodziny mojego dziadka zapowiedzią czegoś nowego. Do dziś kojarzy mu się z oczekiwaniem na tatę i z podróżą. Peron. Dziadek potrafi go opisać dokładnie nawet dziś. Starał się tego dnia zapamiętać jak najwięcej. Oswoić się z nadchodzącą zmianą. Pamięta, że jego siostra siedziała smutna. Mama i babcia zajęte były rozmową. A on rozglądał się nerwowo, martwiąc się, czy tato zdąży nadejść przed odjazdem pociągu. Tato pojawił się nagle, jakby wyłonił się z mgły. Punktualnie o 5.24 rodzina Wroń-skich wyjechała ku nowemu. Ku zmianie. Za sobą zostawili część życia, choć nie odwrócili się do niego plecami. Nie było łatwo się żegnać. W pociągu nudno, głodno, brudno, bezludno i trudno. W sercu pustka. I on - jedenastolatek w podróży.

Mówi, że to tato zdecydował, więc pojechali na Ziemie Odzyskane. Bo te ziemie są wolne. Bo dobrobyt. Czeka ich lepsze. Nikt nie protestował, choć każdy - dziadek potwierdza to do dziś - bał się. Najbardziej bały mama i babcia. Nie umiały tego ukryć. Dla chłopca - jakim był wówczas dziadek - była to prawdziwa wyprawa. I wyruszał w nowych butach. Ba! Jakie to były trzewiki. Kupione na targu specjalnie na okoliczność tej podróży.

***

- W pociągu tłok. Ciasno. Z każdego kąta w wagonu wyziera nuda, choć ludzi mnóstwo. A ojciec rozmyślał nad „planem kolonizacyjnym” - mówi dziadek. Cokolwiek to dziś znaczy.

Po przejechaniu byłej granicy pruskiej (jak nazywał ją tato) pojawiło się niespotykane dotąd zjawiska. Oto, naszym oczom ukazały się dziwne budynki i aleje regularnie posadzonych drzewa. Czy to aby nadal Polska? Kiedy minęliśmy stację „Breslau”, do celu podróży zostało kilkadziesiąt kilometrów. A celem tym był Strzegom. Tak mówił tato. I my podążaliśmy wraz z nim ku temu celowi, bezgranicznie mu ufając.

Na stacji docelowej odetchnęliśmy z ulgą. To koniec naszej podróży, ale… Już wtedy wiedziałem, że czeka nas nowe. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe wyzwania. A tu tymczasem niby leje po bombach takie same, niebo takie same, ale stacja kolejowa wyglądała… ładniej. A szyny? Wiodły dalej i dalej. Zapraszały w dłuższą, nieznaną podróż. Poczułem się obco i… Wtedy po raz pierwszy od czasów zakończenia wojny poczułem niepokój. Ale ta piękna miejska przestrzeń, te kamienice i rozległe parki zapraszały nas swym niespotykanym dotąd urokiem. Kwitły już drzewa. Ruszyliśmy zatem aleją… Pieszo. A spieszno nam było do tego nowego, który stanowił dla dziadka zagadkę, a dla jego rodziców kojarzył się z lepszym życiem.

1948, Mława.

Dziadek zostawił tam część swego dzieciństwa. Do dziś nie wiem, kim naprawdę był tajemniczy wujek i dlaczego sprawa z pistoletem zakończyła się jego nagłym zniknięciem. Są tajemnice, które jego rodzice zabrali ze sobą do grobu.

Niedawno przeczytałem recenzję książki Ryszarda Juszkie-wicza „Ziemia Mławska w latach 1945-1953 (walka o wolność i suwerenność). Ponoć wypełnia ona „białe plamy” powojennej historii tej części północnego Mazowsza. To tylko początek moich poszukiwań. Ale wróćmy do historii dziadka. Tym razem oddajmy mu głos.

1948, pierwsze dni w Strzegomiu.

Dziadek opisał to tak: „Polska. Niby u siebie, ale jednak obcy. Miasto oglądałem się przez palce, przesłaniając dłońmi oczy. Jakby w obawie przed tym obrazem. Tak innym, tak pięknym, a jednak obcym. Ale i pewną dozą ciekawości. Strach nie przed tutejszymi - ich już nie było, strach nie przed tym, że wrócą, strach nie przed... No właśnie, przed czym? Przed własnym, ale przecież nie swoim. Obcym, ale naszym. Polskim - jak nas przekonywano.

Drogi brukowane. Lampy w wielu punktach miasta. W Mławie tylko w rynku. Piękne, dwupiętrowe kamienice. Wszystko opuszczone. Mieszkania puste. Budziło to zachwyt, ale i grozę. Wszędzie żołnierze i my - nowi. Przesiedleńcy. Zabudowa zwarta. Wszystko wydawało się ściśnięte jakby na siłę, zagospodarowane. Budynek przy budynku, uliczka obok uliczki. Miało się wrażenie, że przebywamy w pięknym labiryncie, który napiera z każdej strony. Nie to co w domu. Dom to teraz tylko przestrzeń wypełniona wspomnieniami.

Niby Polska, ale jaka to ojczyzna, skoro czujemy się w niej obco?

Na początku mieliśmy zamieszkać w małym domku jednorodzinnym na obrzeżach miasta. Babcia nalegała jednak, że jesteśmy tu sami i musimy iść gdzie indziej. Ale, jak się później okazało, w Rynku też wszystko było zajęte.

- Tyle domów, i ani jednego sąsiada - martwiła się babcia.

Nic z tego nie rozumiałem. Nocowaliśmy w jednej izbie, stłoczeni obok innych oczekujących. Po kilku dniach przenieśliśmy się na wieś. Tuż obok Strzegomia. Zamieszkaliśmy w wysokim budynku, w małym mieszkanku. A obok nas jeszcze trzy rodziny. Jedna - jak mi tłumaczył tato - przyjechała z okolic Lwowa, a druga opuściła wcześniej Kraków. Ostatnia wyprowadziła się po dwóch dniach od naszego przybycia, więc nie dowiedziałem się dokładnie, skąd pochodziła. Warto dodać, że szybko zżyliśmy się ze sobą i pomagaliśmy sobie nawzajem.

Gdy wieszałem swoje rzeczy w pięknej, drewnianej szafie, natknąłem się na wieszak. Drewniany. Z metalową zawieszką i napisem: „Simon Schnedel Bromberg, Friedrichsplatz 5. 6.u.7”. Dopiero później tato wytłumaczył mi, że ten wieszak należał kiedyś do właściciela tego mieszkania. Kto by zostawiał takie ładne wieszaki i takie piękne szafy. Dziwni ci Niemcy - myślałem wtedy”.

Rok 2016, Strzegom

- A co to za śmieszny aparat, który leży na szafie? - wskazałem któregoś dnia na małe pudełeczko.

Dziadek zamyślił się, a później opowiadał dalej…

- To niemiecki odbiornik radiowy firmy „Blaupunkt”.

Pomyślałem wtedy: „No tak! Przecież Władzio w wolnym czasie uwielbiał słuchać radia. Z małej czarnej skrzyneczki z napisem „Detefon” czerpał wiedzę o świecie. Na kanale Polskiego Radia były dostępne tylko dwa programy. Dla małego dziecka były bodźcem do pobudzenia wyobraźni. Tam w Mławie, ale i tu… na Ziemiach Odzyskanych mały Władzio słuchał radia”.

Po latach dziadek dowiedział się, iż niemiecka firma „Blau-punkt” korzystała z pracy więźniów hitlerowskich obozów, w tym obozu Gross-Rosen w Rogoźnicy. Miejscowość ta oddalona jest od Strzegomia o niecałe 9 km.

***

- Dzięki temu niemieckiemu odbiornikowi słuchałem Polskiego Radia Wrocław. To radio sprawiło, że moja rodzina poczuła się w Strzegomiu jak u siebie.

Wreszcie jak u siebie…

Autor był uczniem Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Strzegomiu

Jakub Żabiński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.