.

IPN - Ściganie zbrodni

IPN - Ściganie zbrodni
.

Z prokuratorem Konradem Bieroniem, naczelnikiem Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN we Wrocławiu, rozmawiał Adam Pacześniak

Panie naczelniku, proszę w kilku słowach przybliżyć czym zajmuje się Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej.

Prokurator Konrad Bieroń, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu została powołana ścigania przestępstw szczególnej kategorii, a mianowicie przestępstw będących zbrodniami komunistycznymi, nazistowskimi oraz zbrodniami przeciwko ludzkości i pokojowi, zbrodniami wojennymi popełnionymi w okresie od 8 listopada 1917 roku do 31 lipca 1990 roku.

Jak ustawa definiuje pojęcie zbrodni komunistycznej?

Jeżeli chodzi o definicję zbrodni komunistycznej, są to przestępstwa popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od 8 listopada 1917 roku do 31 lipca 1990 roku, polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności, bądź w związku z ich stosowaniem stanowiące przestępstwa według polskiej ustawy karnej obowiązującej w czasie ich popełnienia.

My możemy zajmować się czynami popełnionymi tylko w tym przedziale czasowym. Jeżeli ktoś zawiadamia nas o przestępstwie popełnionym w 1991 roku, my taką sprawę zawsze przekażemy prokuraturze powszechnej.

Jeżeli chodzi o zbrodnie komunistyczne, są to czyny, które wyczerpywały znamiona przestępstwa w świetle przepisów obowiązujących w chwili ich popełnienia. A więc funkcjonariusz państwa komunistycznego musiał złamać ówcześnie obowiązujące prawo, żeby można było mówić, że popełnił zbrodnię komunistyczną. Tu w pełni obowiązuje zasada „nullum crimen sine lege”, czyli nie ma przestępstwa bez przepisu. Jeżeli jakieś zachowanie funkcjonariusza było w tamtym czasie dozwolone, nie możemy mówić, że popełnił on zbrodnię komunistyczną Musi to być również związane ze stosowaniem represji wobec osób prowadzących działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Dlatego też analizując różnego rodzaju doniesienia o przestępstwach musimy zawsze sprawdzić, czy składający doniesienie opisuje zdarzenie mogące być zbrodnią komunistyczną czy jakieś zaprzeszłe zdarzenie, które mu od pewnego czasu zaprząta głowę i postanowił to sprawdzić.

A czy ludzie zgłaszają się ze sprawami, które ciężko zakwalifikować jako zbrodnię komunistyczną? Albo które wykraczają poza kompetencje Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu?

Oczywiście. Mogę powiedzieć, że jeżeli chodzi o sprawy, które są w jakiś sposób procedowane w naszej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w wyniku doniesienia pokrzywdzonego, to część tych spraw zostaje zakończona na etapie postępowania sprawdzającego decyzją o odmowie wszczęcia śledztwa ze względu na stwierdzenie, że dany czyn nie stanowi zbrodni komunistycznej.

Mamy też kompetencje – poza ściganiem zbrodni nazistowskich, komunistycznych, przeciwko ludzkości – do prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawie przestępstw popełnionych współcześnie, jest to bardzo wąska grupy przestępstw, a mianowicie tak zwanego, w powszechnej świadomości funkcjonującego pojęcia „kłamstwa oświęcimskiego”. Czyli kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom komunistycznym, zbrodniom nazistowskim, podlega karze. Tego rodzaju publiczne zaprzeczanie – wbrew faktom – czy głoszenie jakichś informacji np. że obozy koncentracyjne to były sanatoria, nikogo tam nie zabito, i ktoś publicznie wygłasza, publikuje takie tezy, może skutkować odpowiedzialnością karną.

A czy to nie ogranicza swobody wypowiedzi i badań naukowych?

Przestawienie naukowej tezy nie jest zaprzeczaniem tym faktom. To jest bardzo zniuansowane i żeby dowieść popełnienia takiego przestępstwa trzeba dysponować bardzo obszernym materiałem dowodowym.

Czy Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu prowadziła jakieś sprawy o publiczne i wbrew faktom zaprzeczanie zbrodniom?

Spraw, których skutkiem było przedstawienie komuś zarzutu i skierowanie sprawy do sądu z aktem oskarżenia w naszej Komisji nie było. Natomiast zdarzają się doniesienia, np. ktoś jadąc samochodem zauważył, że samochód poprzedzający go ma obramowanie tablicy rejestracyjnej z napisem cyrylicą „Herojam Sława!”. I złożył doniesienie, że właściciel tego auta być może naruszył dyspozycję artykułu 55 ustawy o publicznym zaprzeczaniu zbrodniom dokonanym przez Ukraińską Powstańczą Armię na Polakach, gdyż „Chwała Ukrainie! Bohaterom chwała!” to było zawołanie i odzew UPA. Ale z samych dwóch wyrazów napisanych cyrylicą nie możemy wywnioskować, że ten ktoś popierał albo zaprzeczał zbrodniach popełnionych przez UPA na Polakach na dawnych kresach wschodnich II RP.

No tak, tym bardziej, że to zawołanie ma swój rodowód w latach I wojny światowej i weszło w kanon zawołań w siłach zbrojnych Ukrainy. A inne zawiadomienia?

Oczywiście, że były. Na przykład takie: zbulwersowany obywatel złożył doniesienie, że był w pewnym muzeum i tam było więcej ekspozycji niemieckich mundurów z czasów II wojny światowej niż polskich. I to też jego zdaniem nie powinno tak być i składał doniesienie o zaprzeczaniu zbrodni. Ja nie chciałbym, żeby z tego wynikło, aby ludzie nie zawiadamiali nas o zdarzeniach, które ich zdaniem mogą stanowić przestępstwa.

Zawsze lepiej żebyśmy to my sprawdzili i wyjaśnili.

Kolejna grupa zdarzeń, którymi nie zawsze się zajmiemy, to jest odkrycie szczątków ludzkich. Podczas budów, remontów, nagle odkrywane są szczątki ludzkie, które są kwalifikowane jako stare i najczęściej jesteśmy zawiadamiani o tym, że prokuratura powszechna się sprawą nie zajmie, ponieważ są one starsze niż 40 lat, więc może my. Ale my, żeby się tym zająć, musielibyśmy mieć jakiekolwiek poszlaki świadczące o tym, że są to szczątki osób, które straciły życie w wyniku zbrodni komunistycznej, nazistowskiej, wojennej lub przeciwko ludzkości. Załóżmy, że podczas wyburzania czy remontu jakiegoś budynku, o którym wiemy, że był siedzibą SB, w piwnicy ktoś znajduje zamurowane w podłodze w szczątki ludzkie, to mamy tutaj poważne poszlaki, że mogą to być ofiary zbrodni komunistycznej i my się tym zajmujemy. Ale jeżeli w szczerym polu wykopuje się kilka kości ludzkich i przerdzewiały niemiecki hełm, to raczej są to zwłoki żołnierza niemieckiego, który zakończył życie w okolicznościach związanych z wojną, a nie zbrodnią komunistyczną czy zbrodnią hitlerowską.

Inny przykład. Pewnego dnia otrzymałem telefon, że na dziedzińcu jednego z dolnośląskich zakładów karnych, podczas prac remontowych na dziedzińcu, odkryto zwłoki ludzkie. Po stanie zachowania zwłok wiadomo było, że to szczątki leżące przynajmniej od kilkudziesięciu lat w ziemi. Taka poszlaka sprawia, że zaczynamy się sprawą zajmować. Osobiście pojechałem na miejsce. W wykopie rzeczywiście było widać jedne, drugie , trzecie szczątki ludzkie, tu jakiś kawałek drewna. Coraz więcej tego. Gdyby ten wykop pociągnąć dalej, to te szczątki nadal byśmy odkrywali. Miejsce trochę nietypowe, bo na samym dziedzińcu. Według pracowników administracji ten dziedziniec powstał po przebudowie zakładu karnego w latach 60. lub 70. XX wieku, więc hipoteza, że pogrzebano tam nielegalnie zgładzonych więźniów politycznych już zaczyna być mniej prawdopodobna. Ale być może wcześniej zostali zgładzeni i pogrzebani pod murem, który potem stał się placem, bo mur przesunięto. Zaczynamy snuć różne hipotezy, aż tu przychodzi wychowawca z tego zakładu. Mówi, że się bardzo mocno interesuje historią lokalną i wie, iż w miejscu, gdzie wybudowano ten zakład karny, wcześniej stał klasztor i przy nim był cmentarz, na którym chowano zmarłych mnichów. No i wtedy wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsca. Regularne ułożenie, jakieś drewno, czyli resztki trumien. No i okazuje się, że nie mamy tutaj do czynienia z ofiarami zbrodni komunistycznych czy nazistowskich, tylko z pogrzebanymi przed laty mnichami. Więc takie sytuacje też się zdarzają. Na drugim biegunie tego typu historii jest odkrycie mogiły zbiorowej na terenie Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy. Przez kilkadziesiąt lat w jednym miejscu przywalone gruzem, kamieniami resztkami wyposażenia obozowego i zwykłymi śmieciami, w dawnym rowie przeciwlotniczym , leżały zwłoki 92 osób. I to były ofiary zbrodni nazistowskich. Postępowanie w sprawie tego obozu i jego filii jest u nas prowadzone.

Podjęte wówczas szczątki ludzkie zostały poddane oględzinom, są profilowane genetycznie i po zakończeniu profilowania będziemy próbowali ustalić ich tożsamość. I jeżeli pozyskamy materiał genetyczny ich najbliższych krewnych, to będziemy próbować ustalić ich tożsamość. Może chociaż kilku osobom z tej 92-ki uda się przywrócić tożsamość.

I co potem się dzieje w momencie, gdy jest już ustalona ich tożsamość, jest zapewne jakiś pochówek, ale czy Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu będzie szukała dla tych konkretnych ofiar sprawców ich śmierci?

Na tym etapie przypisanie jakiegoś indywidualnego sprawstwa bardzo trudne. Tylko na kilku szczątkach, na materiale kostnym są przestrzeliny, które pozwalają na stwierdzenie, że ta osoba zginęła od postrzału z broni palnej. Natomiast w pozostałych przypadkach, ze względu na niezachowanie się tkanek miękkich, nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy taka osoba zmarła z wycieńczenia, z głodu, bo chorowała, bo udusiła się, bo była zbyt słaba, aby opuścić Gross-Rosen podczas likwidacji obozu przed spodziewanym nadejściem Armii Czerwonej, została wrzucona do dołu i przysypana ziemią. Takich ustaleń już nie poczynimy, bo nie mamy materiału w postaci ciała, które można przebadać. Natomiast odpowiedzialności karnej podlegają osoby, które w tym obozie pełniły służbę, ponieważ obóz był instytucją powołaną do eksterminacji więźniów. Sama służba w takim obozie w charakterze strażnika, komendanta, więźnia funkcyjnego już wyczerpuje znamiona przestępstwa i gdyby udało się ustalić taką osobę, moglibyśmy ją postawić w stan oskarżenia. Gdyby dodatkowo udało się pozyskać materiał dowodowy pozwalający na wskazanie, że ta osoba – oprócz tego, że służyła – to jeszcze zastrzeliła kogoś, pobiła na śmierć, taka osoba otrzymałaby jeszcze dodatkowy zarzut zgładzenia kogoś wymienionego z imienia i nazwiska.

Cała trudność polega jednak na tym, że minęło 70 lat od zakończenia II wojny światowej. Te osoby mogłyby teraz mieć 90–100 lat, więc większość z nich z przyczyn biologicznych nie może być już ścigana. Jeszcze czasami się zdarzają sytuacje, że postawiono komuś zarzuty, kto ma 95 czy 97 lat. Nie chodzi o to, aby go umieszczać w więzieniu, ale żeby wskazać, że jest nie tylko dobrym dziadkiem, szanowanym w swojej lokalnej społeczności, ale też i zbrodniarzem sprzed 70 lat. To przywraca też pamięć ofiarom jego zbrodni. Ich dzieciom lub wnukom, pokazuje, że ktoś się jeszcze wciąż o tę ich krzywdę się upomina. To samo jest z ofiarami zbrodni komunistycznych. Tutaj również mamy do czynienia z biologią, ponieważ ze względu na pewien błąd ustawodawcy popełniony prawie 30 lat temu, pewnych zbrodni komunistycznych nie możemy ścigać, bowiem nastąpiło przedawnienie ich ścigania zanim powstał Instytut Pamięci Narodowej.

Czy są przestępstwa popełniane współcześnie, którymi Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu się zajmuje?

Tak, to pozakodeksowe przepisy karne, które znalazły się w ustawie o IPN. Należą do nich np. zaprzeczanie zabrodniom (czyli to tzw. kłamstwo oświęcimskie) przestępstwa przeciw dokumentom podlegającym przekazaniu do zasobu archiwalnego IPN. Jeżeli ktoś wbrew obowiązkowi nie przekazuje takich dokumentów, niszczy je, uszkadza, czyni niezdatnymi do użytku, podlega karze. Te przestępstwa również my ścigamy, niezależnie od tego, kiedy zostały popełnione, chyba że doszło do przedawnienia ścigania.

Czyli np. sprawa dokumentów, które Kiszczak trzymał w domu?

Tak. Tam byłyby dwie sprawy nawet, ponieważ Kiszczak, nawet jako szef ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie miał prawa (na podstawie ogólnych przepisów) w ogóle mieć tych dokumentów. Były to dokumenty wytworzone przez Służbę Bezpieczeństwa, powinny były znaleźć się w archiwum SB, by na końcu być przekazane do naszego zasobu archiwalnego. Czyli zabierając z archiwum SB, on popełnił przestępstwo z kodeksu karnego, w którym jest przepis m.in. o ukrywaniu dokumentów, którymi nie ma prawa się rozporządzać. Dodatkowo te dokumenty powinny zostać przekazane do zasobu archiwalnego IPN, łącznie ze wszystkimi archiwami Służby Bezpieczeństwa. Ale on je miał, więc nie zostały przekazane. Czyli to jest tego rodzaju przestępstwo, które też jest ścigane przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Inny przykład z Dolnego Śląska sprzed 2 lat. Otrzymaliśmy informację, że pewien człowiek, remontując świeżo kupioną nieruchomość, znalazł schowane materiały wytworzone przez Służbę Bezpieczeństwa. Nie były to teczki współpracowników, ale dokumenty dotyczące opozycjonistów, czyli dokumenty urzędowe wytworzone przez SB, które powinny były zostać przekazane do zasobu IPN. On – gdy tylko zauważył z czym ma do czynienia – zawiadomił działaczy opozycji antykomunistycznej z lat 80. Oni już mieli trochę większą wiedzę, więc jak już dostali te dokumenty, to zawiadomili IPN i przekazali te dokumenty do naszego zasobu archiwalnego. Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przeprowadziła postępowanie, mające na celu ustalenie dlaczego i przez kogo one zostały wyjęte z zasobu archiwalnego Służby Bezpieczeństwa. Śledztwo pozwoliło na ustalenie funkcjonariusza, który tego czynu się dopuścił, ale zakończyło się umorzeniem, ponieważ funkcjonariusz już nie żył. Gdyby jednak żył, odpowiadałby karnie za takie działanie.

Pomówmy zatem o przedawnieniach.

W 1990 znowelizowano kodeks karny z 1969 roku, żeby przystosować go do nowej rzeczywistości społeczno-politycznej w Polsce. Wprowadzono tam przepis, że bieg przedawnienia za czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwowych przeciwko życiu, zdrowiu, zaczyna się w 1990 roku. Uznano, że wcześniej nie można było ich ścigać, bo państwo osłaniało tych funkcjonariuszy. Ale im przestępstwo jest zagrożone niższą karą, tym okres przedawnienia jest krótszy. Przestępstwa zagrożone karą do 5 lat pozbawienia wolności przedawniały się po 5 latach. Czyli jeżeli okres przedawnienia zaczął biec w 1990 roku, to przedawnienie następowało w 1995 roku. A w tej grupie są przestępstwa takie jak np. pobicie, spowodowanie niewielkiego uszczerbku na zdrowiu, skutkujące naruszeniem czynności narządów ciała na okres powyżej 7 dni, fizyczne i psychiczne znęcanie się, groźby karalne, zmuszanie do określonego zachowania, czyli gros czynów popełnianych przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego na szkodę obywateli represjonowanych ze względu na podejmowanie przez nich działań skierowanych przeciwko niedemokratycznej władzy. Zatem w 1995 roku nastąpiło przedawnienie ich ściągania. Natomiast ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, która wprowadziła pojęcie zbrodni komunistycznej i wydłużyła okres ścigania tego rodzaju przestępstw o kolejne 20 i 30 lat uchwalona została w grudniu 1998 roku.

Jednak jeżeli termin przedawnienia ścigania do jakiegoś czynu upłynął, to on już na nowo odżyć nie może. Często się ludzie dziwią, dlaczego my zajmujemy się latami czterdziestymi i pięćdziesiątymi, a nie siedemdziesiątymi czy osiemdziesiątymi, gdzie ci wszyscy ludzie żyją – i sprawcy, i pokrzywdzeni. I można by tutaj mieć większe sukcesy w ściganiu. Otóż dlatego, że większość czynów popełnianych przez tamtych funkcjonariuszy uległa przedawnieniu na kilka lat przed powstaniem IPN. Nie dotyczy to czynów zagrożonych surowszymi karami, bo jeżeli taki czyn był zagrożony karą surowszą, przedawnienie nie nastąpiło i możemy sprawcę nadal ścigać. Dalej możemy ścigać np. sprawców zabójstw, ciężkich uszkodzeń ciała itp.

Czyli funkcjonariusze nękający opozycjonistów pozostaną bezkarni?

Nie. Prowadzimy sprawę w sądzie przeciwko jednemu oskarżonemu, który jest oskarżony o fizyczne i psychiczne znęcanie się nad zatrzymanym, czyli przestępstwo zagrożone karą do 5 lat pozbawienia wolności. Teoretycznie przedawniłoby się w 1995 roku, ale w 1990 wszczęto w tej sprawie postępowanie. Czyli przerwano bieg przedawnienia tego czynu i wydłużono go o 10 lat, czyli do roku 2000. Tamto postępowanie wcześniej zakończono w stosunku do dwóch sprawców, a trzeciego nie wykryto. W wyniku przeprowadzonego przez Komisję śledztwa ustalono również tożsamość trzeciego z nich i został on oskarżony.

Co zatem można ścigać?

Czyny które nie przedawniły się w 1995 i nie przedawniły się w chwili wejścia w życie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej cały czas są ścigane. Okresy przedawnienia ścigania zbrodni komunistycznych były wydłużane w kolejnych ustawach o IPN. W tej chwili zbrodnie komunistyczne nie przedawniają się nigdy.

Czasem spotykam się z zarzutem czy pytaniem, gdy przesłuchuję kogoś w sprawie – że od zdarzenia upłynęło kilkadziesiąt lat, po co to komu, „ci co mnie tam bili już nie żyją”. I to jest druga funkcja Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – też unormowana w naszej ustawie, która mówi, że w prowadzonych sprawach musimy wyjaśnić wszystkie okoliczności zdarzenia i niezależnie od tego, jak ono się skończy. Mimo że ja mogę mieć świadomość w momencie wszczynania postępowania, że ono zakończy się umorzeniem, to i tak muszę je w pełni przeprowadzić i wyjaśnić wszystkie okoliczności, ponieważ w przyszłości te nasze materiały staną się źródłem do badań dla historyków.

Pamiętać należy również, relacja świadka przed prokuratorem składana jest z pouczeniem o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.

Nadaje to walor wiarygodności złożonej relacji. Nadto jest ona weryfikowana innymi przeprowadzanymi w toku śledztwa dowodami.

Czasami ludzie mają do opowiedzenia bardzo dużo wśród znajomych, ale gdy przychodzi do składania zeznań, mówią tylko to, co wiedzą. To będzie doskonały materiał do badań dla wszystkich piszących o tamtych czasach.

A czy Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu prowadziła sprawy związane ze stanem wojennym na Dolnym Śląsku?

Prowadziliśmy sprawy komendantów wojewódzkich MO z 1981 roku. Te postępowania dotyczyły internowania działaczy opozycyjnych w okresie stanu wojennego. I takie postępowania były prowadzone w stosunku do wszystkich komendantów wojewódzkich z terenu Dolnego Śląska i Opolszczyzny, ponieważ zgodnie z dekretem o stanie wojennym decyzje o internowaniu wydawał komendant wojewódzki MO.

Co było przedmiotem postępowania?

Przedmiotem postępowania było bezprawne pozbawienie wolności internowanych osób, ponieważ – jak wszyscy już w tej chwili wiemy – decyzje o internowaniu wydawane były zanim powstał dekret o stanie wojennym, czyli bez podstawy prawnej. Sam dekret nosił datę uchwalenia 12 grudnia 1981r. Był on jednak antydatowany, a jego druk nastąpił w dniach 17–18 grudnia. Zgodnie z obowiązującym stanem prawnym w tamtym czasie, każdy akt prawny mógł zacząć obowiązywać z chwilą wskazaną w tym akcie, ale nie wcześniej niż z chwilą opublikowania go. Aby go opublikować musiał być wydrukowany. Druk ukończono 18 grudnia. I tę datę możemy uznać – mimo wszystkich zastrzeżeń co do legalności tego aktu prawnego – za początek jego obowiązywania. Powiem więcej – decyzje o internowaniu wydawane 12–13 grudnia 1981 nie powoływały się na dekret o stanie wojennym, tylko na dekret z 13 grudnia 1981 roku o ochronie bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego w czasie obowiązywania stanu wojennego. Taki dekret nigdy nie został uchwalony ani opublikowany. Akt prawny, który był powołany w decyzji o internowaniu, nigdy nie został uchwalony i nie wszedł do obrotu prawnego. A więc komendanci wojewódzcy MO, czyli służby mającej bronić przestrzegania prawa, działali bezprawnie. I w wyniku wydania bezprawnych decyzji, bezprawnie pozbawiali działaczy opozycji wolności. I to pozbawienie wolności nie było poddane praktycznie żadnej kontroli. Co prawda, teoretycznie w pouczeniach w decyzji o internowaniu była informacja, że można się od niej odwołać. Niektórzy nawet korzystali z tego odwołania, ale ja nie spotkałem się z przypadkiem uwzględnienia odwołania od decyzji o internowaniu. Nie były one również poddawane kontroli sądowej.

Na terenie dawnego województwa wrocławskiego internowano ok. 1500 osób, na terenie województwa wałbrzyskiego ponad 100, jeleniogórskiego też ok. 140 osób, podobnie na terenie opolskiego i legnickiego. Ze względu na tę masowość akcji i jej represyjność, polegającą na pozbawianiu wolności grupy osób ze względu na ich przekonania, te przestępstwa popełnione przez komendantów wojewódzkich MO zostały uznane również za zbrodnię przeciwko ludzkości. Z licznych postępowań (opolskie, wrocławskie, wałbrzyskie, jeleniogórskie, legnickie) jedna sprawa zakończyła się skierowaniem do sądu aktu oskarżenia przeciwko ówczesnemu komendantowi wojewódzkiemu MO z Wałbrzycha. Pozostałe sprawy umorzono ze względu na śmierć sprawców.

A czy decyzje o internowaniu były wydawane dla każdej osoby osobno, czy może były wydawane blokowo dla wszystkich razem?

Mogę powiedzieć na podstawie ustaleń śledztwa, które sam prowadziłem, a zajmowałem się województwem jeleniogórskim.
Zarządzeniem Nr 031/80 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 16 sierpnia 1980 r. został powołany sztab MSW do kierowania operacją ,,Lato 80”. Początkowo w ramach prac w tym Sztabie przygotowywano się do stłumienia strajków, z czasem podjęto jednak działania zmierzające do opracowania planu i wprowadzenia stanu wojennego.

Na czas prowadzenia operacji ,,Lato 80” odpowiednie sztaby zostały powołane na szczeblu Komend Wojewódzkich Milicji Obywatelskiej.

W ramach operacji przygotowano szereg operacji o różnych kryptonimach ( w tym Jodła i Klon) mających na celu techniczne i logistyczne przygotowanie wprowadzenia stanu wojennego, w tym zapewnienie odpowiedniej koordynacji działań organów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i wojska.

W ramach prowadzonych działań w Komendzie Wojewódzkiej MO w Jeleniej Górze funkcjonariusze Wydziałów II-IV oraz Wydziału Ochrony Przemysłu przystąpili do typowania osób przeznaczonych do izolacji ze względu na prowadzoną działalność związkową lub podejmowanie aktywnych działań kontestujących ówczesny porządek polityczno - prawny.

Listy wytypowanych osób przekazywane były Naczelnikowi Wydziału Śledczego KWMO w Jeleniej Górze.

Na ich podstawie sporządzał on listę zbiorczą, co miało m.in. na celu wyeliminowanie powtarzających się nazwisk. Jej kopię przekazywał następnie zastępcy Komendanta Wojewódzkiego ds. SB. Oryginał pozostawał w Wydziale Śledczym. Opracowywane listy były na bieżąco modyfikowane i aktualizowane.

W listopadzie 1981r. przystąpiono do opracowania planu przeprowadzenia zatrzymań wytypowanych osób. Ustalono, iż zatrzymań dokonywać będą trzyosobowe grupy funkcjonariuszy. W ich skład wchodzić miało dwóch funkcjonariuszy MO i jeden funkcjonariusz SB.

W dniu 12 grudnia 1981r. około godz.17.00 funkcjonariuszy KWMO w Jeleniej Górze oraz funkcjonariuszy innych jednostek MO, którzy mieli brać udział w zatrzymaniach, wezwano w trybie alarmowym do stawiennictwa Komendzie Wojewódzkiej.

Na zebraniu kierownictwa jednostki Komendant Wojewódzki MO w Jeleniej Górze oświadczył zebranym, iż o północy przystępują do realizacji zaplanowanych w ramach operacji o kryptonimie „Jodła” zatrzymań.

Kilka godzin później informacja ta ogłoszona została zgromadzonym w sali odpraw funkcjonariuszom, którzy mieli wziąć udział w akcji. Odczytano listy podlegających internowaniu osób i przekazano je do realizacji utworzonym uprzednio zespołom. Zatrzymani zwożeni byli do KWMO w Jeleniej Górze. Tam ich przetrzymano ich godzin, a następnie przewieziono do zakładu karnego w Kamiennej Górze, gdzie osadzono ich w szybko opróżnionym z więźniów jednym z oddziałów. W nocy z 12/13 grudnia 1981r. zatrzymano 46 osób spośród 58, których zatrzymanie zostało zaplanowane.

Zatrzymanym decyzje o internowaniu doręczono dopiero po osadzeniu w zakładzie karnym. Dopiero wówczas, po kilku, kilkunastu dniach dowiadywali się oni, że są internowani. Wcześniej tego nie wiedzieli. Relacje zatrzymanych tej nocy osób były dramatyczne: w środku nocy zostali wyciągnięci z łóżek, zawiezieni na dziedziniec milicyjny, wsadzeni do ciężarowych więźniarek z zasłoniętymi oknami i jeszcze po ciemku wywiezieni. Przez szpary widzieli jakiś las, jakiś śnieg. Część z nich – tak jak składała mi relacje – była przekonana, że albo ich zawiozą na leśną polanę i tam wszystkich zastrzelą i zakopią, albo zawiozą ich na lotnisko i wywiozą na Syberię. I dopiero w momencie, gdy te samochody stanęły, a oni wysiedli, dowiedzieli się, że są w więzieniu w Kamiennej Górze. Ale dalej niewiele wiedzieli. Dopiero po kilku, kilkunastu dniach dostali decyzję, że są internowani.

A rygory?

Początkowo podlegali całkowitemu rygorowi więziennemu, czyli zamknięcia w celach, apele itd. Z czasem ten rygor został złagodzony. Ale to już inna opowieść.

I to jest to za co komendanci wojewódzcy (bądź ich zastępcy) byli ścigani?

Tak. Za wydanie polecenia pozbawienia wolności, mimo że takiego prawa nie mieli.

Jeszcze pytanie – w przestrzeni publicznej pojawiają się stwierdzenia, że postępowania w Komisji długie, przewlekłe i często kończą się umorzeniem. Czyli takie ludowe rozumienie sprawiedliwości na tym cierpi. Bo jak jest krzywda, szuka się winnego tej krzywdy i ten winny powinien zostać ukarany. I te rzeczywistości tu się mocno rozmijają.

Musimy pamiętać o tym, że my zajmujemy się przestępstwami, które zostały popełnione 30 lat temu („najświeższe z nich”), a najstarsze 103 lata temu. W związku z tym gromadzenie materiału dowodowego w naszych sprawach wygląda zupełnie inaczej niż w sprawie gdy ktoś np. zawiadamia policję, że włamano mu się do domu i ukradziono jakieś rzeczy. Przyjeżdża policja, może zrobić oględziny miejsca zdarzenia, może zabezpieczyć ślad w postaci czy to śladów traseologicznych jak odcisków opon, butów, daktyloskopijnych, czyli odcisków palców, biologicznych czyli fragmentu włosa, śliny, bo ktoś niedopałek zostawił, kropli krwi. Ma mnóstwo narzędzi, które potem mogą dać wynik w postaci możliwości wytypowania sprawcy. My z takiego narzędzia absolutnie skorzystać nie możemy. Jakie my ślady możemy zabezpieczyć dla zidentyfikowania sprawcy? Dla jego zidentyfikowania możemy się posłużyć tylko dwiema metodami: badaniem dokumentów archiwalnych i próbą przesłuchania żyjących pokrzywdzonych świadków. Badania archiwalne są bardzo żmudne, ponieważ polegają na tym, że wysyłamy odpowiednie pisma do archiwów, które mogą dysponować jakimiś materiałami o przeprowadzenie kwerendy archiwalnej. Ona trwa. Po przeprowadzeniu informują nas o wynikach i ewentualnie udostępniają jakieś dokumenty. My je musimy przeanalizować, wyrobić sobie zdanie. To jest jakiś kolejny czas potrzebny.

My na Dolnym Śląsku mamy jeszcze taki problem, że w 1997 roku była tu powódź, dużo starych akt leżało w piwnicach sądowych i uległy zalaniu. Część z nich jest praktycznie nieczytelna. To jest jedna część środków dowodowych. Druga część środków dowodowych to jest przesłuchania ewentualnych świadków. Wielu z nich nie żyje, bo upłynęło 30 lat, a w skrajnie drugą stronę 103 lata od zdarzenia. Żyją potomni, którzy być może posiadają jakąś fragmentaryczną wiedzę. Ale żeby komuś przedstawić zarzut, muszę mieć mocny materiał dowodowy, bo przedstawienie zarzutu wiąże się z wystąpieniem do sądu z aktem oskarżenia. I po to się występuje z aktem oskarżenia, żeby sąd uznał ten akt oskarżenia i kogoś skazał. Załóżmy, że prowadzimy postępowanie o znęcanie się nad zatrzymanym pozbawionym wolności, wiemy, że kto go przesłuchiwał, wiemy z relacji nawet samego pokrzywdzonego (załóżmy, że on żyje) i on mówi: tak, bił mnie przesłuchujący. Ale my czytamy akta i widzimy, że przesłuchiwało go 4 ludzi, bo zwłaszcza w latach 40. i 50. prowadzenie postępowania polegało na bezustannych przesłuchiwaniach podejrzanych. I oni dostawali te same pytania. Jak przesłuchiwany się pomylił, to zaczynało dopiero wyjaśnianie, a dlaczego teraz tak powiedział, a wcześniej inaczej. Wyjaśnianie polegało najczęściej na biciu. I zakładamy, że już wiemy, że ten człowiek był bity.

Mamy już wszystko ustalone i mamy 4 funkcjonariuszy, którzy go przesłuchiwali, więc musimy ustalić, który go bił. Bo nie możemy powiedzieć, że ktoś popełnił przestępstwo, bo przesłuchiwał. Przestępstwo popełnia ten, kto dopuszcza się czynu zabronionego, czyli np. stosuje niedozwolone metody śledcze. Więc mamy na podstawie materiału archiwalnego ustalone dane tych osób, które wchodzą w krąg potencjalnych sprawców. Zabezpieczamy – to jest kolejna kwerenda archiwalna – ich akta personalne i ich fotografie z tamtego okresu. Przedstawiamy pokrzywdzonemu te fotografie. Ale nie możemy pokazać czterech fotografii i spytać, który z oprawców bił. Wtedy sporządza się tablice, na których jest kilka, kilkanaście wizerunków, kilku, kilkunastu osób, w tym jednego, naszego potencjalnego podejrzanego. I jeżeli pokrzywdzony rozpoznaje, to wiemy, że to nie jest zasugerowane. Jest to dowód. Ale najczęściej pokrzywdzony mówi, że minęło 60 czy 70 lat, że wydawało mu się, iż pamięta tę twarz, ale oni wszyscy są teraz podobni. I nie wiem, który to. I na tym nasze możliwości dowodowe się kończą. A w momencie, gdy się skończyły możliwości dowodowe, trzeba sprawę zakończyć, czyli ją umorzyć. I to jest powód umarzania postępowań.

Drugi, bardziej dla nas korzystny scenariusz, rzadszy co prawda w praktyce, jest taki, że pokrzywdzony wskazuje sprawcę. Mamy pokrzywdzonego, mamy rozpoznanego sprawcę. Ale się okazuje, że on z kolei nie żyje, w związku z tym umarzamy sprawę. Nie dlatego, że my źle pracujemy. Tak wynika z materiału dowodowego. Najczęściej obecnie spotykamy się z sytuacją, że ani podejrzany, ani pokrzywdzony już nie żyją. Ale teraz dochodzimy do naszej kolejnej funkcji – czyli inicjowania postępowań o stwierdzenie nieważności orzeczeń wydanych wobec osób skazanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Jest to ustawa z lutego 1991 roku. Takie orzeczenia, zgodnie z tytułem, dotyczą również osób sprzeciwiających się kolektywizacji wsi, później zostało to rozszerzone również o osoby, które nie zostały skazane, a internowane. My w stosunku do takich osób możemy wystąpić do sądu właściwego do rozpoznania sprawy o stwierdzenie nieważności takiego wyroku. W razie stwierdzenia nieważności takiego wyroku, uprawnionym osobom przysługuje prawo do uzyskania odszkodowania za niesłuszne skazanie i doznane w związku z tym krzywdy. Odszkodowanie jest zasądzane od Skarbu Państwa. Ta ustawa obowiązuje od 1991 roku, więc część ludzi bezpośrednio pokrzywdzonych sama we własnym zakresie już wystąpiła z odpowiednim wnioskiem, ale jest część takich osób, które w tamtym czasie nie wiedziały o takiej możliwości lub z różnych innych przyczyn nie wystąpiły o unieważnienie orzeczeń. Część z osób uprawnionych po prostu nie dożyła roku 1991. To dotyczy zwłaszcza osób skazanych w latach 40., 50. XX wieku. Warunki odbywania kary pozbawienia wolności, które często wiązały się również ze świadczeniem pracy w kopalniach albo kamieniołomach, były tak ciężkie, że oni odzyskując wolność byli już tak wyniszczeni, tak schorowani, że umierali po kilku, kilkunastu latach od odzyskania wolności. Czasem nawet po kilku tygodniach czy miesiącach. Więc oni siłą rzeczy nie wystąpili o unieważnienie skazujących ich wyroków. Ich małżonkowie, dzieci, z różnych przyczyn też tego nie uczynili i my mamy prawo do wystąpienia do sądu o stwierdzenie nieważności takich wyroków i często zdarza się – to z mojej praktyki mogę powiedzieć, że te osoby, które już nie żyją nie powiedziały swoim dzieciom czy rodzinom, dlaczego oni byli pozbawieni wolności. Czasem zdarza się tak, że ja przesłuchuję dziecko kogoś, kto działał w latach 40. i 50. w strukturach podziemnych, często podejmujących zbrojną walkę z tamtym systemem (AK, WiN, pomniejsze organizacje) i oni mówią, że widzą za co np. ojciec siedział, ale za co, to już nie wiedzą. Albo ojciec tylko powiedział, że za politykę siedział. I nic więcej. Oni dopiero od nas się dowiadują za co był skazany, co on zrobił, i że ten wyrok, który obciąża ich przodków, to nie był za jakieś pospolite przestępstwo, tylko byli prześladowani za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Czyli przywraca im dobre imię, a na dodatek mogą jeszcze za to uzyskać odszkodowania. To jest taka nasza dodatkowa kompetencja, którą realizujemy. Zatem jeżeli ktoś doznał represji w związku z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państw Polskiego, a nie czuje się na siłach do samodzielnego wystąpienia o uznanie za nieważne dotyczącego go orzeczenia, może się do nas pisemnie zwracać. My taką sprawę rozpoznamy i o ile zajdą takie przesłanki, to sporządzimy odpowiedni wniosek. Natomiast nie zajmujemy się sprawami odszkodowawczymi.

Dziękuję za rozmowę.

.

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.