Hanna Wieczorek

Oto nasze drogi do Wrocławia

Na wernisażu wystawy „Drogi do Wrocławia” zebrały się rodziny, których losy ilustruje ta ekspozycja Na wernisażu wystawy „Drogi do Wrocławia” zebrały się rodziny, których losy ilustruje ta ekspozycja
Hanna Wieczorek

Skąd jesteśmy my wrocławianie? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Halina Okólska, kierownik Muzeum Historycznego (oddziału Muzeum Miejskiego Wrocławia) i kustosz wystawy „Drogi do Wrocławia”.

- Uważam, że Wrocław jest miastem specyficznym, tutaj osiedli ludzie z rozmaitych stron dawnej Rzeczpospolitej, a ponieważ byli to w dużej mierze ludzie po tragicznych przejściach, nastąpiła naturalna selekcja - mówi Halina Okólska. - Do stolicy Dolnego Śląska zjechali ludzie, którzy umieli poradzić sobie w tych trudnych czasach. Kolejne pokolenie wrocławian, dzieci tych którzy przyjechali w 1945 roku, to już są ludzie niesłychanie silnie związani z Wrocławiem, nastawieni niezwykle patriotycznie do miasta.

Najpierw był pomysł na publikację książki ukazującej losy ludzi, którzy po wojnie zjechali do naszego miasta. Halina Okólska zaczęła więc od przeprowadzenia 35 rozmów, do których zaprosiła wrocławskich pionierów lub ich dzieci. Potem zachęciła swoich rozmówców, by przeszukali rodzinne archiwa i wyciągnęli z nich ciekawe dokumenty i rodzinne fotografie.

- Okazało się, że w tych archiwach rodzinnych jest niesłychana liczba zdjęć z początków XX wieku - opowiada. - Zdjęć pochodzących w różnych atelier w całej Polsce, a także w Rosji, gdzieś tam atelier w Moskwie. Wydawało mi się, że pokazanie tych wszystkich rodzin i ich pamiątek będzie interesujące dla mieszkańców Wrocławia.

Jakie były kryteria doboru rozmówców? Mieszane. Bo autorka wystawy chciała pokazać skąd przyjechali nasi rodzice i dziadkowie, ale też rodzinne historie, czasem tak niesamowite, że spokojnie mogłyby posłużyć za kanwę filmu sensacyjnego.

- Wszystkie opowieści są ciekawe i dramatyczne - mówi Halina Okólska. - Jednak te z Kresów, a szczególnie z Wołynia, robią największe wrażenie.

Z karabinem w ręku

Bronisława Ławniczak urodziła się w Trzęsówce - niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu. Jej ojciec za namową kolegów postanowił przenieść się na Kresy Wschodnie. Rodzina zamieszkała pod Tarnopolem, gdzie otrzymała gospodarstwo rolne.

Wybuchła II wojna światowa. Kresy dostały się pod władzę ZSRR. Rodzina Bronisławy Ławniczak, jak wiele innych, w kwietniu 1940 roku została wywieziona na Sybir.

- Pociągiem dowieziono ich do miejscowości Suchakar i stamtąd szli zamarzniętą rzeką do miejscowości Stara Baza - opowiada Halina Okólska. -Tam przyszło im pracować przy wyrębie lasu. Pani Bronisława wspomina, że jej mama zdążyła uszyć tylko jedną parę rękawic. Dla niej. Brat strasznie odmroził sobie ręce. Wycieńczająca praca, głód... Choć i tak mieli trochę szczęścia, mama pani Bronisławy pracowała w piekarni, więc czasem mieli dodatkowy chleb.

Do Starej Bazy nie dotarła informacja o formowaniu się Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR (Armii Andersa). Polacy tam mieszkający dowiedzieli się natomiast o tym, że tworzy się 1 Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (zwana potocznie Armią Berlinga).

Bronisława Ławniczak z bratem wyruszyła w drogę. Z Republiki Komi do Sielc nad Oką szli najpierw na piechotę.

- Musieli przejść co najmniej 200 kilometrów, zanim dotarli do stacji kolejowej - opowiada autorka wystawy. - Pani Bronisława mówi, że odżyli w Sielcach, tak jak większość żołnierzy tam zgromadzonych. Bo to byli przede wszystkim Sybiracy. Szczęśliwi, udało im się wyrwać z nieludzkich warunków, że mogą się najeść do syta, że idą do Polski, że nie muszą przyjmować radzieckiego obywatelstwa...

Bronisława Ławniczak została fizylierką w 1 Samodzielnym Batalionie Kobiecym im. Emilii Plater. Przeszła cały szlak bojowy od Lenino, poprzez Chełm, Lublin, Warszawę do Berlina. Dosłużyła się stopnia porucznika.

- Dwa miesiące spędziła w Sielcach, potem rzucili ich pod Lenino - mówi Halina Okólska. - Widziała rzeź polskich żołnierzy pod Lenino. Opowiadała, że Niemcy zajęli wygodne pozycje na wzgórzu, które Polacy zdobywali idąc w błocie... Niemcy strzelali ich jak do kaczek, to była straszna rzeź. Sama była wśród fizylierek, które chroniły dowództwo.

Kiedy Bronisława Ławniczak została zdemobilizowana, nie miała dokąd wracać. Najpierw pojechała do Warszawy, potem do Legnicy, gdzie osiedlili się jej rodzice. Chwilę mieszkała jeszcze w Dzierżoniowie, by w końcu na stałe zamieszkać we Wrocławiu. Do emerytury pracowała w Polarze.

Niemieckie prawo jazdy

Kazimierz Jankowski pochodzi ze Lwowa. - W czasie II wojny światowej był żołnierzem Armii Krajowej - opowiada Halina Okólska. - W działalności konspiracyjnej pomogło mu... niemieckie prawo jazdy.

Kazimierz Jankowski po wkroczeniu Niemców do Lwowa spotkał swojego nauczyciela z gimnazjum, ten mu poradził, żeby szybko znalazł pracę, bo bez ważnej Arbeitskarty, wywiozą go na roboty do Niemiec.

Tak się złożyło, że Kazimierz Jankowski znał pewnego Niemca, kierownika jednej z lwowskich fabryk. Znalazł więc tam pracę dla siebie i swojego kolegi. Kiedy zrobił prawo jazdy (zachowało się do dzisiaj) został kierowcą dyrektora. Woził szefa po całym mieście, co ułatwiało mu wykonywanie konspiracyjnych zadań.

- Niemiec okazał się zresztą porządnym człowiekiem - opowiada autorka wystawy. - Pomógł panu Kazimierzowi wyciągnąć ojca z więzienia, kiedy aresztowało go Gestapo. Miał tam jakieś znajomość i i okazało się, że za 500 dolarów ojciec będzie wolny. Zrzucili się wszyscy krewni, pociotki i znajomi. Udało się zebrać pieniądze. Ojciec pana Kazimierza Jankowskiego przeżył wojnę, potem wyjechał ze Lwowa i także osiadł na Dolny Śląsku.

Kazimierz Jankowski nie doczekał końca wojny we Lwowie. Wcześniej, w 1944 roku, wezwał go szef. Był już spakowany, załadował bagaże do samochodu i kazał się wieźć do Rzeszowa. Stamtąd przyjechał na Dolny Śląsk jako pełnomocnik urzędu ziemskiego w Jeleniej Górze i był w komisji przejmującej majątki na Śląsku. Do Wrocławia przyjechał z żoną na studia, skończył weterynarię.

Bronić Pafawagu

Tadeusz Oryński wywodził się z rodziny łódzkich kolejarzy. Sam do pracy pojechał do Charsznicy w Małopolsce.

- Tam poznał rodzinę państwa Świątków - uśmiecha się Halina Okólska. - Świątkowie mieli dwie córki, jedna się nazywała Maria, a druga Halina. Halina wyszła za Dzieduszyckiego, a Maria za Oryńskiego.

Oryńscy przed wojną mieszkali w Warszawie. W 1945 roku Tadeusz Oryński został włączony do KERM-u (Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów) i przyjechał , żeby przejąć do Wrocławia, by przejmować poniemieckie fabryki. Siedziba wrocławskiego KERM-u mieściła się w gmachu nowej giełdy przy ulicy Krupniczej.

- Najsłynniejsza jest chyba historia związana z Pafawagiem - mówi Halina Okólska. - Polacy przejęli fabrykę już w maju 1945 roku. Jak wiadomo do tego zakładu przyjechała spora grupa pracowników przedwojennego warszawskiego Lilpopa (do 1939 firma zajmowała czołową pozycję w polskim przemyśle budowy maszyn). Ci ludzie doskonale wiedzieli co robić, zakład szybko został zinwentaryzowany, po czym w lipcu weszli Rosjanie i wywieźli cały park maszynowy.

Wtedy Tadeusz Oryński udał się do marszałka Rokossowskiego i udało mu się przekonać go, by wyraził zgodę na wyjazd polskich specjalistów do Niemiec w poszukiwaniu odpowiednich maszyn. Polacy takie maszyny znaleźli, były to urządzenia zrabowane przez Niemców we Włoszech. Maszyny zostały przywiezione do wrocławskiego Pafawagu.

Co łączy atamana i cichociemnego?

Halina Okólska zachęca, by poznać historię rodziny Orlik-Runge. Opowiedziała ją Teresa Orlik-Runge. Jej rodzice mieszkali pod Lwowem, po wojnie dosyć okrężną drogą (przez Lądek-Zdrój) dotarli do Wrocławia. Tu Teresa Orlik skończyła medycynę i wyszła za mąż za wnuka Tadeusza Runge.

- Tadeusz Runge to bardzo znany polski cichociemny - mówi Halina Okólska. - Został zrzucony do Polski w 1944 roku, to był jeden z tych szczęśliwszych wypadków, ponieważ Tadeusz Runge ocalał. Po zakończeniu udało mu się przedostać do Wielkiej Brytanii i ponownie do Polski przyjechał w latach 70. XX wieku. Natomiast Filip Orlik był ostatnim atamanem wolnej Ukrainy w XVIII wieku i rodzina Orlików jest z nim spokrewniona. Niesamowity splot okoliczności, nieprawdaż - kończy Halina Okólska.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Wrocławskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Wrocławskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Wrocławskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Hanna Wieczorek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.