Katarzyna Kaczorowska

Jerzy Matysiak, czyli człowiek filmu nazywany Koniem

Jerzy Matysiak w serialu „Stacyjka” zagrał wodza Apaczów Winnetou Fot. archiwum rodzinne Jerzy Matysiak w serialu „Stacyjka” zagrał wodza Apaczów Winnetou
Katarzyna Kaczorowska

Na planie filmu „Gniazdo” życie uratowała mu... zbroja - w rzece porwał go wir wodny, ale na szczęście żelastwem zaczepił o konar drzewa. Jerzy Matysiak, przez filmowców i przyjaciół nazywany Koniem, jedna z najbardziej charakterystycznych postaci wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, już nie zagra w żadnym polskim filmie.

Ludzie w Wytwórni byli dobrotliwi, łagodni, ułożeni. Jurek był ruchliwy, wesoły, zawadiaka - wyróżniał się od pierwszego spojrzenia. Wśród wrocławskich filmowców tylko On miał pseudonim. Tak jak Warszawa miała Himilsbacha - tak Wrocław miał Konia. Co prawda Himilsbach był też wspaniałym pisarzem a Koń nie pisał, ale Jurek był dżokejem a Himilsbach nie umiał jeździć na koniu. Obydwaj byli wyjątkowi - tak o Jerzym Matysiaku, rekwizytorze wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, mówi Radosław Piwowarski, reżyser „Marcowych migdałów”, „Autoportretu z kochanką” i „Pociągu do Hollywood”.


Jerzy Matysiak ps. Koń,

urodził się 12 września 1944 roku w wielkopolskim Stępcinie. Zmarł 30 września tego roku w Wiktorowie.

- Jest taka słynna anegdota związana z Himilsbachem. Znają ją chyba wszyscy, ale już nie wszyscy wiedzą, że jednym z jej bohaterów był Koń - opowiada Maciej Żurawski, reżyser filmu dokumentalnego o Jerzym Matysiaku „Czyż nie dobija się Konia?”.

- Himilsbach przyjechał do Wrocławia na plan „Psa” Kondratiuka. I wiadomo było, że trzeba go pilnować, żeby nie odpłynął. Koniu odebrał pana Jana z dworca, zawiózł do mieszkania i zamknął na klucz, żeby nie mógł nigdzie wyjść i kupić wódki. Rano pojechał po Himilsbacha, ale jak wszedł do mieszkania okazało się, że pan Janek jest kompletnie ubzdryngolony. Jak już doszedł do siebie, to się przyznał, że jak tak siedział zamknięty, to usłyszał hałas na klatce. To był listonosz. Ubłagał go przez drzwi, żeby mu kupił wódkę. Wymontował wizjer i wypił tę flaszkę przez rurkę…

Jerzy Matysiak, drobny chłopak w wielkopolskiej wsi, marzył, by zostać dżokejem. I został. Miał 12 lat, kiedy został mistrzem Polski juniorów w skokach. 12 lat później zadebiutował na planie filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Lalka” i już na zawsze związał się z kinem. Nie opuścił go nawet wtedy, gdy o mały włos nie przypłacił życiem ciężkiej kontuzji na planie „Diabła” Andrzeja Żuławskiego.

- Konia zacząłem poznawać na studiach w szkole aktorskiej. Posyłano nas do Wytwórni na plan z różnymi zadaniami. Był wtedy pomocnikiem rekwizytora, ale szybko okazało się, że trudno sobie wyobrazić plan bez niego - wspomina Stanisław Wolski, który po chwili zaczyna się śmiać. - Raz pojawił się problem, skąd wziąć na tym planie dym. Bo miał być zgodnie ze scenariuszem. Wszyscy bezradnie rozłożyli ręce, że się nie da - był PRL i naprawdę takie efekty to nie była prosta sprawa. I jak spod ziemi wyrósł Koń. Miał kawałek blachy, na tej blasze nazbierane suche liście, no i zrobił dym jak się patrzy. Tak skutecznie zadymił plan, że ciężko było go wywietrzyć, a najlepsze, że w scenopisie było napisane, że to ma być snujący się dym z papierosów.

Kiedy Żurawski w 2000 roku postanowił opowiedzieć historię Jerzego Matysiaka, nie miał problemów, by namówić do współpracy Bogusława Lindę, Katarzynę Figurę, Olafa Lubaszenkę, Radosława Piwowarskiego. Leonard Pietraszak przywiózł na plan zdjęcie Matysiaka, który w serialu „Czarne chmury” dublował Elżbietę Starostecką. Na tym zdjęciu Pietraszak trzyma rozpromienionego Konia - w kontusiku pięknej szlachcianki - na rękach.

- Kiedy zadzwoniłem do Beaty Tyszkiewicz z pytaniem, czy zgodzi się porozmawiać przed kamerą o Jerzym Matysiaku, wyczułem dystans. Ale kiedy tylko powiedziałem, że chodzi o Konia, dosłownie słyszałem w słuchawce, jak jej się głos rozpromienia. „Oczywiście, że dla Konia przyjadę” - wspomina Żurawski.

Sylwester Chęciński, reżyser „Wielkiego Szu” i trylogii o Kargulu i Pawlaku, mówi wprost:

- Był fanatykiem kina i człowiekiem, bez którego trudno było sobie wyobrazić Wytwórnię. Jurek po prostu był jak powietrze. Nie zauważamy go, dopóki nagle nie zaczyna nam go brakować.

- W historii wrocławskiej Wytwórni było kilku ludzi, o których można powiedzieć, że trudno byłoby sobie wyobrazić to miejsce bez nich. Obok Konia był to też Janek Skotak, król podziemi, który znał wszystkie zakamarki, tajne przejścia i skrytki w tym gmaszysku. Razem z Koniem byli czystym kinem, w takim nasyceniu, że trudno ich sobie wyobrazić poza filmem - opowiada Jan Jakub Kolski, reżyser „Historii kina w Popielawach”. - I choć może się to wydawać z pozoru dziwne, Koń miał w sobie wiele taktu i wyczucia. Jako jeden z nielicznych wiedział, jak zwrócić uwagę reżyserowi, co prawdę mówiąc nie jest takie proste, bo reżyser na planie filmowym jest jak chodząca bomba zegarowa. Koń miał też niewątpliwy talent aktorski. I wiele kompetencji. Miał superkompetencje rekwizytora, ale też miał superkompetencje na polu picia wódy. I miał szacunek, olbrzymi, dla wszystkiego, co się wiązało z kinem.

Janusz Domin, właściciel wrocławskiej kawiarni Literatka, zapytany o Konia, uśmiecha się i mówi wprost: - Kiedy przyszedłem do pracy do Wytwórni Filmów Fabularnych, od szefa produkcji usłyszałem „Masz rozmawiać z każdym, dygnitarzem, partyjnym dyrektorem, z każdym z kim tylko się da. Masz stawać na głowie, by zdobyć na plan wszystko co wydaje się nie zdobycia. A jak już wyczerpiesz wszystkie możliwości i kontakty, to wtedy pójdziesz do Konia”.

Czy łatwo było się z nim zaprzyjaźnić? - Nie odpowiem za innych. Ale prawie z wszystkimi gwiazdami, reżyserami był na „ty”. Był bardzo dobrze nastawiony do świata i ludzi, serdeczny, trochę taki brat łata. Był gadułą, do tego seplenił i mówił niewyraźnie. Ale oczy miał anielskie. Czasami siedziały w nich diabełki - opowiada Radosław Piwowarski.

Te anielskie oczy doskonale zapamiętał też Stanisław Wolski, który dodaje, że Koniu zmieniał się, kiedy tylko zaczynał opowiadać o swoich ukochanych koniach. Bo konie, obok kina, były jego wielką miłością - doszkalał w jeździe konnej chyba najlepszego jeźdźca wśród aktorów, Daniela Olbrychskiego, gdy ten grał w „Panu Wołodyjowskim”.

- Miał swojego ukochanego konika. Przyjaciela. I kiedy mu ten koń umarł, to go kazał wypchać i postawił go w Wytwórni. Jak ktoś nie znał historii Jurka, to myślał, że to jest po prostu kolejny rekwizyt, może trochę ekscentryczny i dziwny, ale na planie nie takie rzeczy przecież są potrzebne. A on po prostu nie umiał się rozstać z istotą, która była mu tak bliska - opowiada Wolski.

Wszyscy, którzy z Koniem pracowali, przyznają, że potrafił zrobić coś z niczego, w ostatniej chwili w magazynach Wytwórni znaleźć rekwizyty niezbędne dla konkretnego planu. Czy to było doświadczenie? A może intuicja?

- Różnie bywało - nie kryje Piwowarski. - Doświadczony rekwizytor zawsze bierze reżysera na przeczekanie. We Wrocławiu byli dobrzy rekwizytorzy, zaś Koń był od zadań specjalnych. Był bardzo ambitny. Ale też potrafił wmówić reżyserowi, że jego pomysł jest lepszy - na przykład zamiast Harleyem lepiej żeby aktor jechał rowerem - i proszę oto rower.

Ale to właśnie Piwowarskiego Matysiak wziął na przeczekanie, kiedy miał mu na plan filmowy wytresować szczura. Pytany przez reżysera o postępy w pracy z gryzoniem, zapewniał, że wszystko jest opanowane i w najlepszym porządku. I tak aż do ostatniego dnia, kiedy szczur miał wystąpić w życiowej roli.

- Koń przyniósł farbowaną świnkę morską, której dokleił ogon, a ten błyskawicznie opadł... Sylwek, bo tak wszyscy mówią na Radka Piwowarskiego, wściekł się okropnie, ale takie sytuacje przechodzą do historii - śmieje się Żurawski. Piwowarski zapytany o gryzonia z westchnieniem dopowiada: - Chciałem go wtedy zabić, ale ta świnka kochała go, więc poszliśmy w trójkę na wódkę.

Przygodę z gryzoniami miał też Kolski, któremu Koń na plan filmowy zamiast myszek przyniósł... szczurki. - Wychowywałem się na wsi i wiem, jak odróżnić mysz od szczura. Szczur, i mały, i duży, ma łysy ogon. Jak mi Koniu przyniósł te szczurki, spojrzałem mu głęboko w oczy i powiedziałem tylko „Koniu, ale wiesz...”. Wiedział. I to było w nim niesamowite, że możliwe było takie porozumienie ponad słowami - przyznaje Kolski.

Czy człowiek zwany Koniem na planie filmowym stawał się bohaterem jak z powieści Aleksandra Dumasa, członkiem drużyny, w której obowiązuje zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”? - Ekipa filmowa to taka trochę zbójnicka szajka. Czym lepsza szajka, tym więcej może nakraść z rzeczywistości i przenieść na ekran. Koń nie był z Dumasa - raczej z Haszka, a może z Hrabala? - mówi Piwowarski, który z Koniem się po prostu polubił (z wzajemnością). - Jak pojechałem w Tatry to on przebrał się za niedźwiedzia i chodził za mną. Ja zrobiłem mu wizytówkę: Jerzy „Koń” Matysiak. Dżokej, Rekwizytor, Aktor, Treser zwierząt, Doradca Artystyczny reżysera Piwowarskiego… Wiem, że bardzo sobie ją cenił.

W tej wizytówce mieści się też filmowa historia Jerzego Matysiaka, który w „Gnieździe” Jana Rybkowskiego omal się nie utopił, gdy jako więźnia wrzucono go do przerębla ze zbyt lekkim kamieniem u szyi. Kamień nie poszedł na dno i uderzył w niego głową. On sam najbardziej lubił rolę mówcy na wiecu w „Marcowych migdałach” Piwowarskiego. Stoi w niej na starym samochodzie marki Lublin i krzyczy: „Studenci do nauki, literaci do pióra, syjoniści do Syjonu, niech żyje towarzysz Gomułka!”. Scenę kręcono we Wrocławiu, na placu Gottwalda, dzisiaj Piłsudskiego. Kilka metrów od komendy milicji - był rok 1989…

- Myślę, że „grał ” zanim mnie poznał. Jak reżyserzy potrzebowali na ekranie jakąś prawdziwą twarz, to brali Jurka. Lubił to. Wystąpił we wszystkich moich filmach kręconych we Wrocławiu. Coraz większe epizody. Aż w serialu „Stacyjka” dostał dwie role. W jednej musiał mówić po niemiecku, bo grał wodza Apaczów - Winnetou. Oczywiście na koniu, z pióropuszem. Chociażby dla tej roli powinni powtarzać ten serial - mówi Piwowarski.

W ostatniej scenie filmu „Czyż nie dobija się Konia?” Jerzy Matysiak wędrując korytarzami upadającej Wytwórni płacze nad jej upadkiem. Tę scenę świetnie pamięta Radosław Piwowarski: - Nie ma Kosarewicza. Nie ma Choryńskiej. Przegrodzkiego. Feldman. Olka Gołębiowskiego. Konia. Cudowni Ludzie, po których zostały cudowne filmy.

Katarzyna Kaczorowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.