Mówi o nim pieszczotliwie: To mój Anioł Stróż

Czytaj dalej
Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Mówi o nim pieszczotliwie: To mój Anioł Stróż

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Transmiter stoi w sypialni, blisko łóżka Moniki. Raz w miesiącu, kiedy śpi, urządzenie automatycznie przesyła dane zarejestrowane w pamięci ICD, czyli kardiowertera-defibrylatora do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Do znajdującego się w tym szpitalu centrum telemonitoringu trafiają raporty najbardziej zagrożonych pacjentów z ICD objętych opieką tego ośrodka. Urządzenia te, z funkcją defibrylacji, które zabezpieczają chorych przed skutkami śmiertelnie niebezpiecznych arytmii komorowych, muszą być regularnie kontrolowane. W centrum odpowiednio przeszkolony personel wstępnie ocenia raporty, a w razie niepokojących sygnałów analizują je kardiolodzy i decydują o dalszym postępowaniu. Uspokajają chorego lub np. powiadamiają, że powinien pilnie zgłosić się do poradni. Dzięki temu systemowi Monika, która nie raz już była na granicy życia i śmierci, czuje się bezpieczna. Niestety, z jego dobrodziejstw ma szansę korzystać w naszym kraju niewielka grupa pacjentów, ponieważ telemonitoring nie jest w Polsce finansowany ze środków publicznych.

Latem 2007 roku 19 -letnia Monika Marek z miejscowości Klucze wybrała się ze swoim chłopakiem Pawłem do pobliskiego Olkusza na koncert zespołu Lady Pank. Zabrali ze sobą młodszego o cztery lata brata Moniki – Krzysia. Umówili się, że po koncercie razem wrócą do domu.

- W pewnym momencie, pod koniec koncertu, lunął rzęsisty deszcz – wspomina Monika. - Pobiegliśmy w stronę zaparkowanego samochodu. Mój chłopak siadł za kierownicą a ja zaczęłam rozglądać się za bratem. Zadzwoniłam na jego komórkę, ale nie odbierał. Do dziś pamiętam moment w którym zespół śpiewał „Mniej niż zero” a w tle słyszałam sygnał karetki pogotowia wyjeżdżającej z rynku. Monika nadal próbowała połączyć się z bratem, gdy niespodziewania w telefonie odezwał się jakiś obcy mężczyzna.

- Na SOR w szpitalu w Olkuszu przywieziono młodego człowieka, jest w ciężkim stanie, po reanimacji. W telefonie miał kilka nieodebranych połączeń. Próbowali teraz ustalić co było przyczyną zatrzymania krążenia. Pytali, czy nie brał narkotyków, czy pił alkohol?

Tak się złożyło, że mama Moniki, z zawodu pielęgniarka, pracowała akurat w tym szpitalu. To od niej ratownicy dowiedzieli się, że zarówno córka jak i syn są pacjentami Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach i że u obojga wykryto wrodzoną chorobę serca, kardiomiopatię przerostową, która zwiększa ryzyko powstawania arytmii. Krzysztof wcześniej rozpoczął leczenie farmakologiczne, bo z powodu większego zaawansowania choroby jego serce było bardziej morfologicznie zmienione.

Personel SOR nie ukrywał; chłopak miał wielkie szczęście po pierwsze dlatego, że „zatrzymał się” podczas koncertu, który miał obstawę w postaci karetki, co nie jest regułą. Po drugie - że w tej karetce, która nie ma w swoim stałym wyposażeniu defibrylatora znalazł się ratownik, który podczas pracy zawsze miał przy sobie przenośny AED, czyli aparat do defibrylacji.

Ze szpitala w Olkuszu Krzyś trafił do Śląskiego Centrum Chorób Serca, gdzie w trybie pilnym wszczepiono mu kardiowerter-defibrylator. Doktor Oskar Kowalski (obecnie profesora) zdecydował, że Monika również musi poddać się temu zabiegowi,

Minęło kilkanaście lat. Monika – obecnie Marek- Swędzioł skończyła wyższe studia – biotechnologię oraz chemię leków. Wyszła za mąż za swojego chłopaka Pawła, urodziła dwóch zdrowych synów: Jakuba i Szymona. Ma 33 lata, choroba serca dała o sobie znać dopiero w ubiegłym roku. Od lipca jej ICD odpalał już trzykrotnie.

- Nie czułam tego, po prostu traciłam przytomność – tłumaczy kobieta. - Dopiero, gdy się ocknęłam, zdałam sobie sprawę z grozy sytuacji. Nie wiele brakowało, a nie byłoby mnie już na świecie.

O swoim ICD, czyli kardiowerterze-defibrylatorze, który wszczepiony ma pod skórą, poniżej obojczyka - Monika pieszczotliwie mówi - mój Anioł Stróż. Bo, gdy jej schorowane serce popada w obłędny rytm a ona traci przytomność, urządzenie interweniuje i zmusza je do prawidłowej pracy. A ona – jak mówi – zaczyna kolejne życie. Podobnie jak jej brat Krzysztof (dziś przedsiębiorca) jest nadal pod opieką Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

- Kiedy czuję, że z ICD, które mam wszczepione ma pod skórą lub ze mną - dzieje się coś złego, podnoszę słuchawkę transmitera i przykładam ją w okolicę lewego obojczyka – relacjonuje Monika. Urządzenie podpowiada mi, co powinnam robić po kolei. Gdy biały pasek na transmiterze wypełnia się zielonym kolorem wiem, że to co zapisało w pamięci ICD przesyłane zostało do transmitera a następnie siecią GSM do producenta, a stamtąd do centrum telemonitoringu w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Cała ta operacja trwa kilkadziesiąt sekund.

Wpisać do koszyka świadczeń

Z możliwości udzielania „porad na odległość” korzysta telemonitoring urządzeń wszczepialnych, nowy i bardzo ważny sposób opieki dla chorych na serce wymagających szczególnego nadzoru lekarzy.

- Telemonitoring to dział telemedycyny, który zajmuje się wykorzystaniem możliwości transmisji danych z implantowanych urządzeń; stymulatorów, kardiowerterów-defibrylatorów oraz tzw. rejestratorów zdarzeń do monitorowania ich pracy a tym samym stanu pacjentów, którzy z nich korzystają – wyjaśnia dr hab. n. med. Maciej Kempa, przewodniczący elekt Sekcji Rytmu Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i kierownik Pracowni Elektrofizjologii i Elektroterapii Serca Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. - W przypadku najciężej chorych te techniki zdalne są bardzo pomocne, dlatego uważamy, że telemonitorowanie powinno stać się świadczeniem finansowanym przez NFZ.

Prof. Jarosław Kaźmierczak, konsultant krajowy w dziedzinie kardiologii, wskazuje, że w dużej grupie krajów europejskich dostęp do tej formy opieki zdalnej jest nieporównywalnie większy i w wielu z nich, np. w Czechach, Słowacji, Hiszpanii czy Portugalii, telemonitoring jest świadczeniem gwarantowanym i opłacanym corocznie ryczałtem. W USA jest to podstawowa forma opieki nad pacjentem z wszczepionym stymulatorem czy kardiowerterem-defibrylatorem serca.

Rośnie liczba implantacji

Z wszczepionym aparatem kontrolującym pracę serca – takim jak stymulator czy kardiowerter – defibrylator żyje ponad pół miliona Polaków.

- Co roku wszczepia w naszym kraju około 30 tys. stymulatorów i ok. 8 tyś kardiowerterów-defibrylatorów oraz ok. 5 tysięcy urządzeń do resonchronizacji – szacuje dr Maciej Kempa. Liczba implantacji tego rodzaju urządzeń z roku rok rośnie – głównie z powodu starzenia się społeczeństwa.

- Najczęściej wszczepia się stymulatory serca, nazywane też rozrusznikami – szacuje dr. Maciej Kempa. Pierwszy stymulator na świecie implantowano choremu w roku 1958 rok w Szwecji,

pierwszy automatyczny defibrylator – w roku 1980 w Baltimore w USA. Dokonał tego amerykański kardiolog polskiego pochodzenia dr Michel Mirowski, który studia medyczne rozpoczął w Gdańsku. Również w Gdańsku jako pierwszy w Polsce Polsce stymulator wszczepił choremu słynny prof. Zdzisław Kieturakis wraz z dr. Wojciechem Kozłowskim w nieistniejącym już Szpitalu przy łąkowej w 1963 roku, natomiast pierwszy defibrylator w Gdańsku wszczepiono w 1995 roku w III Klinice Kardiologii i Elektroterapii GUMed kierowanej przez prof. Grażynę Świątecką .Po przeprowadzce do UCK klinika nosi nazwę Klinika Kardiologii i Elektroterapii Serca a kieruje nią prof. Grzegorz Raczak.

- Stymulator serca wszczepia się choremu, gdy po pierwsze: jego serce bije wolno, zwykle wolniej niż 40 a nawet 30 razy na minutę, powodując takie objawy, jak omdlenia, mroczki przed oczami czy zawroty głowy – tłumaczy prof. Raczak. - Po drugie – gdy serce bije zwykle prawidłowo (70 razy na minutę), jednak raz na pewien czas - dzień, miesiąc a nawet raz na rok z niewiadomych przyczyn robi pauzę trwającą 5-8, albo więcej sekund i człowiek nagle traci przytomność. Po trzecie - w tzw. zespole tachy-brady-kardii, kiedy serce bije okresowo bardzo szybko, jednak fazy takie przedzielane są znacznymi i objawowymi zwolnieniami częstości jego pracy lub pauzami. Zdarza się też tzw. chronotropowa niewydolność węzła zatokowego- serce bije trochę wolniej (50-60 razy na minutę) lub prawidłowo (70 razy), ale nie posiada zdolności "przyspieszania". Człowiek wchodzi po schodach i wciąż serce bije 70 razy. W takiej sytuacji serce nie jest w stanie przepompować tyle krwi, ile potrzebuje organizm. Często zdarza się to u ludzi starszych. Niedostatek sił tłumaczy się u nich słabością związaną z wiekiem a tymczasem dolegliwości wynikają właśnie z powodu chronotropowej niewydolności serca. Wszczepienie stymulatora powoduje, że człowiek odzyskuje siły. Oczywiście ścisłe wskazania do stymulatora określa się po wnikliwej ocenie zapisów elektrokardiograficznych. Każdy chory, jeśli tylko lekarz uzna, że stymulator jest mu naprawdę potrzebny, na pewno go otrzyma.

Ratuje życie
Drugie z urządzeń wszczepialnych to kardiowerter – defibrylator, w skrócie zwany ICD.

-Posiada on wszystkie funkcje rozrusznika, ale dodatkowo zapobiega zgonom z powodu szybkich rytmów, czyli tachyarytmii – wyjaśnia ekspert. Inaczej mówiąc łączy w sobie funkcję elektrostymulacji z tzw. terapią wysokoenergetyczną. W momencie, gdy pojawia się nagła, zagrażająca życiu arytmia komorowa (np. częstoskurcz komorowy, migotanie komór) urządzenie wysyła tzw. szoki umiarawiające, ratując życie pacjenta.

- Nagła śmierć sercowa, czyli śmierć w ciągu godziny od wystąpienia objawów, jest zjawiskiem nieprzewidywalnym – podkreśla prof. Raczak. W wyniku np. złośliwej arytmii dochodzi do zatrzymania czynności serca, całe krążenie przestaje dziać, spada dopływ krew do mózgu, chory najpierw traci przytomność a potem stopniowo dochodzi do uszkodzenia różnych organów, przede wszystkim mózgu. Natychmiastowe podjęcie akcji ratunkowej pozwala przywrócić krążenie krwi, chory odzyskuje przytomność i ma szansę wyjść z tego bez szwanku. Zwykle jednak pomoc udzielana jest z opóźnieniem. Zaledwie 5 proc. takich chorych udaje się uratować.

Przed erą defibrylatorów kardiolodzy byli bezradni - mieli chorych po zatrzymaniu krążenia którym nic nie mogli zaoferować. Dopiero, gdy Polak - Michael Mirowski, wynalazł defibrylator, sytuacja chorych diametralnie się zmieniła. Dziś pacjent po incydencie zatrzymania krążenia musi mieć wszczepiony kardiowerter defibrylator w ramach tzw. prewencji wtórnej i nikt tego nie kwestionuje. Nawet nie wolno takiego chorego wypuścić ze szpitala, to błąd w sztuce.

- ICD wszczepia się również w ramach prewencji pierwotnej pacjentom, którym – mówiąc najprościej - jeszcze nic złego się nie stało, ale podejrzewamy, że się stanie- wyjaśnia dr Maciej Kempa. Czasem przyczyną zatrzymania krążenia są choroby genetycznie uwarunkowane tzw. kanałopatie, coś nieprawidłowego jest w sercu, co generuje złośliwą arytmię. Problem, by te osoby zagrożone zidentyfikować zanim taki incydent nastąpi. Naukowcy pracują nad testami, które pozwoliłyby takich chorych „wytropić”, ale żaden z nich nie jest doskonały. Jednym ze wskaźników, które bierze się pod uwagę jest tzw. frakcja wyrzutowa. Zarówno stymulator jak i defibrylator może mieć dodatkową funkcję – tzw. resonchronizującą, która poprawia również wydolność serca.

Czasem urządzenie się psuje

Na zajęcia do klubu fitness Grażyna Kitlińska uczęszczała .4-5 razy w tygodniu. Lubiła ruch i wysiłek fizyczny; w młodości uprawiała gimnastykę artystyczną, a gdy została emerytką nadal pływała, jeździła na nartach i bardzo dbała o kondycję. Tego pamiętnego dnia w lutym 2011 roku -jak zwykle rozebrała się, podeszła do swojego stanowiska ze stepem i... nagle osunęła się na podłogę i straciła przytomność. Miała olbrzymie szczęście, bo w grupie kobiet z którymi ćwiczyła, była m.in. lekarka - co prawda dermatolog, ale ze stażem w pogotowiu i pielęgniarka z domu opieki społecznej. Ktoś zadzwonił po karetkę a one zaczęły resuscytację. I to im przede wszystkim Grażyna zawdzięcza życie. Dalsze czynności, w tym defibrylację przeprowadzili już ratownicy w karetce pogotowia. Akcja serca wróciła, ale świadomość Grażyna odzyskała dopiero po kilku godzinach w Szpitalu św. Wincentego a Paulo w Gdyni. Wyniki wszystkich badań były prawidłowe - nie wiadomo skąd to migotanie komór. Zapadła decyzja, by pacjentce wszczepić kardiowerter-defibrylator.

- Dokładnie po 23 miesiącach od implantacji urządzenia, któregoś ranka weszłam do łazienki i poczułam jakby mnie kopnął prąd – opowiada Grażyna. Byłam przerażona, bo defibrylator wysyłał szok za szokiem. Okazało się, że w urządzeniu uszkodzona była elektroda. W Uniwersyteckim Centrum Klinicznym wymieniono pacjentce elektrody i defibrylator. Po kilku dniach spędzonych w domu, Grażyna kładła się spać, gdy nagle defibrylator zaczął „piszczeć”. To uruchomił się automatyczny alarm dźwiękowy. Tym razem okazał okazało się, że elektroda wysunęła się z jej serca. Od tamtej pory kardiowerter - defibrylator działa bez zarzutu. W ciągu tych dziesięciu lat interweniował dwukrotnie – raz odpalił, gdy jeździła na nartach, drugi raz, gdy wysiadała z samolotu. Za każdym razem na krótko traciła wtedy przytomność. - Mierzę sobie tętno na zegarku i robię sobie EKG, ale nie ma komu tego przekazać – żali się kobieta. Przez 13 miesięcy pandemii pamięć mojego ICD nie była sczytywana, bo wizyt kontrolnych w poradni nie było.

Rutynowe kontrole

- Wszczepione pacjentom układy do terapii kardiologicznej mogą działać kilka a nawet kilkanaście lat, ale muszą być co pewien czas kontrolowane- zastrzega dr Maciej Kempa. Według zaleceń Europejskiej Asocjacji Zaburzeń Rytmu Serca stymulatory należy kontrolować przynajmniej raz w roku. Kardiowertery powinno się sprawdzać co 6 miesięcy, a kardiowertery i stymulatory resynchronizujące co 3 do 6 miesięcy. W praktyce terminy kontroli lekarz ustala z konkretnym pacjentem. W początkowym okresie pandemii w wielu ośrodkach zaprzestano kontroli stymulatorów lub ograniczono do pilnych interwencji kardiologicznych z uwagi na zbyt duże ryzyko rozprzestrzeniania się infekcji COVID-19. Również pacjenci bali się wizyt w szpitalu z obawy przed zakażeniem. Pacjenci objęci teleminitoringiem odczuli te niedogodności w znacznie mniejszym stopniu.

- Telemonitoring służy – po pierwsze – do rutynowych kontroli urządzenia, które ma wszczepione pacjent oraz do oceny stanu pacjenta – wyjaśnia dr Kempa. - A więc sprawdzenia jego parametrów technicznych, poprawnego bądź niepoprawnego działania samego urządzenia – np. czy ma ono jeszcze dobrą baterię, czy nie ma uszkodzonych elektrod , czy wszystkie parametry stymulacji i sczytywania sygnałów z serca są prawidłowe. W obecnej chwili możliwości technologiczne są tak duże, że praktycznie wszystkie czynności, które lekarze podejmowaliby w trakcie kontroli urządzenia w poradni, mogą być wykonywane zdalnie. Wystarczy, że lekarz siądzie przy komputerze i zaloguje się w Internecie. Telemonitoring pozwala też zobaczyć „na odległość” co się dzieje z pacjentem. Stymulator może np. rejestrować i wysyłać do lekarza informacje o zaburzeniach rytmu jego serca. Od arytmii groźnych dla życia, komorowych arytmii poprzez arytmie łagodniejsze np. takie jak migotanie przedsionków, które samo w sobie nie jest arytmią groźną dla życia, natomiast wiąże się z bardzo dużym ryzykiem wystąpienia udaru mózgu. Bardzo duża grupa pacjentów w ogóle nie wie, że ma migotanie przedsionków, bo nie zawsze daje to objawy. Człowiek dostaje udaru mózgu, wskutek czego staje się niesprawny lub umiera a można było temu zapobiec gdyby lekarze wiedzieli o tym zagrożeniu i odpowiednio go zabezpieczyli lekami przeciwkrzepliwymi.

Grażyna Kitlińska, Monika Marek-Swędzioł, Iga Rajska
Przemyslaw Swiderski Dr Maciej Kempa

Nie mylić z pogotowiem

Poza rutynowymi kontrolami do centrali telemonitoringu przesyłane są też transmisje w trybie „alert”. Chodzi o sytuacje, gdy nagle dzieje się coś złego.

- Nie chodzi o to, że chory ma w tej chwili zatrzymanie krążenia, bo przecież nie ma takiej możliwości, by lekarz się o tym dowiedział natychmiast i w przeciągu kilku sekund i zdążył wysłać karetkę do miejsca zamieszkania pacjenta – zastrzega dr Maciej Kempa. - Bardziej chodzi o usterki techniczne czy defekt urządzenia , wyczerpanie baterii, uszkodzenie elektrod, czy np. o migotanie przedsionków - te wszystkie parametry lekarz może sobie zaprogramować i nadać im pewną rangę czyli określić jak szybko ma taka informacja do niego dotrzeć. Jeżeli kardiolog określi, że uszkodzenie elektrody to jest red alert, to musi o tym wiedzieć bezzwłocznie. Taki red alert dociera do nas zazwyczaj w ciągu kilku godzin, ponieważ chory musi się zbliżyć do transmitera, który zwykle ma w sypialni. Automatyczne raporty przesyłane są zazwyczaj raz na dobę. W wielu badaniach udowodniono , że czas reakcji służb medycznych z wykorzystaniem opcji telemonitoringu jest znacznie krótszy od rutynowego postępowania wynikającego z wizyt bezpośrednich.

- Chory może też przesłać raport do ośrodka, kiedy czuje, że dzieje się coś niepokojącego – dodaje dr Kempa. Centrum telemonitoringu sprawdzi i uspokoi pacjenta, że nic złego się nie dzieje lub – w razie potrzeby poinstruuje go aby niezwłocznie zgłosił się do szpitala. To niezwykle ważne szczególnie dla osób z wszczepionym kardiowerterem-defibrylatorem bo to najciężej chorzy, którym towarzyszy nieustanny stres i zaburzenia depresyjne.

Trzy elektrody w sercu

-Jechały autobusem po Warszawie, gdy nagle Iga się przewróciła. Straciła przytomność, doszło do zatrzymania krążenia. Koleżanka z którą podróżowała, nie miała zielonego pojęcia, że Iga choruje na serce. Nikt z pasażerów nie próbował udzielić jej pierwszej pomocy, czekano na przyjazd

karetki pogotowia. Reanimowali ją dopiero ratownicy. Iga cudem przeżyła. - Początkowo miałam podobno olbrzymie problemy z pamięcią krótkotrwałą i niedowład prawej strony, ale tego nie pamiętam – wspomina Iga. A gdy wróciłam do świadomości, wszystko funkcjonowało już normalnie. Lekarz orzekli jednak; nie wypuścimy Pani bez kardiowertera-defibrylatora. Był rok 2015, Iga miała 21lat.

Miała zaledwie 19 lat i tytuł Sportowca Roku, gdy zaczęły się jej problemy z sercem.

W szpitalu, w którym spędziła dwa miesiące, dowiedziała się, że choruje na celiakię, ma zapalenie mięśnia sercowego i kardiomiopatię rozstrzeniową. Prawdopodobnie to celiakia - choroba autoimmunologiczna o podłożu genetycznym i brak odpowiedniej bezglutenowej diety spowodowały, że organizm Igi zaczął wytwarzać przeciwciała, które zaatakowały serce. Lekarze włączyli jej leczenie na kardiomiopatię, minęły dwa lata, wyniki się poprawiały, frakcja wyrzutowa serca wrosła z 29-30 proc. do 60. Wydawało się, że Iga wychodzi na prostą, tymczasem jej serce się zatrzymało.

Obecnie Iga ma wszczepiony kardiowerter-defibrylator z funkcją resonchronizacji, dzięki której jej serce lepiej pracuje. Iga spodziewa się teraz dziecka. Była czwartym miesiącu ciąży, gdy kardiowerter defibrylator zainterweniował po raz pierwszy od momentu wszczepienia. Iga tego w ogóle nie zauważyła, do incydentu doszło w nocy, gdy spała. Następnego dnia rano bolała ją tylko głowa. Myślała, że to ze stresu, tymczasem kardiowerter-defibrylator zarejestrował migotanie

komór i interwencję urządzenia. Zaczęła częściej chodzić na spacery, bo według lekarzy ta forma rekreacji jest dla jej serca najlepsza. Pola, córeczka Igi ma się urodzić za dwa i pół miesiąca. Z góry wiadomo, że Iga będzie miała cesarskie cięcie .

Oszczędności dla systemu

Kariolodzy z Sekcji Rytmu Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego wraz z organizacjami pacjentów od dawna zabiegają o uznanie telemonitoringu za świadczenie medyczne, wpisanie go do koszyka świadczeń gwarantowanych i objęcie refundacją.

- Refundacja opieki telemonitoringowej dla najbardziej potrzebującej jej grupy pacjentów to koszt, który można precyzyjnie oszacować – twierdzi prof. Jarosław Kaźmierczak. Podstawą są dane Narodowego Funduszu Zdrowia o liczbie procedur implantacji i wymiany układów z funkcją kardiowersji-defibrylacji. Dane pokazują, że telemonitoring samofinansuje się, a nawet przynosi konkretne oszczędności, jeśli obejmuje nie mniej niż 200-300 pacjentów i funkcjonuje w ramach ośrodka kardiologicznego oferującego chorym kompleksową pomoc wraz z niezwłoczną reakcją zespołów koordynujących na alerty związane z zaostrzeniami niewydolności serca czy powikłaniami. Jak podkreśla doc. Maciej Kempa – gdy telemonitoring sprawnie funkcjonuje pacjenci rzadziej trafiają do szpitala, rzadziej dochodzi do poważnych powikłań wymagających drogiego leczenia. Telemonitoring zmniejsza także śmiertelność w populacji objętej nadzorem

W Polsce telemonitoring urządzeń wszczepialnych już kilka lat temu uzyskał pozytywną ocenę Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Nie tak dawno Ministerstwo Zdrowia zwróciło się do Agencji z prośbą o przygotowanie raportu na temat kosztów, które będzie musiał ponieść budżet, aby go uruchomić. Jest nadzieja, że wreszcie w tym roku, być może już od lipca, uda się do objąć monitoringiem najciężej chorych z kardiowerterami defibrylatorami, czyli zagrożonych nagłą śmiercią – dorosłych i dzieci.

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.