Maria Pakulnis: Każdego dnia robię rachunek sumienia, żeby niczego w życiu nie żałować

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Paweł Gzyl

Maria Pakulnis: Każdego dnia robię rachunek sumienia, żeby niczego w życiu nie żałować

Paweł Gzyl

Mąż był jej mistrzem i wielką miłością. Niestety: choroba zabrała go przedwcześnie. Po jego śmierci z trudem odbudowała swe życie.

Mimo, że stroni od świata celebrytów, ciągle jest obecna na ekranach. Ostatnio widzieliśmy ją w kilku serialach – choćby jako matkę głównej bohaterki w popularnej „Osieckiej”. Nie zapomina o niej również polskie kino. Niedawno ciekawą kreację stworzyła w filmie „Jak zostać gwiazdą”. Lubi bowiem pracować i wierzy, że ma jeszcze wiele do powiedzenia jako aktorka.

– Od samego początku szłam przez życie bez drogowskazów i rad, musząc o wszystko sama walczyć i zabiegać. I to mi dało siłę. Odkrywałam i obserwowałam świat, popełniałam różne błędy, często reagowałam na coś emocjonalnie i nieadekwatnie, ale cały czas się czegoś uczyłam. Nic nie poszło na marne. Gdybym była słabsza psychicznie, mogłoby się to po prostu dla mnie zwyczajnie źle skończyć. Dziś mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem – mówi w Onecie.

Poturbowani przez wojnę

Jej rodzice pochodzili z Litwy. Kiedy do ich rodzinnej miejscowości zaczęła nadciągać „czerwona zaraza”, spakowali się i przyjechali do Polski. Osiedlili się na Mazurach w Giżycku. Tam przyszła na świat ich córka Maria i jej młodszy brat. Ojciec i matka, naznaczeni wojenną traumą, nie potrafili okazać swym dzieciom miłości. W domu było biednie i trzeba było liczyć każdy grosz. Dzieciństwo nie było więc szczęśliwym okresem życia dla przyszłej aktorki.

– Moi rodzice, poturbowani przez wojnę, nie potrafili odnaleźć się w normalnym życiu. Nie umieli pogodzić się z tym, że wszystko stracili, musieli opuścić swoje domy. Żyliśmy razem, ale jakby obok siebie. Ciężko pracowali, jak wszyscy w tych ciężkich czasach, byli zbyt pochłonięci mozołem dnia codziennego, smutkiem, żeby zajmować się dziećmi – wspomina w „Vivie”.

Maria próbowała więc znaleźć swój własny świat poza domem. Najpierw odnalazła się w sporcie: zaczęła uprawiać łyżwiarstwo i nawet została wicemistrzynią Polski juniorów w sztafecie. Kiedy przyszło do wyboru szkoły po podstawówce, zdecydowała się na pięcioletnie liceum pielęgniarskie. Chciała bowiem jak najszybciej zacząć na siebie zarabiać na siebie i móc pomóc finansowo rodzicom.

– Wzięła mnie pod swoje skrzydła polonistka, pani Krystyna Drab, zasugerowała, że mogłabym zdawać do szkoły teatralnej. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłam specjalnie otwarta. Należałam do tych, które z boku obserwują. Widocznie zobaczyła to coś, co ukrywałam – opowiada w Interii.

Czysta, biała karta

Kiedy Maria przyjechała do Warszawy na egzaminy do akademii teatralnej, była przerażona. Zdała jednak za pierwszym razem. Na studiach początkowo czuła się gorsza od swych koleżanek i kolegów. Trafiła jednak na dobrych ludzi – dlatego z czasem przełamała swe kompleksy. Aktorstwo okazało się dla niej nie tylko zawodem, ale również sposobem na pracę nad sobą.

– Byłam czystą, białą kartą, na której dopiero zaczynałam pisać swoje życie. Nie miałam też „plecaka” wynoszonego przeważnie z domu, w którym znaleźć można wskazówki czy życiowe mądrości. Musiałam wszystkiego doświadczyć, by się przekonać, że coś jest dla mnie albo dobre, albo złe. To było bardzo głębokie doświadczenie, które bez wątpienia ukształtowało mnie jako człowieka, ale także jako aktorkę – podkreśla w „Tele Tygodniu”.

Maria zabłysła rolą w „Dolinie Issy” według Czesława Miłosza – a potem poszły kolejne ciekawe kreacje w „Bez końca”, „Jeziorze Bodeńskim”, „Zygfrydzie” czy „Pożegnaniu jesieni”. Warszawscy widzowie oglądali także młodą aktorkę w licznych spektaklach Teatru Współczesnego. I to właśnie na scenie czuła się najlepiej i tam stworzyła swe najlepsze kreacje.

– Teraz rzeczywiście jestem przede wszystkim aktorką teatralną. Ale na początku kariery jednak przydarzyło mi się kilka świetnych filmów. Może później miałam trochę mniej szczęścia, może nie potrafiłam dostosować się do panujących warunków, kalkulować lub czerpać zysków z tego, że już mam jakiś dorobek. Albo zawiodły moje zdolności dyplomatyczne. Najwidoczniej nie była mi pisana kariera filmowa – podkreśla w Interii.

Oswoić samotność

Pierwszą wielką miłością Marii był jej kolega z liceum. Po jego ukończeniu zdecydował się wyemigrować do USA i chciał zabrać ze sobą swoją sympatię – ta jednak nie mogła się odważyć na wyjazd z Polski. Na studiach zakochała się w reżyserze Marku Grzesińskim, który robił przedstawienie dyplomowe jej roku. Ale i ta miłość zgasła. Wszystko zmieniło się, gdy poznała innego aktora i reżysera Krzysztofa Zalewskiego.

– Myśmy się fantastycznie uzupełniali. Na początku Krzysztof był moim mistrzem. To on wprowadził mnie w fascynujący świat teatru, literatury. Podsuwał mi książki, do których nie miałam szans zajrzeć w swoim rodzinnym Giżycku. Przez trzydzieści lat wspólnego życia nigdy się ze sobą nie nudziliśmy. Mieliśmy ciągłą potrzebę rozmów, dzielenia się przemyśleniami. Uwielbialiśmy dyskutować o sztuce – tłumaczy w „Tele Tygodniu”.

Zalewski był żonaty i miał córkę, ale rozwiódł się dla Marii. Para wzięła ślub, a wesele odbyło się w mieszkaniu kolegi pary – Adama Ferency’ego. Niebawem na świat przyszedł syn małżonków – Jan. Kiedy był w szkole średniej, lekarze zdiagnozowali u jego ojca nowotwór. Zalewski dzielnie walczył z chorobą i poddał się operacji, ale nie udało się mu pomóc. Zmarł, gdy jego syn przygotowywał się do matury.

– Myślę, że mąż zdążył przekazać synowi ważne wartości dotyczące relacji z drugim człowiekiem, szacunku, nieoceniania, umiejętności słuchania i Janek ma w sobie te cechy. Ja go nauczyłam zaradności, na przykład potrafi świetnie gotować, wierzę, że nie zrobiłam z niego maminsynka. Umiejętność nienarzucania drugiemu człowiekowi swojego wyobrażenia na temat świata, życia, religii, miłości jest istotna – podkreśla aktorka w „Vivie”.

Maria długo uczyła się oswajać ból po stracie ukochanego męża. Pomogła jej medytacja: teraz codziennie rano po śniadaniu za jej pomocą uspokaja myśli. Pomagają jej też dwa koty Fiodor i Wiera oraz uprawianie przydomowego ogródka.

– Uczę się być szczęśliwa. Radość odzyskuję po spotkaniach z synem i przyjaciółmi. Gdy dopadają mnie smutki, tłumaczę sobie: masz wspaniałego syna, zdrowie, pracę, którą kochasz i ulubiony ogródek przed domem. Staram się patrzeć na siebie z boku, czy na pewno idę właściwą drogą. Każdego dnia robię rachunek sumienia, żeby niczego w życiu nie żałować – deklaruje w Plejadzie.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.