Krzysztof Ogiolda

Można się spierać, nawet ostro. Ale nie wolno nikogo niszczyć

Zdjęcie ze spotkania  autorskiego Zbigniewa Bereszyńskiego w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Opolu 4 września 2020 roku. Fot. Piotr Solga / Instytut Śląski Zdjęcie ze spotkania autorskiego Zbigniewa Bereszyńskiego w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Opolu 4 września 2020 roku.
Krzysztof Ogiolda

Dr Zbigniew Bereszyński, działacz pierwszej „Solidarności” i badacz jej historii, autor trzytomowego dzieła „Rewolucja Solidarności w województwie opolskim”.

Pańska książka o działaniach „Solidarności” w naszym regionie (trzeci tom obejmujący okres od końca stanu wojennego aż po XXI w. ukazał się niedawno Instytucie Śląskim) już samą objętością - trzy tomy po kilkaset stron każdy - świadczy o ogromnej aktywności tego środowiska na Śląsku Opolskim. W potocznej świadomości tej wiedzy nie ma. Przeciwnie, wciąż ma się dobrze przekonanie, że w czasie solidarnościowej rewolucji Opole było - jak się i wtedy mówiło - najspokojniejszym polskim miastem po Wilnie i Lwowie...
Przyczyny tej nieświadomości są dosyć prozaiczne. Ludzie nie mają wiedzy, bo też nie mają jej skąd czerpać. Podobnych publikacji wcześniej nie było. A polityka historyczna jest dziś taka, że o latach 80. XX wieku prawie się nie mówi. Rozwija się kult innych postaci i z innych czasów. Zwłaszcza najmłodszemu pokoleniu się o rewolucji „Solidarności” nie mówi. Poprzestaje się na Żołnierzach Wyklętych.

Najlepiej byłoby o jednym pamiętać i drugiego nie zapominać. O Żołnierzach Wyklętych przez kilkadziesiąt lat albo milczano, albo widziano w nich „bandytów z lasu”.
Ja sam się tematyką powojennego podziemia komunistycznego zajmowałem, mam w dorobku publikacje na ten temat, i nadal zajmuję. To jest ważne i trzeba o tym pamiętać. Problemem jest motywowana politycznie dominacja jednego wątku. A to, że niewiele się robi, by wiedzę o czasach „Solidarności” upowszechnić, widać także po publikacjach Instytutu Pamięci Narodowej.

Lata 80. nie są w ostatnich latach przez IPN regularnie badane?
Wystarczy wejść na stronę internetową IPN, żeby się przekonać, iż publikacje na ten temat są obecnie marginesem. Dziesięć lat temu, a nawet później, gdy prezesami Instytutu byli Janusz Kurtyka i Łukasz Kamiński, lata 70. i 80., działalność opozycyjna w ogóle i działania „Solidarności” to była tematyka dominująca. Obecnie IPN zajmuje się raczej I wojną światową, a nawet czasami wcześniejszymi. O latach 80. czasem coś się pojawi. To się wiąże ze zmianą ustawy o IPN, zgodnie z którą jego zakres zainteresowania został poszerzony aż po konfederację barską, czyli wiek XVIII. Efekt jest taki, że historia najnowsza jest traktowana po macoszemu.

Ma się nią kto tą problematyką w Opolu zajmować?
To jest drugi czynnik. Badania kosztują. Jeśli ktoś ma pracować badawczo, musi mieć czas i zapewnione środki utrzymania. A potencjał naukowy na Śląsku Opolskim jest, jaki jest. Instytut Śląski liczy raptem kilkunastu pracowników, trochę więcej osób jest na Uniwersytecie Opolskim, ale przecież daleko nie wszyscy zajmują się historią najnowszą. A ponadto niektóre osoby i środowiska prowadzą działalność dezinformacyjną i świadomie narzucają fałszywą wizję przeszłości.

Może pan podać jakieś przykłady?
Kreuje się autorytety pozorne. Parę lat temu jeden z dawnych działaczy opozycji w regionie został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w dziedzinie pielęgnowania pamięci o najnowszej historii Polski”. Nie napisał ani jednego artykułu, ani jednej książki. Pracował na planie jakiegoś filmu, odpowiadał bodaj za rekwizyty. Jednocześnie podejmuje się próby wykreślania postaci historycznych. Głośny przykład to jest Jerzy Golczuk. Próbuje się kwestionować jego działalność konspiracyjną w okresie stanu wojennego w środowisku młodzieżowej grupy „Wolność i Niepodległość”. Zrobiono całą kampanię propagandową z wykorzystaniem lokalnej telewizji, żeby jego działalności zaprzeczyć, chociaż są dokumenty pochodzące z tego czasu, ze śledztwa, które jego aktywność potwierdzają. Był w tym środowisku jedną z kluczowych postaci.

Czytając trzeci tom, sam się - nie bez zdziwienia - przekonałem, jak wiele się w regionie w latach 80. działo. Pisze pan np. o Tymczasowej Radzie Regionalnej „Solidarności” powstałej jesienią 1986. Trudno nie zauważyć, że część jej członków (choćby panowie Całka i Sanocki) jest już po drugiej stronie życia...
Tak naprawdę znaczenie tej rady sprowadzało się wtedy przede wszystkim do tych dwóch ludzi. To był o tyle ważny etap, że pojawiła się możliwość przejścia z działalności konspiracyjnej do aktywności o charakterze jawnym. To był przełom psychologiczny, przełamywanie lęku, jaki się od stanu wojennego pojawił. W konspiracji działało się anonimowo, a nagle pojawiły się nazwiska działaczy. Działania represyjne wobec nich były. Wzywano ich do Urzędu Wojewódzkiego, dostawali zakazy działalności, ale wiele sobie z tego nie robili.

Bezpieka nie odpuszczała. Dość szczegółowo opisuje pan kocioł urządzony w domu państwa Golczuków w przeddzień rocznicy agresji sowieckiej 16 września 1988 roku.
W 1986 zaprzestano represji drastycznych. Ostatni przypadek aresztowania w województwie opolskim miał miejsce w Brzegu właśnie w połowie 1986. Potem zatrzymywano działaczy na 48 godzin, stawiano przed kolegium do spraw wykroczeń itd. Kocioł u Golczuków to był przykład nowej polityki represyjnej. Dla ludzi uciążliwej, ale już nie budzącej wielkiego lęku. Na uczestników tamtego spotkania nałożono dotkliwe kary finansowe, ale w tym czasie działała już na szczeblu krajowym Komisja ds. Interwencji i Praworządności i jej odpowiednik w województwie opolskim. Należeli do niej m. in Krystyna Ziobrowska czy Joachim Pawliczek, działacz ruchu „Wolność i Pokój”. Komisja poprzez kontakty ogólnopolskie organizowała zwrot kosztów. Zbiórki odbywały się w całym kraju w ramach pomocy wzajemnej. Dzięki temu kary nie miały już funkcji odstraszającej. System represji działał, ale był mało skuteczny. To już był komunizm z wyłamanymi zębami.

Czytelnik pańskiej książki musi zauważyć niebywałą aktywność młodzieży. W różnych ośrodkach i w różnych formach. W Brzegu działa „Czarna Trzynastka”, czyli niezależne harcerstwo. A kiedy powstaje ZHR, Opolanie są wśród jego założycieli. Rozwijał się ruch „Wolność i Pokój”.
Różnych inicjatyw społecznych w różnych środowiskach było bardzo dużo, bo młodzi z natury rzeczy szukali aktywności. Stąd pojawiło się niepokorne harcerstwo, próbowano organizować młodzież robotniczą, zakładając Związek Młodzieży Polskiej „Robotnik” czy Związek Młodzieży Demokratycznej (już w 1981 roku) Do tego nurtu rozmaitych społecznych aktywności należało też rodzenie się mniejszości niemieckiej. To był także element formowania się społeczeństwa obywatelskiego. Ferment obejmował wszystkie bez wyjątku środowiska, ten ruch był wielobarwny. A większość z nas ma dzisiaj spłaszczony obraz tamtych czasów: Była jakaś „Solidarność”, może jeszcze NZS i nic więcej.

„Wolność i Pokój” reagował bardzo mocno między innymi na wybuch reaktora w Czarnobylu...
Bo też był to dla społeczeństwa wstrząs. Było niebezpieczeństwo, że do podobnej tragedii może dojść i u nas. Zamierzano przecież budować elektrownię w Żarnowcu na licencji sowieckiej. Katastrofa w Czarnobylu rzeczywiście miała więc duży wpływ na powstanie i działanie WiP-u. Drugim czynnikiem były sprawy związane ze służbą wojskową. Władze bloku komunistycznego prowadziły wtedy mocno dwulicową politykę. Deklarowano walkę w obronie pokoju, wykorzystując różne ruchy pacyfistyczne na Zachodzie. Jako przeciwwagę stworzono „Wolność i Pokój”, autentyczny ruch pokojowy, domagający się m.in. możliwości odmowy służby wojskowej lub jej zamiany na służbę zastępczą.

Lata 80. przyniosły także odkrywanie innych niż oficjalni bohaterów i ich upamiętnianie. Pisze pan choćby o symbolicznym pogrzebie Jana Piwnika „Ponurego”.
A dzisiaj nam się wmawia, że do pamięci o bohaterach wrócono dopiero w 2015 roku. Bo wcześniej nie było można. To nieprawda. Pisało się o tym znacznie wcześniej. Oczywiście, możliwości były mniejsze, choćby dlatego, że nie było zasobów IPN i mniej było źródeł. Ale to nie był temat lekceważony. Powtórzę: Także Żołnierze Wyklęci to jest tematyka zasługująca na uwagę i należy się nią zajmować. I zajmowano się nią, odkąd istnieje IPN. Nie to jest problemem. Problemem jest wykorzystywanie tej tematyki do bieżącej walki politycznej, tworzenie swoistej politycznej religii. Bo to się może skończyć przesytem i młodzi będą się od tej tematyki odwracać, czyli skutek będzie przeciwny do zamierzonego. Nie naśladujmy obowiązującego w latach 60. kultu partyzantów promowanego wtedy przez moczarowców. Pamiętajmy i badajmy. Ale nie sprowadzajmy pamięci do form karykaturalnych. Nie róbmy z historii narzędzia politycznej walki.

Na ile władza miała pod koniec lat 80. świadomość, że system się wali? Jak reagowała?
W 1988 była bardzo niska frekwencja wyborcza, wcześniej negatywny wynik referendum w sprawie reformy gospodarczej, a w końcu przyszła fala strajków. Rządzący nie mogli mieć złudzeń. Liczyli na to, że część opozycji wprowadzą do Sejmu, będą mieć większość i zachowają władzę. Przeliczyli się.

„Okrągły stół” budził w środowisku „S” różne emocje. Niektórzy zastanawiali się, czy to bardziej kompromis, czy kompromitacja. Nie brakowało obaw przed koncesjonowaniem „Solidarności”.
Ja sam byłem przeciwnikiem tej ugody. Było wiadomo, o co chodzi komunistom. Chcieli część opozycji wyselekcjonować, wmontować ją do układu jako element zaplecza i tak zażegnać kryzys. Wydawało mi się, że możemy w ten sposób zmarnować historyczną szansę na niepodległość, a oni przetrwają.

A jak myśleli inni działacze „Solidarności”?
Przytaczam w książce wypowiedź pana Osmańczyka z kampanii wyborczej do Senatu. Mówił, że musimy się uzbroić w cierpliwość, bo proces przemian może potrwać 4-5 lat, nie możemy mieć demokracji od razu. Zanim pięć lat minęło, była próba puczu Janajewa w Moskwie. Mógł się skończyć różnie, gdyby się jeden pułk nie wyłamał i nie stanął po przeciwnej stronie. Ale kalkulacje komunistów na przetrwanie nie sprawdziły się. Położył im kres wynik wyborów 4 czerwca 1989. Nikt się nie spodziewał - ani komuniści, ani opozycja - że „Solidarność” weźmie całą pulę. Nie żałuję, że byłem przeciwnikiem „okrągłego stołu” i ugody, ale mam też szacunek dla tych, którzy zapewnili nam sukces wyborczy. Komuniści przegrali sromotnie i już się nie pozbierali. Nie można wykreślać daty 4 czerwca z historii, bo się nie lubiło „okrągłego stołu”. Powtarzam, też go nie lubiłem. Ale 4 czerwca to jest data wielkiej porażki komunistów i początku końca systemu.

Co się takiego stało, że ludzie „S” w wolnej Polsce tak bardzo się podzielili? Widać to było całkiem niedawno choćby wtedy, gdy śp. Roman Kirstein tworzył w Opolu Izbę Pamięci „Solidarności”. Jedni działacze sprzed lat reagowali entuzjastycznie, inni odwracali się plecami.
To środowisko zawsze było podzielone, zawsze były spory i ostre dyskusje. W naszym województwie zwłaszcza. Tu powstały trzy regiony: osobno Opole, osobno Nysa, osobno Kędzierzyn. A Brzeg przyłączył się do Wrocławia. Różnice zdań były ogromne, choćby w ocenie polityki Wałęsy. Ja należałem do tych, którzy go krytykowali. Ci, którzy dziś nie powiedzą o nim jednego dobrego słowa, wtedy go bronili. I za słowo krytyki na jego temat gotowi byli człowieka ukamienować. Nie spory są problemem. Bo wtedy przy wszystkich różnicach zdań, był wspólny interes i jego świadomość. Nie jest rzeczą złą, że ludzie się kłócą, spierają. Sytuacja polityczna się zmienia. Raz lepiej pasują do niej te poglądy, raz inne. Bez różnicy poglądów nie ma demokracji.

Ale nie ma jej też bez szacunku dla innych. To jest symptomatyczne i bolesne, że dziennikarze nto są w mediach społecznościowych nazywani volksdeutschami, albo szmalcownikami właśnie przez ludzi „Solidarności”.
Boję się takiej mentalności. Bo to jest tragedia, że w partnerze do dyskusji nie widzi się partnera, tylko wroga, którego trzeba unicestwić. Jeśli nie fizycznie, to przynajmniej moralnie. Bo wtedy on nie ma prawa zabierać głosu. To jest przerażające. W „Solidarności” w jej wielkich czasach - w latach 1980-1981 - byli też członkowie partii. Czy ktoś im mówił: Wynoście się z „Solidarności”, nie macie tu nic do szukania? Nie było czegoś takiego. Dziś często brakuje elementarnej kultury politycznej. To jest groźne, że niektórzy chcą mieć monopol na prawdę. Historyczną i polityczną.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.