Jarosław Potocki. Pan hrabia ze świata, którego już nie ma

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas
Wojciech Mucha i Marcin Mamoń

Jarosław Potocki. Pan hrabia ze świata, którego już nie ma

Wojciech Mucha i Marcin Mamoń

Inteligencko-artystyczny salonik miasta kłębiący się wewnątrz Plant jest tego lata solidnie wietrzony. I to wcale nie za sprawą nowych korytarzy powietrznych, bo o te, jak wiemy, trudno, a w wyniku skandalizującej książki Jarosława hrabiego Potockiego „Chłopiec z kawką na ramieniu czyta książkę”. I choć oficjalnych recenzji i omówień tej sensacyjki jest jak na lekarstwo, a sam autor jest jednocześnie jej wydawcą i głównym dystrybutorem, to „w salonie” się kłębi, a zainteresowani, cytując Miłosza, „czytają, aż im się uszy trzęsą”.

„Kaskader, podróżnik, marynarz, poeta znany i nagradzany, w USA pracował jako scenograf, robił własne filmy, rozwijał biznes, uczestniczył w indiańskich ceremoniach jako „Szary Wilk - wojownik szczepu Ogalla, a na Alasce zajmował się rybołówstwem i mieszkał wśród dzikiej przyrody, obserwując niedźwiedzie i wilki. Własnym samolotem Cesną jako pilot dowoził żywność dla mieszkańców małych alaskańskich miejscowości. Zwiedził niemal cały świat, poznał niezwykłych ludzi jak Klaus Kinski, Charles Bukowski, David Lynch i Clint Eastwood, przyjaźnił się z Piotrem Skrzyneckim i artystami z Piwnicy pod Baranami. Przeżywał miłości, romanse i udręki. Mieszkał w jedenastu krajach, aby ostatecznie osiąść z żoną w Irlandii. Kraków odwiedzają z ukochaną suczką Roxaną w czasie letnich miesięcy. W jego wspomnieniach nie zabrakło tez powrotu historii niezwykłej rodziny Potockich herbu Pilawa.”

Tak z okładki wydanych własnym sumptem wspomnień. „Chłopiec z kawką…”. przedstawia się czytelnikom Jarosław hrabia Potocki (r. 1949). Spotykamy się w „Zwisie”, Potockiego widać z daleka: zielony kapelusz (najpewniej Stetson, ulubiony), apaszka i ekspresja gestów wskazująca na wyraźne promieniowanie z „Piwnicy pod Baranami”. Dość dobrze wpisuje się w koloryt tego miejsca, od zawsze ściągającego magiczną mocą wszelkie możliwe ludzkie egzemplarze.

Dwie rozda, za cztery wypije

- Jezu, po co to człowiek pije ten alkohol? Przecież ta mineralna z lodem i cytryną jest taka smaczna - mówi hrabia, podnosząc do ust szklankę. - Siadajcie, Rośka, może tobie wody też przyniosę? - szuka wzrokiem psa pasterskiego, który nie zważając na swojego pana krąży między stolikami „Vis a Vis”, by zalec obok przypadkowych turystów. - Dziś do czwartej rano wino piłem - zagaja Potocki.

Kiedy tylko jest w Polsce, to w „Zwisie” bywa praktycznie codziennie. Zawsze z nieodłącznym psem, rzadziej z żoną, częściej w otoczeniu znajomych, słuchaczy i sępów. Obowiązkowo ze stosikiem książek, które jak sam przyznaje - to dwie sprzeda, to dwie rozda, to za cztery wypije.

„Chłopca z kawką…” napisał, jak powiada, z nudów: - Koleżance opowiadałem, a ona mówi: pisz posty na Facebooka. Nienawidzę Facebooka, nienawidzę pamiętników, nie jestem ekshibicjonistą (czy rzeczywiście nienawidzi Facebooka, to sprawa kontrowersyjna, sądząc po jego aktywności w tym serwisie). - Zastanawiałem się zresztą, kurwa, od czego ja mam zacząć? No ale zacząłem, zebrała się grupa czytających i przez rok pisałem, po dwie strony rano, jak Hemingway, wstawałem o 5:30. I zaczęło mi się to podobać. Zresztą - stryj pisał, moja prababka Anna Działyńska pisała, ojca jak mieszkał w Szwecji, to też namówiłem na wspomnienia, wydam to zresztą. I jest pewna ciągłość, choć ojciec napisał rzeczy dużo gorsze niż moje - ucieczki przed gestapo, czasy AK, od 1924 do 1980 r., a ponieważ był kobieciarzem, to straszył moją siostrę, że napisze w końcu o kobietach - „tato, błagam, tylko nie to!”, mówiła - śmieje się Potocki.

Sklejona z publikowanych na Facebooku wpisów, dobrze napisana, choć gorzej zredagowana i przez to dość chaotyczna autobiografia rozciąga się od przedwojennych losów Potockich, przez wichry wojny, późniejszą traumę arystokracji zmuszonej w stalinowskiej Polsce niemal wegetować, do Krakowa lat 60. i 70. i wreszcie: do decyzji autora o ucieczce na zachód. Tam, jak opowiada, cudem unikał śmierci, żył pełnią życia, spotkał Czesława Miłosza, dublował Dona Jonsona w „Miami Vice” i uwiódł rzeszę kobiet. - Do dziś kobiety mi powtarzają „ach, taka pana wersja, młodsza o czterdzieści lat by się nam przydała!” - mówi Potocki. - Nie dziwi mnie to, bo ja też lubię ludzi odważnych, a nie takich, jak te łajzy na hulajnogach - wskazuje niedbale na płytę Rynku Głównego.

W „Zwisie” tytułują go „panem hrabią”, adorują lub w milczeniu taksują wzrokiem. Nie ma jednak takiego, co nie nadstawiałby ucha wciągającej gawędzie. Po co napisał książkę? - Opisuję świat, którego nie ma. Starałem się to pisać z dystansem, ale tak, jak było, bez ściemniania. Zresztą - arystokracja i ziemianie nie pisali, dlatego historia Polski jest zakłamana - wzrusza ramionami hrabia, wyraźnie się irytując. - My, Potoccy, jak reszta arystokracji mieliśmy po wojnie zakaz zbliżania się do większych miast. To dlatego z wieloma sobie podobnymi trafiliśmy na ziemie odzyskane, do Polanicy-Zdroju, gdzie ojciec był kierownikiem w uzdrowisku, póki nie odmówił wstąpienia do partii. Zjeżdżało się tam mnóstwo ciekawych ludzi: powstańcy, arystokracja, żołnierze z Pierwszego Korpusu, warszawiacy, kresowiacy, AK, ludzie od generała Maczka. Wszyscy się zastanawiali, co z komuną zrobić - mówi Potocki.

- Pamiętam, jak jeden mądry profesor, powiadał, że „trzeba wejść do komuny i rozbić od wewnątrz”. Ojciec wstał i mówi: „Panie profesorze, chciałbym zwrócić uwagę, że jeszcze niedawno strzelaliśmy w łeb za takie teksty, jak za zdradę stanu”. I dyskusja się skończyła. Słuchałem tego jak gówniarz. Kłócili się, który system gorszy - niemiecki czy sowiecki. I tak historii się uczyłem, bo jedni przeżyli Magadan, inni Ravensbruck - opowiada.

Terlecki, Wildstein, Maleszka…

Pan hrabia w język się nie gryzie i nie ma zamiaru. W książce wspomina narkotyczne sesje z udziałem dzisiejszego wicemarszałka Sejmu, Ryszarda Terleckiego i swoją bójkę z Bronisławem Wildsteinem, którego miał zaatakować za paradowanie po Krakowie w maoistowskiej czapce: „Laliśmy się na ulicy a ja tłumaczyłem mu, jak potwornych zbrodni dopuszczają się komuniści w Chinach” - czytamy w „Chłopcu...”.

We wspomnieniach padają nazwiska żyjących i zmarłych oraz opisy dziś już historycznych wydarzeń. Potocki przekonuje na przykład, że widział się ze Stanisławem Pyjasem w akademiku w wieczór śmierci młodego opozycjonisty. Ze szczegółami, które kontrastują z innymi relacjami opisuje tamten tragiczny wieczór. Lesława Maleszkę od zawsze widział konfidentem, wini ówczesną opozycję za tuszowanie tego faktu. - Mam żal, że udają, że nie wiedzieli. Każdy wiedział, poszli na układ - mówi, wskazując w rozmowie na członków Studenckiego Komitetu Solidarności jako tych, którzy „mieli wiedzieć od początku”.

Są jednak momenty, w których Potocki myli się w sposób łatwy do zweryfikowania. Przykładem może być opowieść o znajomości z Krzysztofem Niemczykiem, krakowskim pisarzem, malarzem i performerem. Potocki wskazuje, że książka Niemczyka „Kurtyzana i Pisklęta” nie ukazała się w Polsce, podczas gdy „we Francji zachwycał się nią także Sartre”. Tymczasem „Kurtyzanę…” wydało już w 2007 r. krakowskie wydawnictwo HA!ART. Podobnych nieścisłości jest więcej, a brak profesjonalnej redakcji sprawia, że książkę w wielu momentach trzeba czytać przynajmniej z przymrużeniem oka, czego zresztą autor nie ukrywa, zbywając uwagi machnięciem ręki.

Potocki, jak sam przyznaje, jest dumny z niebieskiej krwi. W jego opowieściach, książce i gawędzie losy herbu Pilawa przewijają się co chwila. Często podszyte żalem i złością, jak wówczas, gdy wspomina historię ciotek, które, straciwszy cały majątek, gnieździły się po kątach w komunistycznym Krakowie: - Ciotki, wdowy po hrabiach, bardzo biedowały, pozbywały się rodzinnych bibelotów, oszukiwane przez „Desę” i przeróżnych „ekspertów”, którzy się na tym dorabiali, na tych ciociach i babciach.

Jak przekonuje, od początku wiedział, że musi wyrwać się z PRL-u. - Moi bogaci krewni byli za granicą. Fundacja Potockiego z Paryża chciała mnie i siostrę na stypendium wysłać, ale komuniści nas nie puścili. Pierwszy uciekł ojciec, wykorzystał szansę. Był kierownikiem w hotelu „Cracovia”, wysłali go do Szwecji jako pilota. Wszyscy zwiali, nawet kierowca, taka była „moda” w latach 60 - opowiada. - Do ojca nie miałem pretensji, miał wrzody na żołądku i nerwicę, a gdy go zobaczyłem po siedmiu latach, to był odmłodzony o dwadzieścia.

- Kraków był dla mnie początkiem, a dla tych, których tu spotykałem, jawił się jako koniec. Nie chciałem tak żyć - mówi.

Z PRL-u do Indian Nawaho

W końcu uciekł także sam autor „Chłopca…” Na początku do ojca, do Szwecji. Nie spodobało mu się: - W końcu trafiłem do obozu dla uchodźców w Traiskirchen, gdzie spędziłem siedem miesięcy. Miałem jechać do RPA, ale przestraszyły mnie historie kuzyna, tego, co tu kamienicę ma (pokazuje na Pałac Potockich/Zbarskich przy zbiegu Rynku Głównego i Brackiej). Tam zresztą tysiące farmerów zamordowano, ludzi palono żywcem. Tak więc RPA odpadało. Zadzwoniłem do Kanady do kuzyna, też odradził, „nie ma pracy”, powiadał - ciągnie opowieść.

- Wreszcie dostałem ekspres polityczny, udało mi się wystarać o bilet do USA. Gdy wylądowałem w Nowym Jorku, miałem 90 centów. Na lotnisku od razu chcieli mnie zwerbować do Langley (siedziba CIA) albo do Fortu Bragg (wywiad wojskowy) - opowiada. - Powiedziałem, że dziękuję, pojechałem do centrum, zamówiłem setkę w ukraińskiej knajpie, nawaliłem się z właścicielem, który wziął mnie za swojego, bo tańczyłem hopaki. - Co tu robisz, zapytał, gdzie mieszkasz? - Nigdzie - odpowiedziałem. - Ile masz pieniędzy? - Nic. - odpowiedziałem. Nie znam nikogo, jestem w NY, znam „good morning”, „good evening” i „whiskey on the rocks”… - śmieje się Potocki.

Późniejsze losy to feeria przygód, których opisanie daleko wykracza poza objętość tego tekstu, szkoda również je przepisywać, zajawkę przeczytali państwo na jego początku. Dość powiedzieć, że swoje pierwsze dni w Nowym Jorku Potocki wspomina, mówiąc nam: - Broadway! Same kurwy, alfonsy, tu wariat, tu murzyn, świry, syreny policyjne, wszystkie nacje, wszyscy napierdoleni - ja mam tu żyć? To Ameryka? No ciekawe, pomyślałem…

A potem mieszkał m.in. wśród bohemy w San Francisco, statystował u Clinta Eastwooda, szukał złota w Brazylii, tańczył zakazane dla białych tańce indiańskie w rezerwacie Indian Nawaho i kochał wszystkie kobiety świata, w tym najbardziej obecną, trzecią żonę.

Książka „Pana Hrabiego” jest bez wątpienia wydarzeniem. Co symptomatyczne dla Krakowa, policzki najbardziej rozpala skandalizujący fragment dotyczący pierwszej żony Potockiego, Anny Marii Potockiej z domu Socha, znanej krakowski krytyk sztuki, obecnej dyrektorki Mocak-u i Bunkra Sztuki.

Adrenalina to moja przyjemność

To o tym mówi się dziś w szeptankach i ze sromotą na ustach: Potocki bez ogródek zarzuca byłej żonie zdradę, oszustwo i żerowanie na nazwisku jego rodziny. - Pięćdziesiąt lat głupoty o mnie gada, bzdury kompletne, opowiada wszem i wobec, że jest hrabiną Potocką, orlicą. Ci, co znają prawdę, śmieją się z niej za plecami - mówi Jarosław Potocki.

Rozdział poświęcony Maszy Potockiej obfituje w bezwzględne opisy i niewybredne komentarze oraz pikantne szczegóły z życia intymnego. Potocki ze szczegółami i bezlitośnie zarzuca byłej żonie, że zawłaszczyła założoną wspólnie z nim galerię, po czym porzuciła go dla innego. - Założyłem prywatną galerię, zrobiłem ją we własnym domu, promowałem awangardę, która dziś jest klasyką. Dziś ona podaje się za krytyka, a nie ma pojęcia o sztuce. Jedzie na LGBT i na feminizmie, przekonując, że wszystko zrobiła sama. To wszystko jest nieprawda, zawsze wyjeżdżała na kolejnym mężczyźnie. Ja byłem tym, który dał jej nazwisko i galerię - gdyby nie to, zostałaby wiejską nauczycielką. A i to nie jest wcale pewne - mówi z przekąsem.

Anna Maria Potocka (z domu Socha) nie wypowiadała się publicznie na temat tych zarzutów.

Jarosław Potocki nie ukrywa, że nie przejmuje się opinią krytyków, czy ewentualnym hejtem. - Nie zależy mi. Mam 73 lata, od jedenastu mam białaczkę, która wykończyła mnie finansowo i zdrowotnie. Bóle miałem takie, że wyłem po nocach i wzywałem Boga, diabła, łzy mi ciekły. W konia mnie zrobił lekarz, skurwysyn. Ale przeżyłem, żyję i dziś pies ostrzega mnie, że cukier mi spada. Trąca mnie nosem i wyciąga na spacer (Potocki szuka wzrokiem suczki, patrolującej ogródek „Zwisu” jak własną zagrodę).

- Za kogo się pan uważa? - pytamy na koniec rozmowy.

- Za wędrowca na szlaku. Jak studiowałem buddyzm, to się mnie pytali: skąd ty jesteś. I’m nobody from nohwere - odpowiadałem.

- Ale jednak chyba z Krakowa?

- No pewnie.

- Jest pan szczęśliwy?

- Zawsze pchałem palce tam, gdzie gorąco. Adrenalina to moja przyjemność, narkotyk. Dziś? Przyjeżdżam do Krakowa na lato, bo mieszkam w Irlandii. Nie mogę wrócić na stałe, bo tam mnie leczą za darmo, a tu by mnie to kosztowało pół miliona. Skąd bym wziął? Miałbym z puszką chodzić po „Zwisie”? Może bym 200 złotych uzbierał.

- Nie sądzimy, żeby aż tyle.

- No, ja też nie. Ale może 20 złotych. - śmieje się Potocki. - Roxy! Chodź, dam ci wody!

Gdy czyta się „Chłopca” i gdy słucha się tej niewątpliwie barwnej gawędy starszego pana w kapeluszu, to brakuje tylko, by Potocki zakończył całość cytatem z „Przygód barona Munchausena”: „W naszym wieku sceptycyzmu ludzie, którzy mnie nie znają, mogliby podać w wątpliwość prawdę moich rzeczywistych przygód, to zaś głęboko obraża człowieka honoru”.

Istotnie, bardzo dużo tego wszystkiego jak na jednego człowieka.

A może to po prostu przybysz z innego świata, sprzed „globalnej wioski”, gdzie kolekcjonowanie doświadczeń, historii przygód i romansów nie odbywało się w blasku mediów społecznościowych? Z czasów i krain, gdzie 20 dolarów w jednym kraju było majątkiem, a w drugim godziną pracy?

Że kolorowo, z przesadą i po bandzie? Cóż, dobra to odtrutka w świecie konwenansów, koncesji, towarzyskich baniek i układów.

- Gdy skończył się komunizm i po latach wróciłem do Polski, z miejsca wpadłem do „Piwnicy Pod Baranami”. Piotr Skrzynecki, którego znałem, powitał mnie okrzykiem: „Milioner przyjechał” - wspomina Potocki.

Dziś Piotr Skrzynecki nie krzyknie, patrzy w milczeniu z ławeczki przez „Zwisem”.
***

Książkę Jarosława Potockiego polecamy kupić od samego Autora. Na znienawidzonym przez niego Facebooku w środę pojawiła się informacja:

„Jarosław tylko przez najbliższe DZIESIĘĆ DNI będzie sprzedawał CHŁOPCA Z KAWKĄ NA RAMIENIU w ZWISIE miedzy godz. 12.00 a 14.00. Niestety nakład prawie wyczerpany, jak to bywa z bestsellerami” (pisownia oryginalna).

Wojciech Mucha i Marcin Mamoń

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.