Epidemia wygnała ich z Afryki. Płyną do Polski. Przed nimi jeszcze 6 tysięcy mil morskich, czyli 6 tygodni nieprzerwanej żeglugi

Czytaj dalej
Fot. Archiwum H. Leniec-Koper i M. Kopera
Dorota Witt

Epidemia wygnała ich z Afryki. Płyną do Polski. Przed nimi jeszcze 6 tysięcy mil morskich, czyli 6 tygodni nieprzerwanej żeglugi

Dorota Witt

Kapitan Hanna Leniec-Koper, bydgoszczanka i pochodzący z Inowrocławia kapitan Mariusz Koper żeglują właśnie po Oceanie Atlantyckim. Dopływają do równika. Choć, wygnani przez pandemię, wyruszali z Kapsztadu na wyprawę w nieznane, dziś wiedzą, że płyną prosto do Polski, bez przerwy. Przed nimi jeszcze 6 tysięcy mil morskich. Rozmowa z Hanną Leniec-Koper.

Jak długo spała pani dzisiejszej nocy?
Trzy godziny. Czasu na odpoczynek było mało, dlatego, że nocą warunki pogodowe były zmienne, trzeba było czuwać. Inaczej niż, gdy pogoda jest spokojna, a głównie taka towarzyszy nam odkąd wypłynęliśmy z Kapsztadu w Republice Południowej Afryki prawie trzy tygodnie temu.
Wolnego czasu na pokładzie jachtu Katharsis II nie ma pewnie zbyt wiele, bo jesteście z kapitanem Mariuszem Koperem tylko we dwójkę.
Tak i choć na razie nie doświadczamy sztormów, jesteśmy zdyscyplinowani: dzielimy dobę sprawiedliwie na wachty nawigacyjne. Ja wachtuję między godz. 4. a 8., między 12. a 16. i od 20. do 24. Tym samym nocne spanie mam od północy do 4. nad ranem, a Mariusza noc wypada od 4. do 8. Ale to nie tak, że tylko się mijamy: razem przygotowujemy posiłki, sprzątamy. Na jachcie jest dużo gospodarskich obowiązków. Mamy spore zapasy świeżych warzyw, owoców, które mogą się psuć – dopływamy do równika, pod pokładem mamy 30 stopni Celsjusza. Regularnie, według listy, trzeba więc przeglądać te zapasy: przyjrzeć się z osobna każdemu zawiniętemu w papierowy ręcznik pomidorowi, co kilka dni odwrócić do góry nogami każde z niemal 200 kupionych jeszcze w Kapsztadzie jajek, by się nie psuły. Kiedy jest chwila wolnego: oglądamy filmy, czytamy książki.

Epidemia wygnała ich z Afryki. Płyną do Polski. Przed nimi jeszcze 6 tysięcy mil morskich, czyli 6 tygodni nieprzerwanej żeglugi
Archiwum H. Leniec-Koper i M. Kopera Żeglarskie małżeństwo na pokładzie jachtu Katharsis II może teraz liczyć tylko na siebie. Ten nieplanowany rejs traktują jak wielką, romantyczną przygodę

I tak przez kolejne tygodnie. A wszystko przez epidemię koronawirusa.
Mamy za sobą długi rejs na Antarktydę. Wróciliśmy pod koniec lutego. Po tej wyprawie zacumowaliśmy w Kapsztadzie. Łódką zajmował się nasz przyjaciel, my wróciliśmy do kraju. Na kolejny rejs mieliśmy wyruszyć na koniec marca. Ale wcześniej sytuacja epidemiczna się zaostrzyła, a kolega nie mógł dłużej czuwać przy jachcie. Kiedy zorientowaliśmy się, że porty lotnicze w Polsce będą nieczynne, że granice zostaną zamknięte, postanowiliśmy wyjechać, zanim do tego dojdzie. Jacht nie mógł zostać bez opieki. Decyzję podjęliśmy w kilka godzin. W piątek wieczorem zaczęliśmy się pakować, w sobotę 14 marca o 11. byliśmy już na lotnisku. W RPA było wtedy bardzo niewiele przypadków zachorowań. Byliśmy przekonani, że przeczekamy ten trudny czas w Kapsztadzie i po świętach wyruszymy w rejs, jak planowaliśmy. Ale rzeczywistość zmieniła się dosłownie z dnia na dzień. Tydzień później, w poniedziałek wieczorem, ogłoszono, że od czwartku kraj zamiera. Zaplanowano zamknięcie szkół, wszystkich instytucji, urzędów, firm. Zapowiedziano wprowadzenie zakazu wychodzenia z domu (wyłączając niezbędne zakupy). A na ulice wyjść miała policja i wojsko. To Afryka, baliśmy się, że może dojść do zamieszek wywołanych napięciami społecznymi. Zamknięty miał być też port. Tamtejsza marina ograniczona jest dwoma mostami zwodzonymi, które są obsługiwane przez pracowników. Ale oni mieli zostać w domach. W praktyce bylibyśmy więc zamknięci w marinie bez możliwości jej opuszczenia. To byłoby swego rodzaju więzienie. Postanowiliśmy wypłynąć. Znów szaleńcze tempo przygotowań: zakupy, tankowanie, przegląd sprzętu. Wypłynęliśmy na Ocean Atlantycki w czwartek, tuż przed zamknięciem mariny i kraju.

Paradoksalnie żeglując po oceanie jesteśmy bezpieczniejsi niż na lądzie. Od wypłynięcia minęły już ponad dwa tygodnie, a jak mówią lekarze to czas inkubacji wirusa. Obawialiśmy się, wypływając z Kapsztadu, co będzie, jeśli tam złapaliśmy chorobę (choć bardzo się pilnowaliśmy), a jej objawy pojawią się, kiedy będziemy na wodzie, bez możliwości uzyskania pomocy. Na szczęście jesteśmy zdrowi, mamy się świetnie.

Dokąd?
Początkowo był to rejs w nieznane. Jednak kilka dni później podjęliśmy decyzję o płynięciu prosto do Polski. Oznacza to, że jeszcze przez co najmniej 6 najbliższych tygodni nie postawimy nogi na lądzie. Mamy do pokonania jeszcze ok. 6 tysięcy mil morskich.
Nie możecie zrobić sobie przerwy w którymś z portów?
To raczej niemożliwe. Porty albo są pozamykane, albo obowiązują na nich specjalne zasady: po przypłynięciu musielibyśmy pozostać w 14-dniowej kwarantannie na jachcie, nie moglibyśmy nie tylko wyjść na ląd, ale prawdopodobnie nawet zejść do wody. Tak byłoby, gdybyśmy zatrzymali się przy Wyspie Świętej Heleny, którą niedawno mijaliśmy. Trzy porty na Azorach są otwarte, ale tam też żeglarzy obowiązuje kwarantanna na łodziach. Porty w Hiszpanii, Francji są pozamykane. Na południu Europy będziemy za jakieś cztery tygodnie, kto wie, może do tego czasu sytuacja się zmieni. Paradoksalnie żeglując po oceanie jesteśmy bezpieczniejsi niż na lądzie. Od wypłynięcia minęły już ponad dwa tygodnie, a jak mówią lekarze to czas inkubacji wirusa. Obawialiśmy się, wypływając z Kapsztadu, co będzie, jeśli tam złapaliśmy chorobę (choć bardzo się pilnowaliśmy), a jej objawy pojawią się, kiedy będziemy na wodzie, bez możliwości uzyskania pomocy. Na szczęście jesteśmy zdrowi, mamy się świetnie. Teraz, gdy ludzie w praktycznie każdym kraju mają w mniejszym lub większym stopniu ograniczone swobody, my, na wodzie, jesteśmy wolni. Nie zrezygnujemy z tego, dlatego postanowiliśmy na ląd wyjść dopiero w Polsce. Od znajomych żeglarzy w różnych zakątkach świata usłyszeliśmy, że w innych portach czuć dziwną, niespotykaną dotąd niechęć do obcych. Kraje wyspiarskie boją się, że ci „obcy” przywloką do nich wirusa.
Na jak długo starczą wam te robione naprędce zapasy jedzenia?
O to jesteśmy spokojni: jedzenia mamy na pół roku. Jesteśmy niezależni. W RPA dokupowaliśmy głównie świeże warzywa i owoce oraz jajka. Suche produkty, konserwy – wszystko to w dużych ilościach czekało schowkach na jachcie, mięso i mrożonki w zamrażalce. To pozostałości po niedawnej wyprawie na Antarktydę. Uczestniczyło w niej dziewięć osób, a jedzenia zawsze bierzmy z naddatkiem, dlatego zapas jest spory. Paliwa do generatorów prądu też wystarczy na kilka miesięcy, przy założeniu, że będziemy płynąć tylko przy wietrznej pogodzie, a przy bezwietrznej nie będziemy odpalać silnika, a stać i czekać.
Czy w takich warunkach rejs sprawia frajdę, czy to tylko stres?
Dla nas to przygoda. I to romantyczna. Co prawda na wyprawach spędzamy ze sobą dużo czasu, ale zwykle załoga liczy kilka osób, nie ma miejsca i czasu, by pobyć ze sobą sam na sam. I choć teraz też nie ma szansy np. na to, byśmy się obok siebie rano obudzili, jesteśmy tylko dla siebie. Jedyne, czego się obawiamy to pogoda. Dopływamy właśnie do równika, trafimy ze strefy bezwietrznej pogody, w strefę, gdzie pojawią się mocne opady deszczu i silne podmuchy wiatru. To będzie męczący odcinek, przez większość czasu przy sterze czuwać będziemy oboje. Powyżej 7. równoleżnika pogoda się zmieni – pojawią się niebezpieczne podmuchy wiatru od dziobu, będziemy musieli płynąć pod wiatr. Być może pojawią się sztormy, wiatr może osiągnąć prędkość 30-40 węzłów. Będzie trzeba utrzymywać maksymalne skupienie. Gdybyśmy płynęli po wschodniej stronie Afryki, obawialibyśmy się też piratów, tu ich na szczęście nie ma. Są za to zwierzęta, ale ich bać się nie musimy. Cieszę się, jak dziecko, gdy na horyzoncie pojawiają się delfiny. Ostatnio płynęło obok nas całe ich stado. Czasem zabłąka się jakiś ptak, a czasem na pokład wpadnie nam pasażerka na gapę – latająca ryba.

Epidemia wygnała ich z Afryki. Płyną do Polski. Przed nimi jeszcze 6 tysięcy mil morskich, czyli 6 tygodni nieprzerwanej żeglugi
Archiwum H. Leniec-Koper i M. Kopera Żeglarze dzielą dobę sprawiedliwie, każdemu przypadają po trzy wachty nawigacyjne

Za wami Wielkanoc na oceanie. Było tak, jak każe tradycja?
Staraliśmy się, żeby było, co trzeba. W ostatniej chwili na tych ekspresowych zakupach w Kapsztadzie chwyciłam farbki do pisanek. Udało mi się kupić chleb razowy, więc pierwszy raz w życiu sama zrobiłam zakwas do żurku. Zrobiliśmy twaróg, by na stole był też sernik. Główne miejsce zajęła oczywiście sałatka jarzynowa. Świętowanie na jachcie to dla nas nic nowego.
Chodzą słuchy, że nie wyruszycie w rejs, jeśli nie zaopatrzycie lodówki w szampana…
Uwielbiamy celebrować święta, urodziny, rocznice. 5 kwietnia minęły dwa lata od zakończenia wyprawy, której celem było okrążenie Antarktydy po przybrzeżnych wodach kontynentu, pierwszy taki wyczyn w historii żeglarstwa. Ta wyprawa odbiła się głośnym echem w żeglarskim świecie. Rocznicę uczciliśmy symbolicznie. Umówiliśmy się ze wszystkimi członkami załogi, że o tej samej porze, każdy w swojej izolacji, wzniesiemy toast. To szczęście, że my mogliśmy być w tamtej chwili na oceanie.
Rozmawiałyśmy wtedy, także przez telefon satelitarny. Po co więc w tym roku po raz kolejny popłynęliście na Antarktydę?
Tym razem nie chodziło o wyczyn, a o to by tam pobyć, pozachwycać się, wyciszyć. Wyprawa trwała ponad dwa miesiące. Marzyłam o tym, by popływać z pingwinami i to się udało, o pływaniu z wielorybem nawet nie śmiałam marzyć, a zrobiłam to! Nurkowanie pod górą lodową daje niesamowite wrażenia.
Macie już plany na kolejną wyprawę – w lepszych czasach?
Jeszcze tego lata chcielibyśmy pożeglować po Bałtyku. O ile ja dobrze znam nasze morze, o tyle Mariusz, choć opłynął już cały świat, w bałtyckich portach bywał bardzo rzadko. Przypłynięcie do Gdańska na przełomie maja i czerwca będzie miało dla nas symboliczne znaczenie. Jacht Katharsis II był tu chrzczony w 2009 roku i od tej pory nie zawinął do tego portu. Zamkniemy dużą, bo długości prawie siedmiu równików pętle.

Dorota Witt

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

promocja -50%

Gazeta online przez 90 dni za połowę ceny

55,00 110,00

Skorzystaj z promocji i ciesz się codziennym dostępem do gazety online przez 90 dni. Z tą ofertą oszczędzasz aż połowę ceny!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.