Ja i Bond? Nazywam się Cieślak, Bronisław Cieślak

Czytaj dalej
Fot. Fot. Tomasz Ho£Od / Polskapresse
Maria Mazurek

Ja i Bond? Nazywam się Cieślak, Bronisław Cieślak

Maria Mazurek

Koniec listopada 1976 roku wykreował w naszej telewizji nowego bohatera - Sławomira Borewicza, bohatera serialu „07 zgłoś się”. Polskiego Bonda grał krakowski dziennikarz Bronisław Cieślak. Zdobył wielką sympatię telewidzów.

Po 1989 roku pytali mnie: „Wyglądasz pan na fajnego faceta, to czemu milicjanta grałeś?”. Myślałem, żeby przestać się w ogóle odzywać

„07 zgłoś się” ma 40 lat.
Prehistoryczny serial. Ale dalej ma zdumiewająco dużo widzów, przy każdej powtórce. Znam takich, którzy znają go na pamięć, lepiej niż ja, przerzucając się fragmentami dialogów.

Jak Pan myśli, skąd ta popularność?
Sam pytam tych ludzi: po cholerę to oglądacie?

I co wynika z ich odpowiedzi?
Że to jest serial, w którym w dość oryginalny sposób zakodowany został tamten czas. Tamta Polska.

A więc oglądają z nostalgii za PRL-em?
Też spotkałem się z taką opinią. To bzdura. Mogę tylko ramionami wzruszyć: nie znam osobiście żadnych ludzi, którzy - w sensie politycznym - odczuwają taką nostalgię. To nie jest tęsknota za socjalizmem realnym i PRL-em. To tęsknota za młodością. Jakkolwiek by nie wyglądały czasy, w których mieliśmy po 20 lat, to je wspominamy z sympatią. Także wtedy, kiedy było biednie, beznadziejnie, szaro.

A było szaro?
Dla mnie nie. W Krakowie były Jaszczury. Piwnica Pod Baranami, ta sama, która śpiewała „Czarną sukienkę”, bawiła się szampańsko. Proszę zobaczyć film, jest dostępny w internecie, „Bal w Pieskowej Skale”. To jest ta żałoba?

Więc jak ja słyszę, że to był kraj, w którym wszyscy byli w żałobie, lała ich ubecja, a oni ciągle, na czarno ubrani, marzyli o wolności, płacząc po kościołach: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, to nie mogę się z tym zgodzić. To fałszowanie historii.

Starsi oglądają więc ten serial z nostalgii za młodością. A młodzi, którzy tych czasów nie pamiętają?
Żeby poczuć ich klimat. Jak miałem 17 lat, pan Stanisław Janicki w Telewizji Polskiej - wtedy nie używało się terminu publiczna, bo nie było innej - miał taki cykl „W starym kinie”, gdzie prezentował polskie przedwojenne filmy typu „Pani minister tańczy”. Grafomańskie, niskiego lotu, kiczowate, śmieszne. Mnie to nie przeszkadzało, bo ja chciałem poczuć klimat przedwojennych dancingów, warszawskiej przyśpiewki, tych dziwnych strojów i futer. Bo ja tej przedwojennej Polski nie znałem, ale to była Polska moich rodziców. Moja mama czesała się tak, jak kobiety w tych filmach, tak wyglądał ich świat. Myślę, że dzisiaj młodzi oglądają „07 zgłoś się” z tych samych przyczyn.

Nie traktowałabym „07 zgłoś się” jako źródła historycznego, wiernego odtworzenia tamtej rzeczywistości. Porucznik Borewicz był PRL-owskim Jamesem Bondem: cynicznym, łamiącym kobiece serca, skaczącym z helikoptera…
Po pierwsze: serial nigdy nie jest wiernym odtworzeniem rzeczywistości. Po drugie, powiedziała pani: James Bond. Nie lubię tego porównania. Już tysiąc razy to mówiłem. Jak Maciej Orłoś na jakimś jubileuszu telewizji przedstawiając mnie powiedział „nasz polski James Bond”, wziąłem mikrofon i powiedziałem cztery słowa: jaki kraj, taki Bond.

Ha, ha, ha, ha, ha - rozbrzmiało się po sali. Wielką radość sprawiłem wszystkim, oklaski zebrałem za ten autoironiczny komentarz. A prawda jest taka, proszę pani, że my z Krzysiem Szmagierem, reżyserem serialu, musielibyśmy być skończonymi kretynami, gdyby w tamtej rzeczywistości próbować ścigać się z legendą agenta Jej Królewskiej Mości.

Porucznikowi Borewiczowi jednak bliżej do Bonda niż do…
… niż do milicjantów z NRD-owskiego serialu, wyświetlanego w tamtych czasach, pod tytułem „Telefon 110”. Akurat prawda. Ci to byli służbiści, wyprostowani, wyprasowani, wzorcowi, regulaminowi, nienaganni. „Tak, towarzyszu majorze, musimy to, musimy sro”. Poza tym byli wzorami cnót wszelakich, staruszki przez jezdnię przeprowadzali. Breja socpropagandowa.

Ja bym nie zagrał w „07 zgłoś się”, gdybym po przeczytaniu tego scenariusza i rozmowie z Krzysztofem Szmagierem uważał, że to będzie socrealistyczna tektura podobna do „Telefonu 110”. Szmagier kpił z tej propagandy, z tego milicjanta, który właśnie wybiera się na urlop, ale rezygnuje z niego, by łapać złodzieja - a żona nawet nosem nie pokręci (bo milicjant jest oczywiście żonaty, a każda żona każdego milicjanta jest świadoma społecznego posłannictwa swojego małżonka). W efekcie, za złapanie tego złodzieja dostaje gwiazdkę więcej i ze zwierzchnikiem wypijają jeden - słownie jeden - kieliszek koniaku, oczywiście gruzińskiego, ku chwale ojczyzny. Szmagier powiedział, że zrobi wszystko na odwrót: facet nie będzie żonaty, tylko będzie miał liczne narzeczone, zwierzchnikowi ironicznie będzie stawiał się pyskiem (tam jest taka scena: major mówi, otwierając okno „ale wychodzimy drzwiami, orłów tu nie ma”, a Borewicz na to „to pan major też drzwiami?”). Myślę, że ludzie na przekór nas lubili - na przekór socideałom.

No właśnie dlatego, powiedzą niektórzy, ocieplaliście wizerunek milicji.
Oczywiście są tacy, którzy twierdzą, że właśnie ta przewrotność była skuteczną propagandą. Że takich milicjantów przecież nie było. Że wszyscy byli durnie i nie mógł zalęgnąć się jeden inteligentny, co do partii nie należy i jeszcze zna angielski. Wie pani, że ja znałem tysiąc dowcipów o milicjantach? Albo i więcej, nic nie przesadzam. Codziennie pięć nowych opowiadali nam funkcjonariusze milicji oddelegowani do tego serialu. Najkrótszy: idzie milicjant ulicą i myśli. My je używaliśmy później w serialu.

Mimo tego byli tacy, którzy zarzucali mi hańbę wyrafinowanej propagandy. Po 1989 roku myślałem, że przestanę się odzywać. Tysiąc razy zadawano mi pytanie, w wywiadach i na różnych spotkaniach: Panie, wyglądasz pan na fajnego faceta, to czemu się zgodziłeś grać milicjanta? W końcu odpowiedziałem na którymś spotkaniu: Proszę pani, ależ ja nie grałem milicjanta.

?
Na sali też zrobiła się cisza. Po wytrzymaniu kilkusekundowej pauzy dramaturgicznej powiedziałem: ja grałem TEGO milicjanta. Rozumie pani, co chciałem powiedzieć? Że nigdy nie gra się księdza, szewca, nauczyciela. Każdy zawodowy aktor czy aktorka pani potwierdzi, że jak zadzwoni do niej reżyser i zapyta: „Będę robił serial, którego bohaterką jest nauczycielka, zagra ją pani?”, to ona nie powie nic, bo dla niej nic to nie znaczy. Nie można posługiwać się kliszami. Zawsze gra się człowieka - jednego, jedynego, konkretnego, z imieniem i nazwiskiem. I trzeba pytać, jaki on jest. Mówię o sprawie niesłychanie poważnej. Mnie na etnografii uczono, że człowiek, owszem, jest społecznym zwierzęciem, ale oprócz tego jest osobnikiem. Ludzie nie dzielą się na milicjantów, złodziei, księży i kominiarzy.

Więc ja grałem tego konkretnego milicjanta. Jak poznałem się z Krzysiem Szmagierem, przez pięć godzin rozmawialiśmy, jak on sobie wyobraża tego bohatera. Powiedział mi wszystkie jego cechy. Ja wtedy zrozumiałem, że gdybym ja takiego faceta, prototyp Borewicza, poznał będąc na wczasach, wypił z nim po kakao z rogalem, mógłbym się z nim zaprzyjaźnić - bez względu na to, czy jest milicjantem, księdzem czy kanalarzem. I wtedy postanowiłem dać mu swoją gębę.

Tylko gębę?
Nie tylko. To był serial robiony na raty, przez dwanaście lat. 21 odcinków w pięciu ratach! Szmagier, który zatrudnił nieznanego faceta - podpowiedzieli mu mnie - później dobrze mnie poznał, zaprzyjaźniliśmy się. Więc kiedy pisał scenariusze kolejnych odcinków, znał już mnie na wylot. Dzwonił o czwartej nad ranem i mówił: „Słuchaj, k..., piszę ten dialog i to metafizyka - słyszę, jak będziesz te słowa mówił”. Borewicz, w pewnym sensie, odżywiał się mną. Popisywał się na przykład, że potrafi dobrze pływać: skakał z wieży, nurkował… To nie miało żadnego znaczenia w historiach kryminalnych. To zostało napisane dla mnie, bo Szmagier wiedział, że ja jestem ratownikiem. Borewicz nie jeździ za to konno - bo ja prywatnie nie umiem.

Zdaje się, że Szmagier chciał - lata po transformacji - nakręcić kolejne odcinki „07 zgłoś się”?
Były takie zamiary. Ale żyjemy w kraju śmiesznym, chorym. Po każdej zmianie ekipy rządzącej następcy zdobywający władzę próbują budować świat od początku. Też świat telewizji. Nie miałem więc złudzeń, że to wyjdzie. W życiu normalnego człowieka ciągłość jest słowem oczywistym, niezależnie od tego, gdzie i kiedy pani się urodziła. Znam ludzi, którzy urodzili się w Jugosławii, a przesunęły im się granice - ale to nie zniszczyło ich ciągłości. A w Polsce mówi się: „Teraz będzie rewolucja, wszystko będzie inaczej”. A jakby policjanci po 1989 roku mogli być zwerbowani z Marsa, to prawdopodobnie tak by zrobiono.

Rozumiem, że w tych planach kontynuacji serialu Borewicz miał przejść pozytywnie weryfikację i kontynuować pracę jako policjant?
Tak. Powstał nawet scenariusz. Ale ja mówiłem Szmagierowi: „Krzysiu, to się nie uda. Więcej - ja wcale o tym nie marzę”.

Dlaczego?
Bo żeby w 2003 roku - wtedy jeszcze Krzysztof Szmagier żył i miał się dobrze - Borewicz powrócił, musielibyśmy złamać dwie zasady tego serialu. Po pierwsze, to miał być kryminał apolityczny. A więc kontynuując go, Krzysztof musiałby go upolitycznić. Po drugie, zasadą serialu było to, że dzieje się tu i teraz. A żeby zacząć kontynuację w roku 2003, musielibyśmy najpierw cofnąć się do roku 1989 i przeprowadzić bohatera przez tę weryfikacyjną bramkę, przez którą wszyscy oni przechodzili.

Scenariusz, który powstał, cofał się do 1989 roku?
Tak. W największym skrócie miało wyglądać to tak: mamy rok 1989, wali się PRL, ale jeszcze komuna dyszy. Borewicz, jeszcze milicjant, jest na tropie jakiejś szajki handlującej narkotykami, której jednym z członków jest synalek super sk... komunistycznego, jakiegoś ministra. Tatuś boi się, że zaraz zamkną mu syna, więc postanawia zabić Borewicza. Taki konflikt z polityką w tle. Borewicz uczestniczy w sprowokowanym wypadku samochodowym; jacyś gangsterzy natychmiast wstrzykują do żyły w nodze nieprzytomnego porucznika dwie sety czystego spirytusu. Ciężko ranny, pijany Borewicz zostaje wyrzucony z milicji, zdegradowany i jeszcze zamknięty w więzieniu. Siedzi w celi zbiorowej z 20 ludźmi, z których połowa to kryminaliści, a reszta - męczennicy „Solidarności”. Borewicz jest inteligentny, więc natychmiast zaprzyjaźnia się z tymi drugimi, wychodzi - i już jest swój.

I co Pan powiedział Szmagierowi , jak to przeczytał?
„Krzysiek, błagam cię, przestań. Niech ten serialik nasz już zostanie w PRL-u, bo jak go teraz będziesz chciał kontynuować, każesz bohaterowi - czyli mnie - wygłaszać dyrdymały typu: jak ja się cieszę, że doczekałem wolności, jak ja nienawidziłem tych skurczybyków, którym musiałem służyć w poprzednim życiu. Gdybyś nie wiem, jak cienkim długopisem to napisał, to dopiero będzie socrealizm i wazeliniarska propaganda”.

Wiem, co mówię, bo to przeżyłem i widziałem ludzi, którzy tak się zachowywali. W dużej ilości.

Kogo?
Urzędników państwowych, późniejszych posłów, artystów, aktorów, także milicjantów przerabianych na policjantów i chodzących do kościołów, w pierwszym rzędzie niosących sztandar, ochoczo przerabiających radiowozy.

Wie pani, ja jestem człowiekiem mającym już swoje lata. Pamiętam, że jak umarł papież, to kibole dwóch krakowskich drużyn rzucili się sobie ze szlochem w objęcia. Pisaliście: pokolenie JP2. I było buzi buzi. Dwa albo trzy miesiące potem zaczęli się zabijać.

Po katastrofie w Smoleńsku też mieliśmy jakieś dwie doby zbiorowej, ogólnonarodowej żałoby.
Otóż to. A to nie jest tak, że nagle budzimy się w raju. Jak nas z niego wygonili - naszych rodziców, Adama i Ewę - to świat jest niedoskonały z natury. Myśli pani, że jak jakiś milicjant brał łapówki, gwałcił, dopuszczał się okropnych czynów i nagle jest koniec PRL-u, nowa epoka, gruba kreska - to teraz ten gość już będzie cacy? A wie pani, ilu jest sk... wśród policjantów, którzy nie pracowali wcześniej w milicji, którzy urodzili się i wychowali w nowej Polsce? Takich ludzi jest tyle samo teraz, co wtedy. Ustrój nie ma nic do tego, jakim się jest człowiekiem. Ktoś napisał: „jeden lubi pomarańczę, drugiemu nogi się pocą”. Ludzie są po prostu różni. Nie upolityczniajmy tego.

A dla Pana osobiście przejście do nowego ustroju, odnalezienie się w nowym świecie, było trudne?
Było oczekiwane, pożądane i wspaniałe. Ale to nie zmienia tego wszystkiego, co powiedziałem przed chwilą.

Pytam, bo Pan na jakiś czas zniknął, miał problemy finansowe, życiowe...
Zniknąłem nie dlatego, że zakopałem się pod ziemią, tylko dlatego, że jakiś pajac uznał, że skoro grałem milicjanta, to nie mogę funkcjonować w telewizji po nowemu. A te problemy, cóż… Przynajmniej mam życie ciekawe.

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.