Aleksander Malak

O Francuzach i moskalikach

O Francuzach i moskalikach
Aleksander Malak

Dzięki miłościwie nam panującym, choć wybór tematów zasługujących na cotygodniowy felieton jest nieograniczony, to gdy przyjdzie „upragniony” termin oddania tekstu do gazety, okazuje się, że nie ma o czym pisać.

To już było, tego też dotykałem, temu przyglądałem się dokładnie, tym już zajmowałem się razy kilka, o tamtym pisałem, słowem Ben Akiba. „Wszystko już było”.

Na szczęście nieograniczona jest również pomysłowość wymienionych w pierwszym zdaniu i dlatego, po krótkim wahaniu, dziś zdecydowałem się na Francuzów.

Kimże są ci Francuzi? Cóż to za nacja, że aż tak skupiła na sobie uwagę bogobojnego (prawie) ludu osiadłego między Bugiem a Odrą i Nysą (Łużycką)?

Oczywiście, abstrahujemy w tym momencie od Emmanuela Macrona, nieopierzonego prezydenta kraju znad Loary. Lekce sobie też ważymy jego niewybredne i nieodpowiedzialne słowne wybryki wobec królewskiego szczepu piastowego. Młody jest, więc się czepia.

Dla wymienionych w pierwszym zdaniu i ich „twardego” (swoją drogą ciekaw jestem tej twardości) elektoratu Francuzi to siewcy francuskiej choroby i propagatorzy wszelkich aberracji związanych z TĄ (podkr. moje - AM) sferą życia.

Dla opozycji Francuzi to haute couture (wysokie krawiectwo), hors d’œuvre (a w nich te wszystkie żaby i ślimaki), no i oczywiście 300 gatunków sera.

Dla mnie Liberté, Égalité, Fraternité ou la Mort, Zinedine Zidane i - niech będzie - croissant (ale ze słodkim nadzieniem) na śniadanie. Bo tak lubię.

Wybrawszy francuski temat na dzisiejszy felieton, nie omieszkałem sięgnąć do źródeł, w których znalazłem nieco inne odpowiedzi na pytanie, kim są dla nas Francuzi.

Dla mnie są fragmentem polskiego hymnu i dlatego protestowałem i protestuję przeciwko zamianie Bonapartego, który „dał nam przykład”, na Sobieskiego, który też dawał przykłady, ale - o zgrozo - francuskiej choroby.

Dla opozycji to postacie z Fredry:

„Ej, za granicą - to żyć!... tam to widać ludzi…

We Francyi nie tak jak tu; tam pastuszek lada,

O - tyci, a już panie, po francusku gada!

To, panie, inne rzeczy; to Francyja, panie,

Niech się Podlasie schowa!”

Dla tych z pierwszego zdania i ich „twardego”… pozostaje tylko Sienkiewicz:

„Co to za naród Francuzy? Jak ci powiedzieć; musi takie Niemcy, tylko jeszcze gorsze”.

No i wszystko jasne. Nieprawdaż?

Miejsca już mało, a tu jeszcze otwarta pozostaje kwestia moskalików. Nie, nie tych marynowanych śledzików, które też lubię. Chodzi o wierszyki, spopularyzowane niegdyś przez naszą noblistkę Wisławę Szymborską.

„W dwóch pierwszych wersach, zaczynając od sformułowania „Kto powiedział, że...” lub podobnego, umieszcza się jakąś opinię, najczęściej zawierającą w sobie nazwę narodu czy plemienia. W trzeciej - groźbę dla tego, kto będzie ją wygłaszał i w czwartej - miejsce, gdzie zostanie ona zrealizowana (zazwyczaj jest to kościół albo inny budynek kościelny)”. (Wikipedia)

Bez przykładu (francuskiego) się nie obejdzie, więc Szymborska:

„Kto powiedział, że Francuzi

piją kawę z filiżanek,

temu pierwszy dam po buzi

pod świątynią felicjanek”.

Z jakich filiżanek? Przecież oni nawet widelca nie znają…

Aleksander Malak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.