Koszyce bis

Czytaj dalej
Fot. Pawel Relikowski / Polska Press
Krzysztof Kucharski

Koszyce bis

Krzysztof Kucharski

Tydzień temu obiecałem Państwu prawdziwy węgierski gulasz, no… a jak węgierski to raczej pörlkölt, a jak tradycyjny, to na pewno z wołowiny. Zostawię go Państwu na kolację, bo na śniadanie zabiorę wszystkich do krainy słowackiego (!) tokaju.

Tak się stało, że niewielka część winnic węgierskiej legendy po roku 1918 „wpadła” w granice nowej wtedy Czechosłowacji. Teraz na prawach łaski słowacki tokaj, może na etykietach używać słowa „Tokajský”, ale nie „Tokaj”!

Koszyce, w których zbijam wakacyjne bąki oraz owa winna enklawa, do wspomnianej wyżej daty były węgierskie. A wino tokaj już w średniowieczu stało się częścią naszej, polskiej historii. Przypomnę, że nasz królewicz Jan Olbracht miał przejąć tron węgierski, ale okoniem stanął mu własny brat, bo też syn Kazimierza Jagiellończyka - Władysław - już wtedy król Czech. Po bitwie pod Koszycami (czerwiec 1490) królewicz Janek wracając do domu próbował zdobyć zamek w Tokaju, w końcu jednak zadowolił się dwoma tysiącami beczek wina, które przywiózł jako wojenny łup na Wawel i na parę wieków Polska stała się największym importerem tego wina z Węgier.

Trudno sobie wyobrazić Polaka z wyciągniętą szablą gotową siekać na bigos wroga… bez przewieszone bukłaka z węgrzynem, czyli tokajem i z udokumentowaną pewnością mogę napisać - tokajem szamorodnim. Słowacki region tokaju to ledwie siedem wiosek z pagórkami porośniętymi winoroślą i chłodnymi piwnicami wykutymi w wulkanicznej skale. Wina tu bardziej wytrawne. Na drugie śniadanie z menu wybieramy loksze z grzybowo-mięsnym nadzieniem czyli ziemniaczane naleśniki (zemiakové lokše) o grubości trzech, czterech milimetrów, a do tego obowiązkowo szklaneczka młodego tokaju.

Szef tej naszej kuchni Farkas Peter Halas, którego pradziadków konterfekty wiszą w okupowanym przez nas domu mają koszyckie korzenie, bo się w tym mieście urodzili. Teraz Petr mieszka w Budapeszcie. Ten gulasz (pörlköt) będzie z dwóch kilogramów wołowej pręgi, ośmiu cebul, główki czosnku, butelki merlota, garści wędzonych i suszonych śliwek oraz dwudziestu kapeluszy suszonych podgrzybków (mój wkład w recepturę węgierskiego bratanka!). Do tego pięć dużych czerwonych papryk i trzy podłużne żółte przywiezione zza węgierskiej granicy. Mają kompletnie inny smak niż te dostępne w Polsce. A, i jeszcze kilka woreczków z mieloną papryką, które Petr zawsze wozi ze sobą, z tych woreczków do naszego gulaszu dosypał pięć łyżeczek. Jedną była zdrowo ostra papryka csipős huszár. Pörlköt -PYCHA!

Dziennikarskich tematów w Koszycach urodziło mi się tyle, że nawet trudno mi je zinwentaryzować. Ile osób ma świadomość - na przykład - że Koszyce są pierwszym, bo już od 1365 roku miastem w Europie i na świecie posługującym się własnym herbem nadanym przez króla Ludwika Andegaweńskiego, któremu w pięć lat później nałożono na głowę polską koronę!

Krzysztof Kucharski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.