Makar: Nie mogę się rozklejać, ale przecież ciężko zachować cały czas maskę

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Katarzyna Kachel

Makar: Nie mogę się rozklejać, ale przecież ciężko zachować cały czas maskę

Katarzyna Kachel

Wiozłem chłopca z Lwowa, mały taki, miał sześć lat, i mówi do mnie: wie pan, jak będę duży, zostanę wojskowym pilotem jak tata i będę bronił Ukrainy - opowiada Andrzej Makar Makarewicz, muzyk urodzony w Białorusi, który dziś pomaga w Krakowie uchodźcom.

Niektórzy mówią sporo, inni nie mówią wcale. Pierwsi jakby chcieli dać świadectwo; opowiedzieć jak teraz wygląda Charków, Lwów czy Kijów, gdzie walczą ich synowie i mężowie. Drudzy jakby zapomnieli języka, jakby ten, który znali jeszcze kilkanaście dni temu nie był w stanie oddać tego, co zobaczyli. Nie był na tyle pojemny. Wtedy wystarczy towarzyszyć, zapewnić, że będzie dobrze, że w ogóle będzie. I Makar to właśnie robi. Jest i mówi o przyszłości, i o tym, że już wygrali.

Tym razem wiadomo, gdzie jest początek. Początek, czyli czwartek. Ten czwartek 24 lutego 2022 roku. Wtedy się zaczęło. - Miałem samochód, wsiadłem i ruszyłem na granicę, nie było pytań, zastanawiania się - opowiada mi Makar. Pojechał raz, potem drugi, jak wielu jego znajomych, jak wielu moich znajomych. Zobaczył to, co niemal wszyscy widzą w telewizji, ale zobaczyć na żywo znaczy całkiem co innego. Wtedy czuje się to, co czują oni, zagubienie, strach, bezradność, ale też siłę i przekonanie że wszystko się ułoży. -Nie mówią, że chcą zostać w Polsce, powtarzają że wrócą, że odbudują kraj, miasto, dom po domu, ulicę po ulicy. Że będzie jeszcze pięknie, że normalnie - słucham Makara i próbuję myśleć podobnie, choć to cholernie trudne. - Nie pytaj mnie co będzie, czy wygrają. Już wygrali – powtarza.

Jesteśmy na stadionie „Wisły”, tu gdzie Ukraińcom udzielana jest pomoc; dostają jedzenie, ubrania, leki, pampersy, papier toaletowy i odpowiedzi na pytania. W kolejce, która wydłuża się z godziny na godziny, niemal same dzieci i kobiety. Dorośli czytają gazety, sprawdzają informację w internecie, próbują skontaktować się z rodziną. Jedna pani trzyma w rękach wanienkę dla niemowlaka, druga psa w ubranku, w siatce trzeciej, która przytula do serca kilkuletnie dziecko, dostrzegam starą lalkę z odrapaną łysą główką.

- Wzięli to, co wydawało im się niezbędne - mówi Makar. Ciepłe ubrania, dokumenty, zdjęcia. To „niezbędne” w czasie wojny mieści się czasami w torebkach, w siatkach, w kieszeniach.

Makara znam od dziesięciu lat, może dłużej. Spotykaliśmy się na koncertach, u znajomych, na wódce, ostatnio po śmierci Gienka Loski, wokalisty z Białorusi jakieś dwa lata przed wojną. Makar jest muzykiem i gitarzystą z Białorusi. Wieki temu, zanim przyjechali razem z Gienkiem do Polski założyli w Grodnie zespół Seven B. Pisano o nim: „rockowy dynamit, który rozsadzał granice postsowieckiej Białorusi”. Bo grali szczerze, z mocą, autentycznie także wtedy, kiedy zamieszkali w 1994 roku w Polsce i tu zaczęli układać sobie życie.

Ale dziś nie rozmawiamy o muzyce, nie pijemy wódki i właściwie to wolelibyśmy nie musieć rozmawiać, nie w takich okolicznościach. - Ale nie da się zamknąć oczu - słyszę. Dlatego, kiedy okazało się, że Makar przydaje się jako tłumacz i kierowca samochodu, że jest tutaj potrzebny i dobrze się w tej roli czuje, wziął urlop, zawiesił na szyi plakietkę „wolontariusz” i został. Tak poznał panią, która szła z synkiem na piechotę siedemnaście kilometrów do granicy, i rodzinę, która spała cztery noce w nieogrzewanym samochodzie, by oszczędzić benzynę. I kobietę, której trzej synowie i siostrzeniec walczą na froncie, żony, które zostawiły mężów, córki, których ojcowie walczą. - I są z nich dumne - opowiada.

Dlatego słucha historii o tych, którzy zastąpili marzenia o dobrej pracy i rodzinie, marzeniami o wygranej wojnie. I nie pyta o nic.

- Nie odzywam się pierwszy, czekam, nie ciągnę ich za język. Pocieszam, jeśli trzeba, biorę do ręki siatki, które mają z dobytkiem, rozwożę. Tłumaczę, gdzie mogą znaleźć pomoc i dlaczego nie powinni wstydzić się statusu uchodźcy - wylicza.

Stara się nie pokazywać emocji, ale przecież nie da się tak przez cały czas w masce. Dlatego często wychodzi za róg na papierosa. Po drodze tłumaczy, uspokaja.

Trochę innych, trochę siebie. - Dla mnie to nie jest wojna narodów, to walka dobra ze złem - mówi. Wojna, która zmusiła osoby do opuszczenia domów, wyruszenia do kraju, którego języka nie znają, bywa że do pierwszej takiej podróży w życiu. Nie planowali jej przecież, nie wiedzieli co ich tutaj czeka.

- Na początku nie przyznawałem się skąd jestem, bo nie ma się co oszukiwać Łukaszenka jest stroną konfliktu, ale teraz mówię otwarcie gdzie się urodziłem, skąd jest moja rodzina, i nie spotkałem się z żadnym głosem potępienia, wyłącznie ze zrozumieniem i wdzięcznością – opowiada.

Ma syna, jedenastoletniego. Młody wie co się dzieje, i dlaczego tata teraz zamiast z nim, jest pod stadionem Wisły. I może dlatego tak wzruszył go ten mały chłopiec z Lwowa, który kiedy dorośnie chce zostać lotnikiem na wojnie jak jego ojciec. I może dlatego tak poruszyła go odpowiedź mamy sześciolatka:- Synku, jak dorośniesz nie będzie już żadnej wojny.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.