Niewidzialni, niepotrzebni i niedoceniani? Fizjoterapeuci i diagności chcą po prostu godnie żyć

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Gdak
Nicole Młodziejewska

Niewidzialni, niepotrzebni i niedoceniani? Fizjoterapeuci i diagności chcą po prostu godnie żyć

Nicole Młodziejewska

Fizjoterapeuci i diagności to pracownicy służby zdrowia, którzy przez ostatnie dwa tygodnie protestowali, domagając się zwiększenia wynagrodzeń. Jedni z nich, jak mówią, uważani są często za niepotrzebnych, z kolei drudzy czują się niewidzialni. Na czym dokładnie polega ich praca, co jest w niej najtrudniejsze i dlaczego mają prawo czuć się niedoceniani?

- W tym roku miałam 30-lecie swojej pracy. Od zawsze lubiłam wysiłek fizyczny. Stwierdziłam, że praca w szkole z dziećmi mnie nie interesuje, bo to dużo hałasu. Tak, metodą prób i błędów, eliminując poszczególne kierunki, wybrałam wtedy rehabilitację ruchową, teraz już fizjoterapię - mówi Anna Frydrychowicz, przewodnicząca Oddziału Terenowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii w Poznaniu.

I dodaje: - Może się wydawać, że fizjoterapeuta to taka osoba, która mówi tylko pacjentowi: „Dobrze, to teraz podnieś pięć razy rękę do góry, a później machnij dwa razy nogą”. Tylko trzeba wiedzieć, że właśnie tę rękę ma podnieść do góry i jeszcze w jaki sposób ma ją podnieść, bo różne są podnoszenia do góry, a o tym, w którą stronę daną rękę podnieść do góry, decydują określone grupy mięśniowe. A do tego, żeby to wiedzieć, trzeba skończyć pięcioletnie studia.

Praca fizjoterapeuty w dużej mierze opiera się na bliskim kontakcie z pacjentem. Rehabilitanci muszą dotykać pacjentów i pilnować, by każdy ruch był prawidłowo poprowadzony. Jak sami mówią, to duża odpowiedzialność.

Czytaj też: Protest fizjoterapeutów i diagnostów: Strajkujących jest coraz więcej. W środę rozmowy z ministerstwem zdrowia

- Chyba, jeżeli chodzi o zawody medyczne, to jest to taki zawód, gdzie ten czas z pacjentem jest spędzany najdłużej. Pielęgniarka przyjdzie, zrobi zastrzyk, poda leki. Lekarz przyjdzie, zrobi wywiad raz i później już tego nie robi. My każdego dnia przeprowadzamy wywiad z pacjentem, bo każdego dnia go dotykamy, więc nie możemy wziąć sobie jego nogi i zacząć zginać ją we wszystkie strony, nie pytając o to, jak się czuje, jak minął mu dzień, co bolało go w nocy, co rano, a co go boli teraz - podkreśla pani Ania.

Pan Krzysztof, który jako fizjoterapeuta pracuje już 20 lat, tłumaczy, że kontakt fizyczny z pacjentem to nie wszystko.

- Do tego dochodzi też podłoże psychiczne. Przez to, na czym opiera się ta relacja, w dużej mierze jesteśmy też psychoterapeutami dla tych pacjentów. Często słyszymy od nich o jakichś problemach, zupełnie niezwiązanych z tym, z czym do nas przychodzą, wysłuchujemy różnych historii życiowych. Czasami zdarza się tak, że pacjent z problemów fizycznych już wyszedł, ale dalej się spotykamy, bo ta relacja jest bliska - mówi pan Krzysztof. I dodaje:

- Jest to trudne zadanie, ale gdzieś inspirujące i dające ogromną motywację do dalszej pracy.

Jednak, jak mówią przedstawiciele grupy fizjoterapeutów, ta satysfakcja z wykonywanego zawodu nie przekłada się na finanse.

- My nie mamy nic przeciwko temu, żeby był ten kontakt, żeby temu pacjentowi również psychologicznie pomagać, bo my do tego jesteśmy przygotowywani na studiach. Tylko my chcemy mieć jeszcze za to zapłacone. A ja przez całe 30 lat, od początku kariery, muszę dorabiać w innych miejscach popołudniami - zaznacza pani Anna.

- W tej chwili fizjoterapeuta w naszym szpitalu ma podstawy 3 tysiące brutto, więc taki początkujący fizjoterapeuta, który przychodzi do pracy, ma ok. 2 tys. na rękę. Ale my to wywalczyliśmy w tamtym roku sporem zbiorowym, jednak są placówki, gdzie tej podstawy jest dużo mniej - dodaje.

- Dzisiaj zacząłem pracę o godz. 7 i skończę ją o 20.30, czyli około 21 będę w domu. Kiedyś pracowałem tak codziennie i niestety trochę odbiło się to na mojej rodzinie. Żona również jest fizjoterapeutką. W pewnym momencie zaobserwowaliśmy, że więcej czasu spędzamy w pracy niż ze sobą. Powiedzieliśmy temu „dość”, bo przecież nie po to jesteśmy razem i mamy dzieci, żeby później te dzieci pytały: „Kim jest ten pan, który wieczorem przychodzi do domu?”. Ja do tego doszedłem po kilkunastu latach, ale wiem, że to zbyt późno, bo tego czasu, który straciłem, nie będąc z dziećmi, nikt mi już nie zwróci - to z kolei słowa pana Krzysztofa.

Plusem zawodu fizjoterapeuty jest, jak sami mówią, fakt, że w ogóle można w nim dorobić.

- To jednak też trochę wynika z błędu systemu, bo my mamy tę pracę dodatkową dlatego, że ci pacjenci prywatni nie znajdują tego w normalnym systemie i szukają nas sami. Ale to nie tak chyba powinno funkcjonować... Bo tak naprawdę powinienem pracować te 8 godzin i powinno mi starczyć na wszystko - podkreśla pan Krzysztof.

Z kolei pani Ania dodaje: - Te dodatkowe prace też nie przynoszą kokosów. Ja w tym tygodniu miałam

Fizjoterapeuci i diagności to pracownicy służby zdrowia, którzy przez ostatnie dwa tygodnie protestowali, domagając się zwiększenia wynagrodzeń. Jedni
Łukasz Gdak

jednego pacjenta. To jest 150 zł za godzinę pracy minus podatek itp., to może na rękę wychodzi mi około 120 zł. Do tego też trzeba doliczyć dojazd, a to np. pół godziny w jedną stronę - to już łącznie z tej pracy robią się dwie godziny zamiast jednej.

Pan Krzysztof po 20 latach pracy zarabia 3 tys. brutto. Jego zdaniem to niewiele na tyle przepracowanych lat w zawodzie. Jego wynagrodzenie, jak twierdzi, jest wynikiem braku odpowiedniego stażu.

- Przez ostatnie 12 lat pracowałem na działalności gospodarczej, będąc oczywiście fizjoterapeutą. Według naszych przepisów nie ma to znaczenia. Przepracowane lata liczą mi się do emerytury, ale nie do stażu. To też jest absurd, bo przez 12 lat przecież byłem fizjoterapeutą, płaciłem ZUS i wszystkie składki, ale państwo mi tego nie uznaje, bo staż liczony jest tylko za umowę o pracę - wyjaśnia pan Krzysztof.

I dodaje:

- Jeżdżę 11-letnim samochodem, mieszkam w dwupokojowym mieszkaniu w cztery osoby. Nie stać mnie na coś lepszego.

Niskie wynagrodzenie powoduje również problemy z rozwojem osobistym. Fizjoterapeuci, chcący być jak najlepsi w swoim fachu, muszą się szkolić, a to, jak się okazuje, tanie nie jest.

- Takie kursy są piekielnie drogie, bo ich ceny zaczynają się od kilkuset złotych do kilkudziesięciu tysięcy

- wylicza pan Krzysztof.

- Zależy, co robimy: czy kurs kilkugodzinny, czy np. szkolenie podyplomowe, które trwa trzy, cztery lata - dodaje pani Anna.

- Pacjent, przychodząc do nas, oczekuje tej skuteczności, żeby być wyleczonym. My chcemy stanąć na wysokości zadania, żeby tego dokonać. Jednak, żeby móc to zrobić jak najlepiej, musimy poznawać nowe metody. Pewnie, że przez takie kursy inwestujemy w siebie, ale nikt nam w tym nie pomaga - mówi pan Krzysztof.

I dodaje: - Mam wrażenie, że nikt z zewnątrz nie dostrzega, ile czasu i pieniędzy musimy poświęcić dodatkowo, żeby być na tyle dobrym, by temu pacjentowi pomóc. A i tak to, czy jestem po kursie, szkoleniu czy nie, jeśli chodzi o finanse, nie ma przełożenia.

Jak mówią fizjoterapeuci, najbardziej boli ich to, że ich praca nie jest traktowana na równi z pozostałymi zawodami w służbie zdrowia.

- Ja tego nie rozumiem, bo lekarz zarabia dużo więcej od nas, pielęgniarka też zarabia więcej od nas. Nie mogę pojąć, dlaczego wiecznie jesteśmy traktowani jak takie piąte koło u wozu i słyszymy tłumaczenie, że my możemy sobie dorobić. Jak to? Przecież lekarz też dorabia w gabinecie popołudniami, pielęgniarka dorabia, bo idzie pracować na pół etatu w przychodni, salowa może też sprzątać gdzieś indziej... Dlaczego zawsze w naszym przypadku pojawia się stwierdzenie: „Wy możecie dorobić”? - pyta pani Ania.

- My nie chcemy gwiazdki z nieba. Chcemy normalnie żyć, a nie się szczypać. Żyć tak, żeby móc dwa razy do roku, latem i zimą, wyjechać gdzieś z dziećmi

- dodaje pan Krzysztof.

Ramię w ramię z fizjoterapeutami przez ostatnie dwa tygodnie protestują diagności laboratoryjni. Jak sami mówią, są niewidzialni, ale bez nich żaden lekarz i żaden szpital nie byliby w stanie funkcjonować.

- W Polsce prawo wykonywania zawodu diagnosty laboratoryjnego ma około 16,5 tys. osób. Osób niewidzialnych dla systemu i ministra zdrowia. W tę niewidzialność aż trudno uwierzyć, bo to właśnie diagności laboratoryjni wykrywają najgroźniejsze „superbakterie”, oporne na niemal wszystkie antybiotyki. To diagności laboratoryjni oznaczają zgodność krwi do transfuzji i organów oraz tkanek do przeszczepienia - mówi Matylda Kłudkowska, wiceprezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych.

I dodaje: - Bez badań laboratoryjnych w szpitalu nie odbędzie się żadna operacja, pacjenci nie otrzymają chemioterapii. Bez wyników badań lekarz nie będzie w stanie rozpoznać zakażenia wirusami HIV, HCV, białaczki, gruźlicy, sepsy, grzybicy, boreliozy, toksoplazmozy czy malarii.

Na pytanie, „co jest najtrudniejsze w pracy diagnosty”, pada wiele odpowiedzi. Jednak w każdej z nich można dostrzec zmęczenie i niedosyt, które nie wynikają z wykonywanych działań, lecz z kwestii związanych z wynagrodzeniem.

- Z jednej strony jej ilość i fakt, że niekiedy siedzę przy mikroskopie przez 4-5 godzin dziennie, a następnie godzinę lub dwie przy komputerze, wydając wyniki lub rejestrując materiały do badań. Czy lekarz parazytolog rozpocznie leczenie malarii, filariozy, śpiączki afrykańskiej bez wyniku mojego badania? Nie! Czy rozpocznie leczenie parazytozy przewodu pokarmowego? Nie! Czy minister zdrowia szanuje i docenia moją pracę? Nie! - komentuje pani Matylda.

Fizjoterapeuci i diagności to pracownicy służby zdrowia, którzy przez ostatnie dwa tygodnie protestowali, domagając się zwiększenia wynagrodzeń. Jedni
Łukasz Gdak Fizjoterapeuci i diagności to pracownicy służby zdrowia, którzy przez ostatnie dwa tygodnie protestowali, domagając się zwiększenia wynagrodzeń. Jedni z nich, jak mówią, uważani są często za niepotrzebnych, z kolei drudzy czują się niewidzialni. Na czym dokładnie polega ich praca, co jest w niej najtrudniejsze i dlaczego mają prawo czuć się niedoceniani?

Jak mówią diagności laboratoryjni, praca, którą wykonują, jest bardzo odpowiedzialnym zadaniem. Co więcej, wielu z nich pracuje dniami i nocami, wykonując badania i analizując wyniki.

Sprawdź też: Nowotwory głowy i szyi: Czy seks oralny może powodować raka? Rozmowa z prof. Wojciechem Golusińskim

- Diagnosta laboratoryjny to osoba, która nie spędza świąt, weekendów i nocy w domu. To osoba, która przez 365 dni w roku, w dzień i w nocy spędza czas w zaciszu laboratorium, gdzie w pełnym skupieniu, w ciągłej dyspozycji i gotowości podejmuje decyzje, wykonuje badania, interpretuje je i wydaje wyniki - mówi Paulina Milecka, diagnosta w trakcie specjalizacji.

I dodaje: - Działamy pod presją czasu, bo mamy świadomość, że na wynik czekają lekarz, pacjent, rodzina pacjenta. Codziennie zmagamy się też z presją odpowiedzialności, bo mamy świadomość, że nawet najmniejszy błąd może przynieść olbrzymie konsekwencje: od złego rozpoznania klinicznego, przez złą diagnozę lekarską, wdrożenie nieodpowiedniego leczenia, a nawet w konsekwencji śmierć pacjenta.

Diagności pracują w systemie 24-godzinnym. W przypadku rodzin, w których oboje rodzice wykonują ten zawód, opieka nad dziećmi również staje się pracą, w której każdy rodzic pracuje według określonego grafiku. Tak jest w przypadku Wiolety Błażejewskiej-Gąsior i jej męża - pary diagnostów laboratoryjnych, którzy razem wychowują dwie córki.

- Które momenty są najtrudniejsze? Gdy rano staje naprzeciwko nas córka i pyta, z kim dziś zostaje po południu. Albo moment, w którym dzieci nie mogą uwierzyć, że w weekend w domu są z mamą i tatą. Określają to mianem „dnia dziecka”

- komentuje pani Wioleta.

Podobnie jak w przypadku fizjoterapeutów, diagności laboratoryjni również muszą się wciąż doszkalać. Ich kursów także nikt nie finansuje.

- To nie tylko wynika z naszej ambicji i chęci niesienia pomocy innym na najwyższym poziomie, ale też z nałożonego na nas obowiązku po wprowadzeniu rozporządzenia o szkoleniu ciągłym diagnostów laboratoryjnych, które nakłada na nas konieczność zdobywania tzw. punktów edukacyjnych - mówi pani Paulina.

I dodaje: Minister zdrowia zadeklarował konieczność zagwarantowania urlopu szkoleniowego, bo niektórzy z nas podnoszą kwalifikacje na urlopie wypoczynkowym lub bezpłatnym. Otrzymując wynagrodzenie rzędu od 1634 do 2600 zł „na rękę”, musimy podejmować trudne decyzje: zainwestować w swoje wykształcenie czy skromnie przeżyć kolejny miesiąc... Tak, wahamy się, bo nie chcemy ponosić przykrych dla nas konsekwencji zawodowych.

Szkolenia to jednak nie wszystko. Po kilku latach pracy diagnosta rozpoczyna specjalizację, za którą, jak mówią pracownicy laboratoriów, sam płaci, a jej koszty potrafią być naprawdę wysokie, często przekraczając 20-30 tysięcy złotych.

- Po rozłożeniu tej kwoty na czas trwania specjalizacji, czyli 3-5 lat, te sumy nie wydają się ogromne. Jednak nie dla osoby, której wynagrodzenie zasadnicze wynosi od 1634 do 2600 zł „na rękę”. I jaki wybór ma diagnosta laboratoryjny? Wziąć kredyt, skorzystać z pomocy rodzicielskiej, podjąć pracę na kolejny etat lub nie robić specjalizacji wcale. Zwłaszcza że po jej zakończeniu dla diagnosty nie zaczyna się prawdziwe El Dorado, bo podwyżka wynagrodzenia często wynosi jedynie 150 zł brutto, co oznacza, że koszt specjalizacji zwróci się po około 20 latach - mówi pani Matylda.

I dodaje:

Żeby było śmieszniej i tragiczniej zarazem, to system ochrony zdrowia potrzebuje diagnostów ze specjalizacją, bo tylko oni mogą pełnić funkcję kierownika laboratorium.

Praca diagnosty laboratoryjnego ze względów finansowych przestaje być również interesująca dla młodych osób, które dopiero są w trakcie nauki zawodu.

- Niestety, z roku na rok obserwujemy coraz większe trudności z pozyskaniem nowych kadr, a studenci odbywający praktyki mówią, że raczej nie będą pracować w zawodzie za tak marne wynagrodzenie. Nie chcą „tracić życia”, dorabiając na dyżurach nocnych i weekendowych - mówi Jolanta Kaczmarek, kierownik Centralnego Laboratorium Analityczno-Biochemicznego w Szpitalu Klinicznym im. H. Święcickiego w Poznaniu.

Co więcej, również dyrektorzy szpitali i laboratoriów zdają sobie sprawę z tego, z jakimi problemami muszą mierzyć się diagności.

- Pamiętam taką wstrząsającą historię. Młoda dziewczyna poszła na rozmowę kwalifikacyjną, miała pracować jako diagnosta laboratoryjny. Dyrektor podczas rozmowy zapytał ją wprost: „Czy ma pani kogoś, kto panią utrzyma?”. Ona skonsternowana

Fizjoterapeuci i diagności to pracownicy służby zdrowia, którzy przez ostatnie dwa tygodnie protestowali, domagając się zwiększenia wynagrodzeń. Jedni
Waldemar Wylegalski

zapytała: „Dlaczego?”. Usłyszała wtedy odpowiedź: „Bo te warunki, które ja pani zaproponuję, nie pozwolą się pani utrzymać w dużym mieście”. To nie jest „fake”, to jest autentyczna rozmowa kwalifikacyjna - opowiada pani Matylda.

Diagności laboratoryjni, tak samo jak fizjoterapeuci, czują się pomijani w systemie służby zdrowia.

- Minister obiecał nam już wszystko, nie zrealizował nic. Ludzie, którzy czują się oszukiwani, mają bardzo mało do stracenia. Protest, który obecnie ma miejsce, jest wyrazem wielkiej frustracji środowiska. Zawody medyczne to system naczyń połączonych, w którym nie ma bardziej lub mniej ważnych elementów. Minister zdrowia postanowił jednak zadbać tylko o niektóre zawody. Czy dziwi w takim razie, że wiecznie pomijana reszta upomina się o równe traktowanie? - pyta pani Matylda.

Interesujesz się zdrowiem? Tu znajdziesz najważniejsze informacje:
Interesujesz się zdrowiem? Tu znajdziesz najważniejsze informacje

Nicole Młodziejewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.