Paweł Deląg: Kiedyś Rosja stanowiła pomost pomiędzy Azją a Europą. Aby znowu tak było, trzeba, aby rozliczyła się z przeszłością

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Paweł Gzyl

Paweł Deląg: Kiedyś Rosja stanowiła pomost pomiędzy Azją a Europą. Aby znowu tak było, trzeba, aby rozliczyła się z przeszłością

Paweł Gzyl

Kolejne dzieło reżyserskie Pawła Deląga to „Pani Basia”. Podejmuje ono ekologiczną tematykę. Popularny aktor opowiada nam również o tym, jak wojna w Ukrainie zahamowała jego karierę na wschodzie Europy.

Często pan odwiedza rodzinne miasto?
Coraz rzadziej.

Dlaczego?
Życie się zmienia. W Krakowie została moja mama i bliscy przyjaciele. Ale sprawy zawodowe od wielu lat związane są z Warszawą. Choć moję serce niezmiennie zostało w Krakowie.

A jak się panu oddycha pod Wawelem?
Lepiej niż kiedyś. Od małego dziecka byłem przyzwyczajony do tego, że Kraków ma specyficzny zapach. To był pewien smrodek, który unosił się w powietrzu, a widnokrąg zamykała szaro-różowa kopuła, która wisiała nad miastem. Kiedy byłem młody, akceptowałem to, bo nie miałem świadomości, jak ten smog może być szkodliwy dla żywych organizmów. Od tego momentu minęło już trochę czasu.

Co się zmieniło?
Kraków wypowiedział wojnę tym wszystkim urządzeniom, które przyczyniają się do powstawania smogu – ogrzewaniu domów na węgiel czy gaz w oparciu o stare urządzenia grzewcze. Ta niska emisja generuje ok. 50% zanieczyszczeń w powietrzu. Do tego dochodzi 20% z transportu miejskiego. Nowa polityka władz miasta sprawiła, że zmniejszyła się liczba pieców-kopciuchów. Wymieniono aż 80% tego typu urządzeń. Jest więc lepiej – ale w okresie jesienno-zimowym, wskaźniki zatrucia powietrza jednak się podnoszą.

Dlaczego postanowił pan nakręcić film „Pani Basia” o zgubnym wpływie smogu i jego akcję umieścić w Krakowie?
Jego bohaterka mieszkała przez ponad 50 lat w Nowej Hucie i oddychała tamtym powietrzem. To sprawiło, że zachorowała na raka. Lekarz, który ją badał, stwierdził, że ma płuca nałogowego palacza.

Dedykuje pan „Panią Basię” swojej mamie i babci swego syna. Skąd ten osobisty ton?
To ukłon wobec dwóch wspaniałych kobiet. Moja mama żyje i dzięki Bogu nie ma takiego problemu. Babcia mojego starszego syna stanowiła natomiast pierwowzór bohaterki filmu. Pani Barbara Gajdarska to była istota krucha i delikatna, życzliwa światu i ludziom. Pracowała jako nauczycielka i wychowawczyni. I byłem przekonany że taki człowiek, pełen dobra i światła, będzie bardzo pasować do tej historii – że właśnie taka przyzwoita osoba zderza się z sytuacją, w której zanieczyszczone powietrze decyduje o jej życiu.

Nie wolał pan opowiedzieć o tym problemie filmem dokumentalnym?
Jestem twórcą, który wywodzi się nie z dokumentu, ale z fabuły. Wolę mieć możliwość postawienia pewnej tezy od początku do końca poprzez ciekawą dla widza opowieść. Dzięki temu jest to film nie tylko o smogu.

Czyli?
To również film o służbie zdrowia. Czy faktycznie spełnia ona swoją rolę? Czy takich lekarzy chcielibyśmy spotykać na swojej drodze? Dlaczego nie mogą nam oni pomóc? W jakich to dzieje się warunkach? Z własnego doświadczenia wiem, że w publicznej służbie zdrowia pacjent jest petentem. A z tym nigdy się nie zgodzę. Bo w sytuacji, kiedy człowiek potrzebuje pomocy, powinien trafić na zrozumienie, wyciągniętą rękę i zaopiekowanie się nim, a nie potraktowanie jak kolejny numerek w kolejce. Tymczasem żeby dostać się do jakiegoś specjalisty, trzeba dzisiaj czekać kilka miesięcy. System zdrowotny jest niewydolny, a płacimy na niego ciężkie pieniądze. Dziś składka ZUS-owska jest trzykrotnie wyższa niż pięć lat temu. Obecnie odprowadzam na ten cel 1.700 zł, a kiedyś było to 600 zł.

Co zrobić by było inaczej?
Idąc do wyborów, głosować na takich polityków, którym zdrowie i ekologia są bliskie sercu. Inaczej będziemy skazani na oddychanie powietrzem, które ma niedobry wpływ na nasz organizm. Obecnie co roku umiera 48.000 osób na choroby wywołane smogiem. Starty są więc ogromne.

O tym chce pan opowiadać widzom jako reżyser?
Ekologia jest teraz bardzo ważnym tematem, który zmienia naszą świadomość. Wymusza na człowieku szukanie nowych rozwiązań. Bo dalsza eksploatacja wody, powietrza, ziemi i zwierząt w sposób rabunkowy, jest nie do przyjęcia. Teraz człowiek jest dla swej planety pasożytem. Zamiast prowadzić wojny, powinniśmy wszyscy zająć się ochroną środowiska. Choćby zapobiec zmianom klimatycznym. Mają one bowiem wielki wpływ na ruchy migracyjne: ponad 2 miliardy osób będzie niebawem chciało wyruszyć w świat w poszukiwaniu lepszego życia. Susza sprawi, że plony będą mniejsze, a to wywoła głód. To są realne problemy, z którymi ludzkość będzie się musiała zmierzyć. Ekologia jest w tym kontekście próbą odpowiedzi na najbardziej palące kwestie współczesnego świata. To system pewnych zachowań i regulacji, które ludzi nie dzielą, ale łączą. I wydaje mi się, że kino powinno o tym opowiadać.

„Pani Basia” to już drugi film, który pan wyreżyserował. To znaczy, że ma pan coraz większy apetyt na reżyserowanie?
- Zdecydowanie. Oczywiście nie wyobrażam sobie swojej dalszej aktywności bez grania. Ale możliwość formułowania pewnej metafory od początku do końca, sprawia mi intelektualną radość. To część dojrzałego myślenia o tym, w jakim świecie żyję.

Inaczej postrzega się film z pozycji reżysera niż z pozycji aktora?
Niekoniecznie. Oczywiście aktor w naturalny sposób jest przede wszystkim zainteresowany tym, aby jego rola została dobrze zagrana. Reżyserowi z kolei zależy, żeby cały film był piękny i doceniony. Ale jako aktor grający główną rolę, mam duży wpływ na to, jak ten film zostanie opowiedziany. Dlatego to właśnie aktor jest najważniejszym współpracownikiem reżysera. Z kolei reżyser, mając aktora, który jest najlepszym wehikułem do przeprowadzenia historii, którą opowiada film, będzie zawsze za nim podążał. Oczywiście pomagając mu w osiągnięciu najlepszego rezultatu, który potem zamienia się w metaforyczną wypowiedź reżysera, dotyczącą całości obrazu.

Mam pan duży dorobek aktorski. Jest on panu pomocny, kiedy staje pan po drugiej stronie kamery?
Bardzo. Dzięki temu rozumiem aktorów. Wiem, kiedy powiedzieć „akcja”, kiedy aktor jest gotowy, aby dać od siebie to coś, co jest najważniejsze w kinie – ten „moment prawdy”. Wiem, kiedy aktor jest w stanie zaufać reżyserowi, dzięki czemu wytwarza się między nimi specjalna więź i porozumienie. Aktor musi się trochę danym mu scenariuszem bawić i szukać w tej zabawie najlepszego sposobu wyrażenia treści. Cały czas jest to więc poszukiwanie otwartości, porozumienia budowane na solidnym przygotowaniu do roli. Bez tej radości i chęci spotkania, bez ochoty na zaryzykowanie i odważenie się, nie ma możliwości współpracy między aktorem a reżyserem.

Ma pan w swym dorobku dwa krótkie metraże. Teraz czas na serial lub film?
Tak. Pracuję właśnie nad swego rodzaju kontynuacją mojego debiutu – „Zrodzeni do szabli”. Będzie to opowieść rodem z XVII wieku o lisowczykach. Projekt ten nosi tytuł „Renegaci” i obecnie jesteśmy w końcowej fazie jego developementu. Obiecuję, że będzie to spora dawka emocji – historia polskiej kawalerii, ale też swego rodzaju magiczna i symboliczna opowieść o dojrzewaniu młodego człowieka poszukującego własnej tożsamości.

Do niedawna kręcił pan dużo jako aktor w Rosji, w Ukrainie i Białorusi. Jak teraz wygląda sytuacja?
Sytuacja w ogóle nie wygląda. Ukraina nic nie produkuje, bo walczy o przetrwanie. Z kolei w Rosji nie wyobrażam sobie, by po wybuchu wojny podjąć współpracę z tamtejszymi twórcami i producentami z powodów czysto etycznych. Bo nie godzę się na akt barbarzyństwa wypowiedzenia totalnej wojny pozbawionej wszelkich reguł przez ten kraj. Ukraina wreszcie ma teraz szansę wpisać się w historię Europy. Putin chce, żeby ten kraj zniknął z mapy świata. Przeczy w ogóle faktowi istnienia kultury ukraińskiej i języka ukraińskiego. To są dla mnie rzeczy niebywałe i zakrawające o wręcz nazistowskie zapędy.

Ma pan na pewno wielu znajomych i przyjaciół w Rosji. Jak oni reagują na tę wojnę?
Jest oczywiście grupa osób, która się na to nie godzi. Mają one odwagę cywilną i mówią o tym głośno, komunikując swoją niezgodę choćby na Instagramie. Większość jednak po prostu milczy, bo system represji jest bardzo mocny. Są też tacy, który wspierają Putina. I jest to całkiem spora grupa. Jestem przerażony, że ludzie ci grożą nam bombami atomowymi. Zamykają porty i zboże nie może wędrować w świat, by karmić ludzi. Prowadzą bezwzględną wojnę, której celem jest całkowite wyniszczenie narodu ukraińskiego. Bez jakichkolwiek praw i zasad, które zapisane są w międzynarodowych konwencjach. Tymczasem to kompletnie niepotrzebna wojna, godząca nie tylko w naród ukraiński, ale budząca wiele napięć, nienawiści i konfliktów w całej Europie, z którymi będziemy żyli przez następne lata. Zamiast wydawać pieniądze na ekologię i zdrowie, będziemy musieli wydawać je na zbrojenia. Wszyscy zapłacimy za tę wojnę.

Myśli pan, że uda się kiedyś powrócić do takiej współpracy z Rosjanami, jak przed wojną?
Kiedyś Rosja stanowiła pomost pomiędzy Azją a Europą. Aby znowu tak było, trzeba, aby rozliczyła się z przeszłością. Musi zrobić sobie rachunek sumienia za Ukrainę. Tymczasem widzimy, że zbrodniarze są przez Putina nagradzani medalami. Jest więc ogromne zakłamanie.

Nie ma więc możliwości, aby Rosja sama się oczyściła, jak kiedyś zrobili to Niemcy?
Nie. Bo Rosja nie przegrała nigdy wojny. Dopiero gdyby to społeczeństwo zostało rzucone na kolana, wtedy zrozumiałoby ogrom swych win. Jest w tym narodzie pewne światło. Ale bez odcięcia się od zbrodni, którymi się plami właściwie od momentu, kiedy bolszewicy przejęli władzę, nie ma mowy o odrodzeniu. Inaczej nie da się zbudować otwartego społeczeństwa gotowego na dialog. Odrodzenie takie powinno być oczywiście oparte na tym samym zbiorze wartości wypływających z Dekalogu. Bo przecież Rosjanie to również chrześcijanie tak, jak my. Czy można ten rozbity dzban skleić na nowo? Kiedyś ludzie z Zachodu myśleli, że uda się to zrobić dzięki liberalnej ekonomii i wymianie kulturalnej. Ale cóż – tak się nie stało. Moskwa kończy się na rogatkach, a dalej jest Rosja biedna i zniszczona, w której nie ma poczucia sprawiedliwości.

Jak się panu pracowało w Rosji przed obecną wojną?
Bardzo dobrze. Spotykałem się tam z dużą dozą serdeczności. Dostałem to też od Ukraińców i Białorusinów. Niestety: okazało się, że przeszkadza nam telewizyjna propaganda i świadomość historyczna. Dla nich to Armia Czerwona uratowała Polskę przed Hitlerem, który bez tego dokonałby takiej eksterminacji naszego narodu jak Żydów. Tymczasem dla nas Rosjanie parli po trupach Rzeczypospolitej na Zachód. Tak było w 1920, 1939 i w 1945 roku.

To zupełnie inne podejście do historii w takiej codziennej pracy na planie filmowym z Rosjanami było odczuwalne?
Tak. To jest przecież świadomość budowana sukcesywnie od II wojny światowej. Na tym etosie zwycięskiego Związku Radzieckiego. To właśnie on sprawił, że Rosjanie mają zakodowane, iż muszą cierpieć za swój naród. To teraz bardzo Putinowi pomaga. Społeczeństwo rosyjskie ubożeje, ale jest informowane przez media, że dzieje się to, ponieważ Rosja prowadzi teraz świętą wojnę z ukraińskimi nazistami.

Będzie panu brakowało tych występów na Wschodzie?
Sytuacja jest w tej chwili bardzo nabrzmiała. Mam jednak nadzieję, że będę za jakiś czas pracował w Ukrainie. Na pewno będzie mi jednak brakowało bezpiecznego sąsiada, do którego można z radością pojechać i który przyjeżdża do Polski ze swoją kulturą. Kiedy będziemy mogli to zmienić i razem pracować przy jednym stole? Aby tak się stało, potrzebne są ogromne zmiany. Droga przez wojnę, tyranię i izolację społeczeństwa nie wiedzie jednak w tym kierunku. To raczej budowanie drugiej Korei Północnej niż otwartej Rosji.

Czy pana ogromny dorobek na Wschodzie ma przełożenie na pana pozycję w Polsce?
Nie mnie to oceniać. Wiele osób współpracowało przecież z Rosją. To choćby Krzysztof Zanussi, Jerzy Hoffman, Daniel Olbrychski, Michał Żebrowski, Karolina Gruszka. W końcu ja. Te relacje były bardzo mocne i obdarzone pewną radością. Myśmy mogli się nawzajem od siebie uczyć. Polska kultura w Rosji była bardzo szanowana. Szkoda, że to zostało zaprzepaszczone niczym nieusprawiedliwioną agresją i okrucieństwem.

A czy pracując tak intensywnie w Rosji, nie zaniedbał pan karierę w Polsce?
To było na odwrót. Ja nie miałam tutaj zbyt wielu ciekawych i atrakcyjnych propozycji. A przychodziły one z zagranicy. Najpierw z Francji, potem z Rosji, Ukrainy i Białorusi. No i stało się. W końcu zawsze jesteśmy bardziej obecni tam, gdzie nas chcą. Jeśli miałbym możliwość wyboru, to na pewno wybrałbym jednak bardziej zbalansowaną karierę w Polsce i za granicą.

Dzisiaj wielu widzów postrzega pana przede wszystkim jako Wiktora Jeleńskiego z „Przyjaciółek”. To już sześć lat, od kiedy pojawił się pan w tym serialu. Lubi pan tę postać?
To niezbyt prosta postać. Scenarzyści obdarzyli go trudnymi cechami charakteru. I Wiktor walczy z własnymi demonami. Ale na pewno w duecie z Joasią Lisowską gra mi się go bardzo dobrze. Właśnie zaczynamy na dniach nowy sezon. Joasia jest mądrą i fajną kobietą z poczuciem humoru. To, że wytrzymaliśmy ze sobą tyle czasu, świadczy że udało się nam wypracować na planie autentyczną więź.

„Przyjaciółki” to typowo kobiecy serial. Pan wydaje się jednak dobrze czuć w takiej konwencji. Skąd u pana takie zrozumienie kobiecej natury?
Myśli pan? Mnie się wydaje, że kobiety same do końca nie rozumieją siebie, a cóż dopiero mamy ich rozumieć my mężczyźni, którzy nie jesteśmy na poziomie inteligencji emocjonalnej tak bardzo rozwinięci jak one. Oczywiście żartuję. Ten serial tworzą przede wszystkim kobiety: scenarzystki i reżyserki. Dlatego pokazuje on po prostu kobiecy sposób patrzenia na świat. A my mężczyźni tylko próbujemy się w tych ramach odnaleźć. Jeśli się to udaje – to bardzo mnie to cieszy.

Ten serial trochę utrwala pana wizerunek amanta w polskim kinie. Trudno się panu od niego uwolnić?
Nie wydaje mi się, że Wiktor jest typem amanta. Jeśliby się uważniej przyjrzeć mojej filmografii, to jest tam dużo różnorodnych ról. Szczególnie jeśli chodzi o zagraniczne filmy. Choćby ostatnio „Daria” czy „Enemy Lines”. Może faktycznie wyjątkiem jest ukraiński serial „Kawa z kardamonem”, w którym gram typowo romantycznego bohatera. Myślę, że niedługo można będzie tę produkcję zobaczyć w Polsce. I dopiero to będzie w jakimś sensie mój powrót do tego wizerunku amanta, który wykreowało dwie dekady temu „Quo Vadis”.

Mówimy tu głównie o serialach. Dlaczego polskie kino nie upomina się o pana?
Teraz o wiele więcej dzieje się na małym ekranie – przede wszystkim na platformach streamingowych. Poza tym u nas aktorzy są szufladkowani. Ten gra w serialach, ten – w filmach artystycznych, a ten – jest zawodowym rozweselaczem. Łatwo nas tak skategoryzować. I potem aktorowi strasznie ciężko jest wyrwać się z takiej szuflady. To jednak nie jest niemożliwe. Przykładem kogoś, komu się to udało, jest Mateusz Damięcki z filmem „Furioza”. Media musiały czekać aż dwadzieścia lat, aby uznać, że jest dobrym aktorem. Tymczasem on był i jest dobrym aktorem od zawsze, tylko nam próbuje się nieustannie przyklejać jakieś łatki i wpychać do jakichś szuflad. Mateusz potrafi zagrać również komediową rolę – w rosyjskim serialu „Amerykanin w Paryżu” stworzył nadzwyczaj zabawną postać. To fantastyczny aktor i fajny człowiek. Tak jest też z innymi aktorami. Musimy mieć tylko szansę, aby pokazać swoją wszechstronność.

Gdzie zatem będziemy mogli pana niebawem zobaczyć?
W kilku serialach. To choćby „Erynie” Borysa Lankosza według prozy Marka Krajewskiego. Będzie też „Krucjata”, ale przede wszystkim latem w Netfliksie serial „Sekrety rodzinne”. Z kolei w kinach pojawię się w komedii „Ślub doskonały”.

Pana synowie Paweł i Mikołaj też weszli do świata filmu?
Paweł pracuje jako asystent reżysera na planie „Jagiellonów”, a Mikołaj kończy szkołę i oczywiście spogląda na to, co robi jego starszy brat czy na to, co ja robię. Ale na razie zastanawia się, w którą stronę chciałby pójść.

Cieszy pana, że podzielają pana filmową pasję?
Na razie obaj szukają pracy, która by ich inspirowała. I ja nie wiem, czy oni zostaną w świecie kina. Oczywiście w naturalny sposób przejawiają zainteresowanie filmem. Czy mnie to cieszy? Zawsze będzie mnie cieszyło to, co będzie działało na ich korzyść. Jeżeli będę widział, że się spełniają i realizują, to na pewno będę zadowolony.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.