„Mayday”, czyli ćwierć wieku kultowej zabawy w teatrze

Czytaj dalej
Fot. Fot. Janusz Wojtowicz / Polskapresse
Małgorzata Matuszewska

„Mayday”, czyli ćwierć wieku kultowej zabawy w teatrze

Małgorzata Matuszewska

25-lecie świętuje przedstawienie wrocławskiego Teatru Polskiego „Mayday”. Wystawiane na Scenie Kameralnej, na urodziny przeniosło się na Scenę im. Grzegorzewskiego, gromadząc, jak zwykle, tłumy widzów.

To fenomen, na którym wychowały się już pokolenia teatromanów. Bilet na spektakl Raya Cooneya w reżyserii Wojciecha Pokory przez lata był przedmiotem pożądania wielu i nie zawsze udawało się go kupić. Nic dziwnego, Scena Kameralna, na której zwykle jest grany od 6 czerwca 1992 roku, bardzo często nie mieściła wszystkich chętnych.

W miniony weekend Teatr przy ul. Zapolskiej przeżył oblężenie, jak za najlepszych czasów. Były brawa na stojąco, jak najbardziej zasłużone. Bo przecież wciąż, niezmiennie bawić publiczność jednym spektaklem, to wyjątkowo trudne zadanie.

Raya Cooneya, dziś 85-letniego brytyjskiego komediopisarza, zwą mistrzem farsy. Niewątpliwie zasłużenie, bo z pozoru proste i dość błahe opowieści prowadzi po prostu perfekcyjnie. O czym jest „Mayday”? Wiem, wiem, na pewno wszyscy to wiedzą, ale z kronikarskiego obowiązku przypomnę: John Smith, londyński taksówkarz bigamista pewnego dnia ma wypadek na drodze. Z wypadku wychodzi prawie cało, ale wydarzenie komplikuje kalendarz podwójnego męża, po brzegi wypełniony notatkami, co, o której i z którą żoną ma robić danego dnia. John miota się między dwiema żonami, mediami (zjada gazetę, by ukryć własne zdjęcie na pierwszej stronie periodyku) i próbującą przesłuchać go policją.

Dziś trudno wyobrazić teatr bez takich komedii, a przecież Jacek Weksler „Mayday” wprowadził do repertuaru Teatru Polskiego jako pierwszą farsę.

Jak to we Wrocławiu bywało...

Główną rolę - Johna Smitha - gra od początku Paweł Okoński, dziś jeden z szefów Wrocławskiego Teatru Komedia, wcześniej aktor Polskiego. Na scenie TP występuje gościnnie, a „Mayday 2” wystawił w Komedii, gdzie przedstawienie będzie można zobaczyć od 25 do 27 sierpnia. W „Mayday 2” w reżyserii Marcina Sławińskiego oczywiście także występuje w roli Johna Smitha.

- W „jedynce” sam grałem ponad 20 lat (dziś Pawła Okońskiego dubluje Wiesław Cichy - przyp. red.) - śmieje się. - Nigdy nic nie dodaję od siebie, tu nie ma miejsca na improwizację - zarzeka się. Ale też śmieje się, że kiedyś kawałek tekstu wyleciał mu z głowy. - Mechanizm nie zafunkcjonował, bałem się, bo nie pamiętałem słowa. Zastanawiałem się, musiałem powiedzieć, więc powiedziałem, ryzykując: „ale pomyłka”, a Tereska Sawicka powiedziała: „tak, pomyłka, a może nawet przypadek”.

Paweł Okoński z przymrużeniem oka opowiada, że kiedyś spektakl był tak oblężony, że można było komuś obiecać zaproszenie na przedstawienie i dzięki temu ułatwić sobie załatwienie ważnej sprawy. - Ale dziewczyn się na „Mayday” nie podrywało - śmieje się.

Tomasz Lulek w spektaklu zagrał sąsiada z góry pary, w której piękniejszą połówką Johna Smitha jest Barbara, grana na zmianę przez Teresę Sawicką i Jolantę Zalewską.

Lulek był też asystentem reżysera: - I już jest śmiesznie, kiedy słyszę to pytanie, bo przecież to była zupełnie inna epoka. Dyrektorem Teatru Polskiego był Jacek Weksler, w tym samym czasie, w którym powstawała nasza premiera, na dużej scenie wystawiana była „Pułapka” Tadeusza Różewicza (premiera odbyła się 30 maja, a w „Pułapce” grali aktorzy występujący przez lata także w „Mayday”: Jolanta Zalewska, Igor Kujawski, Marek Feliksiak, Adam Cywka - przyp. red.) w reżyserii Jerzego Jarockiego. - Za dyrekcji Jacka Wekslera w teatrze znalazły się trzy farsy: „Mayday”, „Okno na parlament” i „Wszystko w rodzinie”. Dwie pierwsze rzeczy wyreżyserował Wojciech Pokora, obie w tempie ekspresowym. Pracowało się szybko, bo tam nie trzeba nic wymyślać, a potrzebne jest solidne rzemiosło - opowiada.

I dodaje, że nawet nie pamięta innych wydarzeń z 1992 roku. - W 1994 roku był pożar Teatru, w 1996 otwarto go po remoncie, a my pojechaliśmy z „Mayday” do Chicago - wylicza. Dlaczego do Chicago? - Po pożarze nasz kolega Andrzej Szopa zainicjował akcję zbierania przez Polonię pieniędzy na odbudowę sceny. W 1994 roku pojechaliśmy do Copernicus Center z „Damami i huzarami”, a potem pojechaliśmy podziękować Polonii właśnie „Maydayem”. Spektakl się podobał, organizatorzy byli zachwyceni, bo Copernicus Center to wielka sala, a frekwencja bardzo dopisała - wspomina aktor.

Po drugiej stronie rampy

Paweł Okoński właśnie w Chicago spokojnie obejrzał sobie spektakl, siedząc na widowni. Ze szklaneczką burbona w ręce. - Pierwszy raz zobaczyłem to z „zewnątrz” i bardzo mnie ubawiła ta historia - opowiada. Aktor także raz wystąpił w innej roli, niż zwykle. Podczas 150. przedstawienia Smitha zagrał Wojciech Pokora, a on Cyryla, którego na co dzień „londyńczycy” tylko wspominają w rozmowach. Cyryl jest partnerem Bobby’ego, granego przez Tomasza Lulka. Weszli razem na scenę w strojach malarzy (Bobby zmaga się z katastrofą remontową w swoim mieszkaniu i dlatego odwiedza sąsiadów), Bobby przedstawił Cyryla gospodarzom. - Ale pan Wojtek powiedział: „ty, gruby, lepiej sobie radzisz jako John, jesteś lepiej zgrany z zespołem” - opowiada Paweł Okoński.

Wszystko w życiu zaczyna się od „Mayday”

Tomasz Lulek uważa, że bardzo często ludzie zaczynają chodzić do teatru, zaczynając od fars. - Kolejne pokolenia zaczynają edukację teatralną od „Mayday”. To jest dobry patent, wymyślony przez nauczycieli: chcąc nauczyć młodzież teatru, pokazują scenę od zabawnej strony. I edukacja jest skuteczna, bo potem ci ludzie zapewne przyjdą znów do teatru - mówi.

A jak zaczęło się życie ze sztuką Cooneya? - Przeczytaliśmy tekst, Wojciech Pokora pojechał do Warszawy, potem przyjechał na dwutygodniowe próby i zrobiliśmy to. Właściwie w dwa tygodnie. Po prostu trzeba się było nauczyć tekstu. Model „Mayday” na świecie jest wszędzie taki sam. Dwa mieszkania, drzwi z prawej do jednego, z lewej do drugiego. Konwencja jest szybko „kupowana” przez publiczność, która szybko orientuje się, w którym mieszkaniu toczy się dana scena. Wojciech Pokora mawiał: „trzeba to punktualnie referować”, a jeśli mówił, że „świetnie to zostało zreferowane”, znaczyło, że chwali, bo zagraliśmy bardzo dobrze. Dzwoniliśmy do pana Wojtka po każdej kolejnej setce pokazywanych przedstawień, meldując „jest jest kolejna, następna, następna i następna” - opowiada znany aktor i śmieje się, że Wojciech Pokora po tych rozmowach telefonicznych był tylko coraz bardziej zirytowany, bo mówił: „jakbym miał z tego tantiemy, byłoby cudownie, a sukces ekonomiczny ma tylko Teatr Polski, a ja nie” - żartuje Tomasz Lulek.

Do akcji wkracza policja... albo rzecz o aktorskiej improwizacji

Inspektora Troughtona z policji Wimbledon gra teraz Marian Czerski, aktor Teatru Polskiego i znany maratończyk. Ale nie zawsze tak bywało. Pierwszym Troughtonem był Miłogost Reczek, dziś pracujący w Warszawie. Wrocławscy teatromani na pewno pamiętają go nie tylko ze sztuki Raya Cooneya, ale być może przede wszystkim ze „Sztuki” Yasminy Rezy w reżyserii Pawła Miśkiewicza albo z roli Kapitana w „Immanuelu Kancie” w reżyserii Krystiana Lupy.

- Grałem Troughtona 12 lat, do 2004 roku, to około 600 spektakli - śmieje się. I potwierdza, że cała praca nad premierą zajęła niewiele czasu. Miłogost Reczek przypomina też sobie, że nie zawsze „Mayday” był żyłą złota dla Teatru Polskiego, a dyrektor Kazimierz Budzanowski rozważał nawet zdjęcie przedstawienia z afisza, kiedy nieoczekiwanie „siadła” frekwencja.

- Wtedy z Tomkiem Lulkiem wzięliśmy sprawy we własne ręce, poprosiliśmy tylko Teatr o wydrukowanie ulotek i rozdawaliśmy je na Świdnickiej. I drgnęło! - śmieje się.

Wcześniej dyrektor Jacek Weksler zorganizował dwa tygodnie grania 2 razy dziennie. - Ciężko było, bo zagraliśmy wtedy 25 razy pod rząd, na chwilę chyba przestaliśmy to lubić - wspomina. Ale Marian Czerski wciąż lubi swojego policjanta.

- Po Miłku przejąłem rolę „z dobrodziejstwem inwentarza” - mówi. - Wszedłem w rolę tak, by nie zmieniać relacji z aktorami. To dynamiczna postać - opowiada. I dodaje, że czasem zdarzały się pomyłki w tekście, ale koledzy pomagali wybrnąć z trudnych sytuacji. Inspektora Porterhouse’a dziś gra gościnnie Marek Feliksiak.

Od premiery do 2004 roku w tej roli występował Krzysztof Dracz, dziś warszawski aktor. - Byłem dobrym policjantem, Troughton był służbistą, a ja byłem tym „do rany przyłóż” - śmieje się. Jak wszyscy aktorzy wspomina ekspresowe tempo przygotowania premiery.

- „Mayday” w Polsce był dopiero odkrywany. Mnie do końca bawiła praca nad nim - uśmiecha się.

Krzysztof Dracz jeszcze jako student wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Polskim zagrał Kubę w „Weselu” w reżyserii Igora Przegrodzkiego. Po latach, w „Weselu” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego był Panem Młodym. A we wspomnianej już „Sztuce” grał Marca.

„Mayday” ma swoją historię i miejsce w prywatnych dziejach ludzi chodzących do Teatru Polskiego.

Podczas jubileuszowego spektaklu widziałam serdecznie śmiejących się widzów, często bardzo młodych. Sukces przedstawienia to sukces grupy ludzi, którzy tworzą je przez lata. Dobra, inteligentna zabawa to także zadanie dla teatru. „Trwaj, chwilo, jesteś piękna”, oczywiście z „Mayday”.

Małgorzata Matuszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.