Po latach podbojów miłosnych wreszcie się ustatkował

Czytaj dalej
Fot. Ewelina Wójcik
Paweł Gzyl

Po latach podbojów miłosnych wreszcie się ustatkował

Paweł Gzyl

Być może, gdyby Czesław Mozil został w Danii, byłby ulicznym grajkiem. W Polsce stał się gwiazdą piosenki, a piękne kobiety ustawiały się w kolejce.

Właśnie oglądamy go na ekranach kin w pierwszej roli w filmie fabularnym. Wszystko wyjaśnia już sam tytuł: „Szkoła uwodzenia Czesława M.”. Wciela się w nim w siebie - popularnego piosenkarza, którzy przechodzi akurat kryzys twórczy. Aby uciec od otoczenia, gwiazdor wyjeżdża nad morze, gdzie poznaje dwóch życiowych nieudaczników. Proponują mu założenie profesjonalnej... szkoły uwodzenia.

- Rzuciłem w jakimś wywiadzie pytanie, dlaczego nikt mi nie zaproponuje roli filmowej. I trzy lata temu Aleksander Dembski, który chodził z pewnym pomysłem, zaproponował mi rolę. Pokazał mi uroczy scenariusz, który bardzo mi się spodobał. Zwłaszcza że miałem zagrać samego siebie - śmieje się Czesław w rozmowie z serwisem Onet.

Na potrzeby filmu wokalista nagrał zestaw piosenek znanych wykonawców - Happysadu, Ireny Jarockiej, Renaty Przemyk, Andrzeja Rosiewicza i Poparzonych Kawą Trzy. Najważniejsza ma jednak autorski charakter i powstała z udziałem znakomitego satyryka Artura Andrusa. „Trzeba mieć specjalną skrzynię” to jednak... smutny utwór.

- Musiałem się nauczyć, że film to gra zespołowa. W tej branży, by coś się udało, musi ze sobą współpracować o wiele większa liczba ludzi niż przy produkcji płyty, jest więc na pewno trudniej. Zwłaszcza że wszyscy chcą mówić, a nie każdy ma coś mądrego do powiedzenia - puentuje piosenkarz.

Roznosząc gazety

Przyszedł na świat w nietypowych okolicznościach. Jego rodzice mieszkali w Zabrzu - matka była nauczycielką, a pochodzący z Ukrainy ojciec prowadził osiedlowy sklepik. Pewnego dnia mama wybrała się do miejscowego Domu Muzyki i Tańca na występ Andrzeja Rosiewicza. Była już w zaawansowanej ciąży. Podczas koncertu zaczęły się bóle porodowe. Nie obejrzała wprawdzie show Rosiewicza do końca, ale kilka godzin później mogła pochwalić się synem Czesławem.

- Moi rodzice wyprowadzili się z Polski, kiedy miałem sześć lat. Byłem jeszcze dzieckiem, ale mówiłem i pisałem po polsku. W moim domu, też tym w Danii, zawsze mówiło się po polsku. Mama, która była polonistką, dbała o kulturę języka. Oboje z siostrą mówimy po polsku, chociaż ona zdecydowanie lepiej. Co roku część wakacji spędzałem tutaj u rodziny. I mimo że przez jedną trzecią życia mieszkałem w Danii, którą kocham i z którą łączą mnie wspomnienia, przyjaciele i rodzina, to czuję się Polakiem - deklaruje piosenkarz w „Newsweeku”.

Pierwsze lata w Danii nie były dla Mozilów łatwe. Mieszkali na osiedlu emigrantów, gdzie kłębiły się wszystkie narodowości i religie świata. Najbliższym kolegą Czesława stał się jego turecki rówieśnik Ali. Chłopcy spędzali całe dnie na lokalnym boisku, kopiąc piłkę. Ali był muzułmaninem i pewnego dnia kazał Czesławowi przysiąc na Allacha, że przyjdzie na spotkanie punktualnie o szesnastej. „A mogę na Boga?” - zapytał młody Polak. „Pewnie” - roześmiał się Ali. Dzięki temu Czesław nigdy nie miał rasowych ani religijnych uprzedzeń - choć przyznaje, że w domu ciotki często narzekało się na Turków.

- Jako dwunastolatek zacząłem roznosić gazety. Zawsze w środę po szkole wkładałem je do wózka, który zrobił mi ojciec, wsiadałem na rower i ruszałem. Za pierwszym razem trasa, która mi miała zająć 1,5 godziny, zajęła 12. Padał deszcz, zarzekałem się, że już nigdy tego nie zrobię. Roznosiłem gazety przez trzy lata. Nauczyło mnie to dyscypliny: nie ma, że jesteś chory czy ci się nie chce. Ładujesz gazety na rower i jedziesz. Pieniądze nie były duże, ale były moje - opowiada wokalista w „Elle”.

Podobno miał co roku sześć kobiet. Jako 37-latek osiągnął zatem imponujący wynik.
Ewelina Wójcik W filmie „Szkoła uwodzenia Czesława M.” piosenkarz gra w pewnym sensie siebie samego.

Oczyszczony po balu

W podstawówce Czesław miał praktyki w redakcji lokalnej gazety. Kiedyś na pożegnanie podał rękę redaktorowi. „Będą z ciebie ludzie” - powiedział mu dziennikarz. „Ale jak podajesz rękę, patrz w oczy” - dodał. I to Czesław zapamiętał do końca życia. Tak jak pracę biletera w kinie. Obserwował tam ludzi wychodzących z seansu i po ich reakcjach wiedział, jakich filmów nie warto oglądać.

Gdy jego duńscy koledzy myśleli już o kupowaniu pierwszych samochodów, on poświęcał się muzyce, chodząc do średniej szkoły muzycznej. Mimo że udało mu się nawet dostać do kopenhaskiego konserwatorium na wydział akordeonu, ostatecznie rzucił uczelnię.

- Kupiłem w Danii bar. Myślałem, że to świetny pomysł, żeby być wolnym, a jednocześnie zarabiać. Okazało się, że wcale nie byłem wolny, tylko jeszcze bardziej harowałem. To była największa porażka mojego życia. Przez ten bar straciłem dziewczynę, przestałem komponować. Nagle okazało się, że on zżera mi całe życie. Przyjechałem do Polski na takie dłuższe wakacje. Nie oczekiwałem, że moja muzyka spotka się z tak dobrym przyjęciem, że będę miał tyle koncertów - mówi w „Gali”.

Gdy był w Polsce, często przyjeżdżał do Krakowa. I spodobało mu się pod Wawelem, na co wpływ mieli studenci, których tu poznał. Najpierw imprezował całe dnie i noce - aż w końcu postanowił spróbować swych sił w czymś bardziej twórczym.

Kolejne koncerty w klubie Alchemia sprawiły, że został dostrzeżony. Niebawem na rynku pokazała się pierwsza płyta zespołu Czesław Śpiewa - i od razu przyniosła mu wielką popularność. Wtedy przeprowadził się do stolicy, aby rozwinąć karierę.

- Kocham Kraków, ale żeby cokolwiek zrobić, żeby popracować, muszę przyjechać do Warszawy. Kraków to miasto, w którym lubię się niszczyć. Czasami po balu, który trwa 38 godzin, czuję się oczyszczony. Jak po spowiedzi w kościele. To idealne miejsce na imprezowe katharsis. Tam każdy jest artystą, prawie zawsze niespełnionym. Siedzą w Alchemiach, Psach, Zwisach i opowiadają, jakie to napiszą książki, nakręcą filmy i nagrają płyty. Dzień po dniu, noc po nocy - wciąż to samo. Czasem robią sobie przerwę, żeby zaczepić Czesia albo innego, „co się sprzedał”, i okazać swoją wyższość. W co drugiej krakowskiej knajpie ktoś mi oświadcza, że jestem niezdolny, głupi i sprzedałem się jak dziwka. W Warszawie nigdy mnie coś takiego nie spotkało - wyznaje w „Playboyu”.

Miłosne zapasy

Czesław opowiada, że pierwszą dziewczynę miał w wieku siedemnastu lat, a potem średnio przypadało ich sześć na rok. Pamiętając, że ma obecnie 37 lat, wychodzi z tego wielce imponujący wynik. Nic więc dziwnego, że ma opinię niepoprawnego uwodziciela.

- Przez rok spotykałem się z kobietami dzięki portalowi erotycznemu. Poznałem tam wspaniałe osoby. Takie, które otworzyły mi oczy na inny świat. Przez półtora roku spotykałem się z panią spod Warszawy, która pracuje w sklepie z odzieżą. Spotykałem się też z panią pisarką, lat 55. Nigdy normalnie bym jej nie poznał. A te kobiety dały mi tyle czułości, radości i cudowności! Spacer nocą, głębokie rozmowy, inne spojrzenie na życie - tak dużo od nich dostałem! Było mi to potrzebne -zdradza w „Gali”.

Jakby tego mało - przyznaje otwarcie, że nie odmawiał również mężatkom, będąc dla nich odskocznią od nudnego życia rodzinnego. Podrywanie kobiet tak mu weszło w krew, że jego koledzy i koleżanki z zespołu śmiali się z niego, kiedy nawet w przydrożnym barze próbował flirtować z każdą kelnerką, która akurat podawała grupie posiłek.

- Pamiętałem, że jak koleżanka z liceum spotykała się z o parę lat starszym chłopakiem, to nas - jej równolatków - strasznie to wkurzało. Któregoś sylwestra siedziałem sobie w Alchemii razem z jej współwłaścicielem i zwierzyłem mu się z tego kompleksu. A on na to: „Co ty pier..., chłopaku! Jak one chcą, to bierz i żyj”. To był przełom. Uwierzcie. Zrozumiałem, że dojrzałość polega na tym, żeby mając ponad 30 lat, iść po ulicy z 19-letnią dziewczyną i być z tego dumnym. Ale żeby nie było. Kocham też starsze kobiety - twierdzi w „Playboyu”.

Z czasem piosenkarz postanowił spróbować trwałych związków. Pierwszą jego narzeczoną została aktorka Anna Cieślak. Pod presją partnerki Czesław starał się nawet zmienić swoje dotychczasowe nawyki.

-To jest najprawdziwsza, najszczersza kobieta. Bardzo silna. Powiem tylko tyle: to aż niebezpieczne, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. I to, że możemy rozmawiać. Przed Anią nie było rozmowy. Zmieniłem życie radykalnie. Nie tylko dla niej, ale też dla siebie -mówił wtedy w „Elle”.

Niestety, nie udało się i Czesław znów rzucił się w miłosne zapasy. Po kilku miesiącach od rozstania z aktorką zaczął pokazywać się w towarzystwie Doroty Zielińskiej, swojej stylistki .

Tabloidy zaczęły spekulować, że tych dwoje łączy jednak coś więcej niż praca. No i faktycznie - w końcu para pojawiła się na jednym z oficjalnych przyjęć biznesowych i potwierdziła, że jest razem. Dziś oboje mieszkają w Warszawie.

- Na pewno czuję inny spokój. Idę spać i budzę się z tą samą osobą. Mam większą wiarę we wszystko, na wiele spraw patrzę z pewnego z dystansu. Trochę mniej się smucę, kiedy coś mi nie wychodzi. Osobiście trudno jest mi to powiedzieć, ale ludzie, którzy mnie znają, twierdzą, że przeszedłem ogromną metamorfozę. Cieszę się za każdym razem, kiedy wracam do domu i widzę w nim Dorotę. Siada całe napięcie, spuszczam trochę powietrza - wyznaje piosenkarz w Onecie.

Alfabet Czesława Mozila

Czesław protestował wraz z Dorotą Zielińską. - Ruszyłem tyłek i stałem w deszczu ze swoją dziewczyną, bo uważałem, że tak trzeba. Nie chcę pozwolić, by politycy decydowali za nas, o nas - mówi.

Od pierwszej płyty zespołu Czesław Śpiewa teksty do jego piosenek pisze poeta z Krakowa Michał Zabłocki. Teraz pracuje nad wierszami, które trafią na album „Księga emigrantów II”.

Tematem ostatnich piosenek Czesława jest właśnie emigracja. Ale nie tylko jego własna, lecz też innych Polaków, których artysta poznał choćby podczas występów dla Polonii w Europie Zachodniej.

Tak miał na imię kolega małego Czesława z Zabrza. Chłopcy byli ministrantami. Ich „służba” polegała głównie na śmianiu się z księdza, kiedy śpiewał po łacinie, albo nabijaniu się z niego, bo nie zapiął sutanny.

Łatwość, z jaką Czesław zdobywa dziewczyny i kobiety, o mało nie doprowadziła go do więzienia. „Nawet 13-latki przysyłały mi swoje zdjęcia w szokujących sesjach. Aż strach” - mówił w „Playboyu”.

Czesław lubi wypić. - Po piwie i winie jestem aniołkiem, ale wóda to zło. W jednym z hoteli nadepnąłem na odcisk ukraińskiej mafii. Jak mnie jeden pan popchnął, to pofrunąłem z 50 metrów - wyznaje.

Wiele wskazuje na to, że Czesław cierpi na wadę kręgosłupa. To przypadłość wszystkich grających na akordeonie. Instrument waży bowiem 14 kilo. Dlatego wokalista korzysta z porad kręgarzy.

Dzięki wielonarodowemu pochodzeniu Czesław mówi w kilku językach. Przede wszystkim po polsku i po duńsku, ale też (dosyć słabo) po ukraińsku. Wyróżnia go jednak specyficzny akcent.

Ojciec Czesława chciał wyjechać z Polski do Kanady. Pierwszym przystankiem miała być Dania, bo tam mieszkała babcia wokalisty. Ostatecznie rodzina została w Kopenhadze. Ojciec prowadzi tam sklep żelazny.

Kiedy Czesław był młody, miał ulubioną zabawę. Wybierał przypadkowy numer w telefonie i gdy ktoś odbierał, śpiewał i grał mu na pianinie. Myślał, że w ten sposób ludzi rozśmieszy. Ale wcale tak nie reagowali.

Czesław stał się tak naprawdę idolem, dopiero kiedy wystąpił jako juror w „X-Factorze”. Ponoć był wtedy całkowicie naturalny - być może dlatego jego wybuchowa osobowość tak się spodobała Polakom.

Czesław czuje się już „lokalsem” w Warszawie. Choć nadal ma mieszkanie w Krakowie, jego dom jest tak naprawdę na stołecznej Pradze. Wszyscy go tam dobrze znają.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.