Bogdan Nowak

Gwiazdy to pochodnie trzymane przez aniołów. Niezwykłe wierzenia i ludowe legendy Zamojszczyzny

Cerkiew w Tyszowcach w XIX w. według Oskara Kolberga Fot. archiwum Cerkiew w Tyszowcach w XIX w. według Oskara Kolberga
Bogdan Nowak

W wiejskich chatach powstawały niezwykłe legendy, baśnie, podania. Trochę z nudów, czasami „z przestrachu” lub ku przestrodze. Mieszkańcy dawnej Zamojszczyzny zastanawiali się także nad koleinami, którymi podążał otaczający ich świat oraz ludzkie życie. Nie brakowało wśród nich Rusinów, Żydów i przedstawicieli innych nacji. Niestety, ten niezwykły tygiel kulturowy przeminął. Zdmuchnęły go wojny światowe. Stare opowieści o duchach, wilkołakach i upiorach nadal błąkają się jednak po domach i bezdrożach.

Jeszcze w XIX wieku mieszkańcy Zamojszczyzny zajmowali się głównie rolnictwem i hodowlą zwierząt. Żyli zwykle w prostych, drewnianych chatach. Znaczną część z nich stanowiła ludność prawosławna, określana potocznie jako ruska. Według danych Warszawskiego Komitetu Statystycznego jeszcze w 1907 r. np. w powiecie hrubieszowskim mieszkało 131 tys. 139 osób. Z tego prawosławni, w tym głównie unici, stanowili 72 tys. 16 osób, czyli 54,9 proc. ogółu.

Szorce, malowanki, trzewiki

Najwięcej wyznawców prawosławia odnotowano wówczas m.in. w Werbkowicach - 87,4 proc., Mienianach - 86,4 proc. czy Miączynie - 74,2 proc. W mieście Hrubieszów było ich 21,9 proc. Resztę stanowili katolicy oraz m.in. Żydzi. W tym bardzo interesującym tyglu religijnym i kulturowym wykształciła się gwara nazywana chachłacką. Był to zlepek mowy polskiej, ukraińskiej, a nawet rosyjskiej i żydowskiej. Czasami można jej echa nadal usłyszeć w rozmowach mieszkańców niektórych miejscowości na Zamojszczyźnie.

Gwara ta nie miała odmiany pisemnej, opierała się głównie na tradycji ustnej. Stąd problem z jej „uchwyceniem”, odtworzeniem czy nawet zaklasyfikowaniem. Tak opisywał to w swoich XIX-wiecznych dziełach Oskar Kolberg: „Dyalekt ludu ruskiego w Chełmskiem, zaliczony do grupy narzeczy północno-rusińskich, ma właściwe sobie cechy, ulegające jak każdy inny, pewnym modyfikacyom w miarę położenia geograficznego (…)” - tłumaczył. „Na południu tj. w okolicy Hrubieszowa i Tyszowiec nabiera (…) wiele właściwości zbliżających do mowy ludu w Galicyi mieszkającego”.

Jak wyglądali mieszkańcy tych ziem? W okolicach Hrubieszowa mężczyźni nosili zwykle czarne sukmany „mało co farbowane”, robione w prostych warsztatach tkackich z wełny owiec w tym kolorze. Więcej wiadomo o ubiorze kobiet. Józef Gluziński w 1856 r. zanotował, że nosiły one spódnice nazywane „szorcami” (z płótna mającego lnianą osnowę, a wątek wełniany) lub inne - „malowanki”. Były one barwione na niebiesko, rzadziej na zielono. Kobiety ubierały się także w płócienne koszule i trzewiki z wysokimi obcasami. Szyje ozdabiały paciorkami lub szkaplerzami, a na głowy nakładały białe chustki, albo tzw. czółka, czyli drewniane obrączki obszyte płótnem.

„Na wierzch odzienia biorą sukmany czarne, tak samo jak i mężczyźni, a na wierzch sukmany przyodziewają się prześcieradełkami we troje złożonemi z płótna bielonego” - notował Gluziński. „W zimie chodzą w kożuchach jak mężczyźni”.

Dziewczęta nosiły „czółka” obszyte wstążkami, przyozdobione kwiatami, rutą, a nawet pawimi piórami. Tak wyglądały jednak tylko ubiory świąteczne. „W dnie powszednie chodzą jak się wydarzy, zawsze prawie w odzieniu płóciennem” - pisał Gluziński. „Ubogie kobiety poprzestają na najgrubszem płótnie (…), a trzewików nie mają, lecz tak jak mężczyźni noszą łapcie, czyli postoły”.

Ludzie posiadali jednak coś innego. W tych okolicach można było wówczas bardzo wyraźnie poczuć kresowego, poetyckiego ducha dawnej Rzeczpospolitej. Zauważył to w 1867 r. „Tygodnik Ilustrowany”. „Odcień tęsknoty zdaje się być rozlany w tych prostych i drobnych widoczkach, w tych szarych chatach skleconych niedbale, w tych licznych krzyżach i cerkiewkach, omszonych, podobnie jak jest go wiele w piosenkach śpiewanych przez tamtejsze dziewczęta (...)” – czytamy na łamach tego pisma.

Bójka z księżycem

Jak zanotował Kolberg, mieszkańcy wschodniej Zamojszczyzny i sąsiedniej Chełmszczyzny w XIX wieku jedli pierogi pieczone, nadziewane serem, kaszą czy suszonymi gruszkami. Gotowali kapustę, kluski z serem, które rozrabiano z mlekiem, barszcz, „krupnyk” i chłodnik. Siadali przy tym na długich ławach zwanych kobyłami. Nad Bugiem u Mazurów (czyli Polaków) duży kawałek odkrojonego chleba zwano „glon”, a u Rusinów: bajdą albo pajdą.

Niezwykłe były ich wierzenia, zwyczaje i przesądy. Wiadomo, że lud na tych terenach zastanawiał się nad przeróżnymi zjawiskami, które uważał za nadprzyrodzone. Powstał w taki sposób niezwykle bajkowy, niesamowity świat. Ciekawie tłumaczono także wiele zjawisk przyrodniczych. "Zaćmienie słońca jest bójką jego z księżycem (...), gwiazdy są to pochodnie świecące, trzymane przez aniołów, siedzących na stopniach niebieskiego sklepienia (...), mleczna droga jest przeciętą pośrodku i jedna jej połowa wiedzie do raju, a druga do piekła"– notował Oskar Kolberg.

Inne zjawiska także znajdowały wytłumaczenie. Pioruny były w wierzeniach nie tylko hrubieszowskich włościan gromami, którymi Michał Archanioł raził szatanów pętających się po ziemi. Spadające gwiazdy utożsamiano z duszyczkami nieochrzczonych dzieci. Trzeba było im pomóc. Dlatego każdy, kto je na nocnym niebie zobaczył, powinien ową gwiazdkę przeżegnać i dać jej imię: mężczyzna - męskie, a niewiasta - żeńskie. Jeśli się tego zaniechało, duszyczka nadal była nieszczęśliwa.

Uważano, że deszcz „robią” aniołowie, lejąc wodę na ogromną sieć, przenoszoną co jakiś czas z miejsca na miejsce. Natomiast tęcza była według ludowych wierzeń drogą, po której istoty niebiańskie zstępowały po wodę, żeby lać ją potem na sieć.

Ogólnie wszechświat był skonstruowany w niesamowity, ale dobrze poukładany i zrozumiały dla wszystkich jego mieszkańców sposób. Bo według niektórych relacji zebranych przez Kolberga, we wnętrzu ziemi istniały np. krainy, których mieszkańcy uważali ludzi za bogów. Tylko trochę kłóciło się to z opowieścią, że nasza planeta jest olbrzymim płaskim kręgiem, który… Bóg podtrzymuje od dołu, siedząc na krześle.

Przebijanie Łupiora

W regionie hrubieszowskim, podobnie zresztą jak w sąsiednim: lubelskim, w XIX wieku wierzono w duchy, pokutujących na ziemi potępieńców oraz czary i czarowników. Złych mocy należało się wystrzegać. Bo nie zawsze przecież archanioł lub stareńki prorok Eljasz, który także się tym od czasu do czasu zajmował, zdołali we wszystkie, wałęsające się czarty wycelować piorunami i je wytępić. Z czartami można sobie było radzić także w inny sposób. Ziołem, które mogło odstraszyć diabły np. od siedzib ludzkich był Terłycz (Gentiana amorella) i Toja (Aconitum napellus). Były też zasady, które należało przestrzegać, aby ustrzec się złych mocy, uroków i tak… na wszelki wypadek. Uważano np., że gospodarz nie powinien sprzedawać mleka po zachodzie słońca, bo jego krowy straciłyby mleczność.

Niezwykłe rzeczy mogły się wydarzyć podczas „tęgiego” mrozu. „Opowiadają w okolicy Krasnegostawu, że chłop jadący do miasta, spotkał (…) na drodze zupełnie nagiego człowieka, który go prosił, aby go na saniach podwiózł” - czytamy w zapiskach Kolberga. „Ulitował się nad nim, okrył go siermięgą, a ten nagi pod samą rogatką (miasta) szepnął chłopu; jestem cholera i zniknął. Jemu nic nie było, ale w całej okolicy Krasnegostawu, bardzo ludzie potem umierali na cholerę. Działo się to w 1831 r.”.

Czasami można było także spotkać topczyka, czyli „istotę bez chrztu utopioną”. Taka istota miała podobno rosnąć przez siedem lat w wodzie, potem ożywała i płatała ludziom różne figle. Nie tylko. Nieostrożnych, którzy w nocy wybrali się nad rzekę lub staw, topczyk wciągał do wody. Nie był on jednak najgroźniejszy. Na polach, w lasach, a nawet w gospodarstwach regionu pojawiały się daleko bardziej groźne potwory.

„Upiora lud nazywa także Łupiorem - wyjaśniał Kolberg. - Dziadek pewien idący w dniu 20 maja 1866 r. na odpust do Radecznicy, opowiedział (z wielkim zgorszeniem obecnych temu włościan, bo dziad co ma pacierz mówić, zamiast tego rozprowadza gadki i głupstwa), o Upiorze, który chodził do kobiety i z nią nawet dziecko spłodził, z którego (…) po siedmiu latach robi się niewiada (chodzi zapewne o wyrodka, odmieńca, czyli tajemniczą istotę spłodzoną „z upiora” - dop. autor). Na rozkaz Łupiora, kobieta owa przytrefunku tego nie rozgłaszała, j-aż razu jednego na spowiedzi wyznała”.

To chyba było dobre rozwiązanie. Bo ksiądz z Łupiorem się szybko rozprawił. Jak? Wymyślił sposób, który zaprowadził do grobu tego groźnego potwora. „Ksiądz zaraz przysłał do niej organistę z kłębuszkiem nici poświęconych, a kiedy Łupior przyszedł, przywiązano mu nieznacznie do nogi nitkę, i po niej dopier (dopiero) doszli j-aż do jego grobu. Na drugi dzień przebito mu serce ostrym kijem”.

Wiesza się około ołtarzy

Wiadomo, jak wyglądał taki „człowiek umarły, skazany po swojej śmierci na wieczne potępienie”, który mógł napastować ludzi i „niepoliczone dziwy wyrabiać”. O tym także pisał Kolberg. „Upiora postać skoro wyjdzie z ziemi, jest daleko większa jak za życia, i siłę posiada nadludzką - tłumaczył. - Zaraz po wyjściu (z grobu), oczy swe na wschód obraca, chucha i dmucha z szczególną wściekłością, czasem widać z jego otwartej gęby buchający płomień ognia piekielnego”.

Nasi przodkowie byli jednak w stanie przewidzieć, gdzie i kiedy upiory mogą się zjawić. „Bieży on w tę stronę, gdzie ma szczególny pociąg przyjaźni lub miłego pokrewieństwa za życia, a dręcząc przez swoje straszydła wybranego sobie człowieka, o śmierć go przyprawia i z sobą zabiera - tłumaczył Kolberg. - Czasem straszy całą okolicę, kogo bądź napadnie. Jest on siły nieporównanej, i trzeba bardzo mocnego człowieka ażeby mu się oparł, kiedy on się z kim mocować zacznie”.

Upiory pokazywały się zwykle w czasie nowiu księżyca oraz podczas ciemnych lub wietrznych nocy. Czasami mogły im towarzyszyć strzygi. Taki rodzaj upiorów „był szkodliwszy od wszystkich, bo cichy, nie łatwo się widzieć daje, a zatem łba mu uciąć nie można”. Ludzie zwykle nie wiedzieli, kim te istoty były za ludzkiego życia. Można je było spotkać w nietypowych okolicznościach, np. kościołach lub cerkwiach. „Wstając o samej północy (strzyga) wiesza się około ołtarzy; gryzie, łamie i psuje świece woskowe przed ołtarzami, albo też gryzie i psuje ołtarze i obrazy świętych na tychże ołtarzach, stojące lub na ścianach wiszące” - pisał Kolberg.

Groźne były też zmory, które dusiły ludzi podczas snu. Mogły one wciskać się pod postacią ćmy lub komara np. przez szczeliny w oknach lub w drzwiach do ludzkich domostw. Ludzi prześladowały też czarownice. Na Zamojszczyźnie ich nie brakowało.

„Działania czarownic są niepoliczone - pisał Oskar Kolberg. - One czarują ludzi dorosłych, a przez czary doprowadzają do kłótni, bitwy, przeklinania i wszelkiej obrazy Pana Boga. One nasyłają złości i zwady między małżeństwa, różne słabości, choroby i śmierć. Na młodych, nawet i na dzieci sprowadzają wszelkie przypadłości i nieszczęścia”.

Ten co wypija mleko z dzbanów

Bardzo niebezpieczne były także wilki i wilkołaki. Rzucały się one na ludzi, wykopywały świeżo pochowane trupy, porywały dzieci i kaleczyły bydło. Wprawdzie wilkołaki same nie pożerały swoich ofiar, bo łaknęły tylko ich krwi, ale robiły to wilki, które im towarzyszyły. „(Wilkołak) jest zupełnie do wilka podobny, różni się tylko ogromniejszą i sroższą postawą; dlatego rej wodzi pomiędzy wilkami” - pisał Kolberg. „Jest bardzo zmyślny; przeskakuje na oparkanione dziedzińce; sam drzwi do obór i stajen otwierać umie, wspina się nawet po drabinie, i do mieszkań ludzkich oknem włazi”.

Wilkołaki z naszego regionu różniły się jednak od tych z innych części Europy, bo mogły nasycić się nabiałem: „Czasem samotnie bez towarzystwa innych wilków (wilkołak) napada podróżnych, czasem staje się nieco łagodniejszym i poprzestaje na pokarmach jakie ludziom odebrać może, a szczególniej tym którzy robotą w polu są zatrudnieni. Wyjada mleko ze dzbanków, ser i chleb, które w zawinięciach spotyka, i kiedy tem jest zajęty, nie trzeba go odstraszać ani drażnić, bo się zaraz okropnie mści i kaleczy”.

Skąd się takie potwory brały? „Wilkołak nie rodzi się sam z siebie jak inne wilki, ale powstaje on z człowieka, którego zaklnie czarownik lub czarownica, i żyje w tym stanie przeobrażenia tak długo, jak mu ona przeznaczy” - wyjaśniał Kolberg. „Czasem się zdarza, jak mówią, że wraca w późnym wieku do swojej pierwiastkowej postaci ludzkiej, lecz dopiero wtenczas, kiedy już mało zostaje we wsi krewnych i znajomych”.

Los takiego wilkołaka, który stał się ponownie człowiekiem, nie był godny pozazdroszczenia. „Wtenczas on bieduje, żali się i narzeka, opowiada lata dziecinne sąsiadom swojej dawnej zagrody, a kiedy u nich nie znajduje ani litości nad swoją niedolą, ani przytułku w nieszczęśliwym powrocie do ludzkiego życia, (wtedy) chętnie się sam wraca do postaci wilka i znowu w lasy i bory kryje. Kiedy o jakim człowieku mówią, że jest: ni do Boga, ni do ludzi - wilkołakiem go powszechnie nazywają”.

W naszym regionie żyło także inne groźne „zwierzątko”. Był to bazyliszek - dzieło diabła (mogły je także „wylęgiwać” czarownice). To stworzenie zabijało samym spojrzeniem. Żyło w starych piwnicach, „szparach skał” i różnych niedostępnych zakamarkach. Nie było to zwierzę zbyt okazałe. „Jest wielkości kury, z indyczą głową, ogonem jak u węża, skrzydłami jak u nietoperza, a oczy ma żabie” - wyliczał Oskar Kolberg.

Bazyliszki, podobnie jak zamojskie, chełmskie i hrubieszowskie diabły, nie miały płci.

Niepokój pozostał

Znane były miejsca w których podobno gromadziły się ciemne siły. Niektóre z nich nawet dzisiaj nie cieszą się najlepszą sławą. Takie jest np. „Piekiełko” w miejscowości Stanisławów (gm. Józefów). To malownicze miejsce na Roztoczu. Zobaczymy tam „formy skalne wymodelowane w utworach mioceńskich”. Niektóre skały są dość pokaźne. Za najpiękniejszy uważany jest tzw. Diabelski kamień.

Z tym leśnym zakątkiem związanych jest wiele legend. Według jednej z opowieści miał tutaj znajdować się kiedyś obszerny zamek z rozległymi lochami. Został on podobno zniszczony podczas jednego z tatarskich najazdów. Inne podanie opowiada o tym, iż „Piekiełko” było niegdyś miejscem zlotów czarownic. Czasami słyszano stamtąd jakieś dziwne, demoniczne chichoty, piski, szepty. Teraz to ustało, ale… niepokój pozostał.

- Staram się to miejsce omijać, bo mam tam wrażenie jakby coś się spomiędzy drzew na człowieka gapiło. Co takiego? Nie wiem. Nie wierze w stare bajki, ale przecież strzeżonego Pan Bóg strzeże – opowiada jeden z okolicznych mieszkańców. I tajemniczo dodaje ściszając głos: - Może nocami gromadzili się tam miejscowi, a może to wcale nie byli miejscowi…

Takie przypuszczenia są zasadne. Wiadomo przecież, że czarty i czarownice najchętniej przed gromami z nieba skrywają się pod kamieniami.

Bogdan Nowak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.