Kobiety na parowozy? Czemu nie! My już tam mamy swoją Basię

Czytaj dalej
Fot. Fot.Archiwum Barbary Grygiel
Marcin Kaźmierczak

Kobiety na parowozy? Czemu nie! My już tam mamy swoją Basię

Marcin Kaźmierczak

Parowozy - kiedyś siła napędowa wielu gospodarek - dziś powracają do łask. Same zaś są poruszane przez kobiece dłonie, które sypią w nie węgiel ramię w ramię z mężczyznami

Kiedy tylko pojawią się na torach zawsze wzbudzają emocje tłumu rozentuzjazmowanych gapiów. Starsi wspominają wtedy czasy młodości i dojazdy do pracy lub wakacyjne eskapady. Młodsi otwierają szeroko oczy zaintrygowani, a może i przestraszeni nieodgadnioną liczbą rurek, z których bez przerwy coś syczy i z których wydobywają się kłęby pary. To parowozy, relikt przeszłości, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nie odszedł do lamusa.

Tak ich działanie opisywał Julian Tuwim w chyba najpopularniejszym polskim wierszu dla dzieci „Lokomotywa”. Dla niego skojarzenie było proste - Lokomotywa = parowóz.

„Stoi na stacji lokomotywa, / Ciężka, ogromna i pot z niej spływa: / Tłusta oliwa / Stoi i sapie, dyszy i dmucha, / Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha: / Buch - jak gorąco! / Uch - jak gorąco! / Puff - jak gorąco! / Uff - jak gorąco! / Już ledwo sapie, już ledwo zipie, / A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.”

Tuwim pisząc te słowa nie przypuszczał chyba, że węgiel do parowozowego kotła mogłyby sypać kobiece dłonie, stworzone raczej do igły i nici, niż drewnianego trzonka szufli. A jednak! Nic bardziej mylnego. Palacz kotła w parowozie to także zajęcie dla płci pięknej, a dobitnie udowadnia to pochodząca z podkarpackiej Wólki Horynieckiej, a wrocławianka z wyboru Barbara Grygiel, która szuflą zasuwa nie dla wypłaty, a dla hobby.

Jest jedną z dwóch kobiet w Polsce, które mają oficjalne uprawnienia do obsługi kotłów w parowozach

- Koleją interesuję się od dziecka. Jeszcze mieszkając na Podkarpaciu, po szkole często chodziłam na dworzec w Horyńcu Zdroju oglądać manewrujące, czy przejeżdżające przez stację pociągi. Za mojego życia parowozy tam już jednak nie jeździły - wspomina Barbara Grygiel. - Pierwszy raz styczność z innymi miłośnikami kolei miałam cztery lata temu. Czekając pod dziekanatem czytałam książkę o sterowaniu ruchem kolejowym, bo studiowałam transport na Politechnice. Zauważył to mój kolega Michał, zagadał i zaprosił na spotkanie Klubu Sympatyków Kolei. Przyszłam do lokomotywowni, gdzie trzymają swoje „modele”, wszystko przecież w skali 1:1 i tak już zostałam - kontynuuje.

Wtedy jeszcze Basia nie spotkała na swojej drodze jego. 70-letniego kolosa ze stali. Na spotkanie, które zmieni jej życie musiała poczekać jeszcze niecały rok.

- To była jesień 2013 roku. Do Wrocławia przyjechał parowóz z Pyskowic, z zaprzyjaźnionego klubu sympatyków kolei. Nigdy wcześniej nie widziałam parowozu w ruchu. Maszyna była niesamowita. Po prostu zakochałam się w niej. Podziwiałam, jak pracowała cała drużyna parowozu i gdzieś z tyłu głowy zakiełkowała myśl, że gdyby tylko nadarzyła się taka okazja, to chciałabym zrobić uprawnienia i sama wprawiać takie maszyny w ruch - zdradza drobna absolwentka Politechniki Wrocławskiej.

Początki nie należały do najłatwiejszych. Gdy jednak wspomina pierwszą reakcję męża Przemka, śmieje się.

- Chyba zwariowałaś - rzucił i nic więcej nie powiedział. Zdawał sobie przecież sprawę, że to ciężka i odpowiedzialna praca. Wiedział jednak, że już postanowiłam i potem mocno się zaangażował. Czytał różne podręczniki, by mnie później przepytywać - mówi Basia.

Razem z nią naukę do egzaminu rozpoczęło łącznie aż 15 osób, w większości członków KSK. Przygotowywali ich inni członkowie klubu, którzy dawniej sami pracowali na parowozach. Praktyki uczyli się na parowozie, który sami przywrócili do eksploatacji - ich ukochanej ferrumce. I przyszedł piątek, 13 maja ubiegłego roku. Przyjechali inspektorzy z Transportowego Dozoru Technicznego, szast-prast, tender - dymnica - inżektor i dokument w kieszeni.

- To była sama przyjemność, bo naszą ferrumkę znałam jak własną kieszeń. Choć egzaminatorzy byli zdziwieni przepytując mnie i jeszcze jednej koleżance z Górnego Śląska papiery. Chyba byli przekonani, że to przede wszystkim męskie zajęcie - wspomina Basia. - Miłą niespodziankę sprawił mi także mój szef. Otrzymałam furażerkę, czapkę w jakich dawniej jeździły konduktorki - chwali się, bo trzeba wiedzieć, że kolej wypełnia życie Basi od świtu do zmierzchu, a nawet dłużej.

Zawodowo pracuje przy rozkładach jazdy Kolei Dolnośląskich, a w weekendy można ją spotkać w pociągach KD, gdy sprawdza bilety. Od czasu do czasu, rzecz jasna dokłada węgiel do pieca w parowozach, a to wbrew pozorom wcale nie jest taka prosta sprawa.

- Przed wyruszeniem w trasę trzeba kocioł i skrzynie wodne zalać wodą, które mieszczą aż 5000 litrów i oczywiście uzupełnić węgiel - tak ze dwie tony. Potem czas na rozpalanie, które w przypadku naszego parowozu trwa co najmniej 6 godzin. Przy większych to nawet z 10. Wodę trzeba zagotować i wytworzyć parę, żeby było odpowiednie ciśnienie - objaśnia specjalistka do spraw transportu i.. palaczka kolejowa. - Czasami przygotowanie maszyny trwa dłużej, niż sama trasa. Może dlatego dawniej parowozy były wygaszane raz na miesiąc tylko na przeglądy - dodaje.

Basia do swojego hobby ma pokorę i szacunek, bo jak podkreśla, to kocioł to nie zabawka i nie ma z nim żartów.

- Kilka nieodpowiednich ruchów, czy brak koncentracji mogą doprowadzić do tragedii. Wystarczy, że poziom wody spadnie poniżej dopuszczalnego, może dojść do wyżarzenia, wydęcia blach, a w skrajnym przypadku do wybuchu. Ucząc się do egzaminu czytałam o wypadkach z przeszłości i wybuch potrafił wyrzucić kocioł na kilkadziesiąt metrów - zauważa. - Poza tym wrzucanie węgla do kotła to ciężka praca, tym bardziej w naszym parowozie, który jest bardzo mały. Trzeba cały czas utrzymywać odpowiednie ciśnienie pary i poziom wody w kotle. Czasami wrzuca się ten węgiel i ma się wrażenie, że płoną kamienie, a żeby ogrzać i wyparować tonę wody trzeba wrzucić 300 kilogramów węgla. Gdy jedziemy z Dworca Głównego do Nadodrza (14 kilometrów - przyp. red.) trzeba wyparować przeszło tonę wody - kontynuuje Barbara Grygiel.

Do tego w budce maszynisty jest oczywiście niesamowicie gorąco. Temperatura potrafi wzrosnąć do 60 stopni, ale wbrew pozorom czasami w parowozie można się… przeziębić.

- Zwłaszcza gdy parowóz jedzie tyłem naprzód, zimne powietrze wlatuje do środka i pomimo bliskości paleniska można się przeziębić, ale i tak w budce czuję się jak ryba w wodzie - śmieje się Basia i z rozrzewnieniem wspomina najpiękniejszą trasę, jaką przejechała parowozem. - Nigdy nie zapomnę, gdy razem z kolegami transportowaliśmy nasz parowóz z Rybnika do Jarocina. Trasę pokonywaliśmy nocą, świecił jedynie księżyc, od czasu do czasu otwierane palenisko i podświetlane wodowskazy parowozu. To był niesamowity widok i nawet sam dźwięk pędzącej i gwiżdżącej maszyny robił nieopisane wrażenie na nas.

Tyle wspomnień, a marzenia? Nasza dzielna palaczka chciałaby zostać… maszynistką parowozową. W Polsce jest tylko jedna kobieta prowadząca pociągi, ale elektryczne. W parowozach tego jeszcze nie grali.

- To moje wielkie marzenie. Musiałabym jednak zrobić laserową korektę wzroku, a potem przejść długi kurs i wyjeździć odpowiednią liczbę godzin. Do pociągów elektrycznych mnie nie ciągnie. To tak jak z robieniem zdjęć, którym też się zajmuję. Jazda parowozem jest jak fotografia analogowa. Jest po prostu sztuką, która przy okazji sprawia wiele radości inny. A gdy jeszcze ludzie widzą, że z parowozu wychodzi kobieta to zawsze najpierw obserwuję zdziwienie i zawsze czuję radość, że mimo wszystko mogą się tym zajmować - podkreśla.

Czy spełni to marzenie, pokaże czas. Tak czy inaczej Basia Grygiel zapisze się w historii wrocławskiego Klubu Sympatyków Kolei. Jej imię otrzyma najnowszy nabytek klubu, parowóz TKt48-146, który zamierzają odrestaurować i wypuścić na tory. To prezent-niespodzianka od kolegów z klubu. Być może kiedyś turystów tym 70-letnim kolosem w nostalgiczną podróż w przeszłość zabierze sama patronka. A teraz? Jadąc do Szklarskiej Poręby, Kudowy-Zdrój, Jeleniej Góry, czy Rawicza wypatrujcie brunetki w furażerce. Być może bilet skasuje Wam palaczka parowozowego kotła.

„To para gorąca wprawiła to w ruch, / To para, co z kotła rurami do tłoków, / A tłoki ruszają z dwóch boków / I gnają, i pchają, i pociąg się toczy, / Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy, / I koła turkocą, i puka, i stuka to: / Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...”

Czynne parowozy w Polsce Eksploatowane maszyny można oglądać w pięciu miejscach. To Parowozownia Wolsztyn, Skansen Taboru Kolejowego w Chabówce, Skansen kolejowy w Pyskowi-cach, Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej oraz wrocławska lokomotywownia, gdzie swoją ferrumkę (Tkh 05353) garażuje Klub Sympatyków Kolei. Na dolnośląskie tory po raz kolejny wyjedzie prawdopodobnie we wrześniu.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Wrocławskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Wrocławskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Wrocławskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Marcin Kaźmierczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.