Dziewczyna, która wygrała walkę o życie

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Julia Kalęba

Dziewczyna, która wygrała walkę o życie

Julia Kalęba

Aneta Zatwarnicka z Zielonej Góry zdobyła czarny pas karate, a później stoczyła swoją najważniejszą walkę. Na śmierć i życie. Wygrała, choć niewielu dawało jej szansę.

Przed tygodniem Aneta pokazała się publiczności na mistrzostwach świata w Krakowie. Na matę wyszła w białym kimonie, przepasana czarnym, mistrzowskim pasem. Stanęła naprzeciwko tysięcy widzów, którzy zapełnili ogromną halę Tauron Areny. Bez dłoni, z protezami zamiast nóg. Tak, to było jej zwycięstwo. Zwycięstwo ducha nad słabością ciała, nad chorobą, nad czarnymi myślami, zwątpieniem.

„W walce chodzi o precyzję, skuteczność i taktykę. Kiedy wchodzisz na matę, pierwsze sekundy możesz poświęcić na obserwację przeciwnika. Jeżeli potrafisz sprowokować go jednym ruchem, zobaczysz, jak się zachowuje. Cios musi być dokładny, kontrolowany, zadany w odpowiednim czasie. Zależnie od sytuacji, otrzymasz punkt lub karę. Są trzy strefy: jodan (głowa), chudan (tułów) i gedan (od pasa w dół). Poniżej pasa się nie uderza. Celem jest todome waza – to ma być cios kończący”.

Więcej niż trzeba

Zasady karate Aneta usłyszała 20 lat temu. Właśnie zdała maturę i szukała nowych wyzwań. Chciała być sprawna, zwinna i silna. Przypadkiem natknęła się na ogłoszenie klubu karate, którego trener – jak wspomina – zapraszał chętnych w wieku od 7 do 100 lat. Postanowiła spróbować. Przed pierwszym treningiem przeczytała jeszcze wiele, jak na tamte czasy, książek o sztukach walki i zdecydowała, że to jest coś dla niej. Zwłaszcza że w programie zajęć była też samoobrona. – Szybko nauczyłam się, że dobra pozycja i odpowiednio zadany cios to nie wszystko. Zrozumiałam, że w karate chodzi o wysiłek, o uczciwość i pracę nad samym sobą.

Te małe odkrycia przychodziły jej etapami. – Im więcej trenowałam, tym więcej widziałam – mówi.

W tym samym czasie zaczęła pracę w banku. Dnie spędzała za biurkiem, a wieczory w sali gimnastycznej. Najpierw na macie stawała dwa razy w tygodniu, potem nie opuszczała już żadnej okazji do ćwiczeń.

– W karate po prostu chce się robić więcej niż trzeba – tłumaczy. Po niecałym miesiącu nie wyobrażała już sobie życia bez treningów. To była odskocznia. Dzięki temu lepiej znosiła pracę.

– Gdy się trenuje, to wszystkie złe emocje odchodzą. Wstaje się rano z siłą do tego, żeby zrobić, co trzeba, i lepiej znosi się trudy.

Dążyć do doskonałości

Kto chce szybko nauczyć się bić, żeby móc to wykorzystać w niewłaściwy sposób, w karate nie wytrwa. To, czego się nauczy na początku, to będzie za mało. A kiedy już przejdzie całą drogę, szkoląc się do stopnia mistrza, i zdobędzie umiejętności do pokonania innych, wtedy nie będzie potrzebował się bić. W walce odnajdzie coś innego – zapewnia Aneta.
Chciała się rozwijać: fizycznie i psychicznie. – Bo karate to dążenie do doskonałości we wszystkim, co się robi. Hartowanie ducha – dodaje.

I ta możliwość rozwijania się sprawiała jej dużo radości. A największą satysfakcję z treningu miała, gdy widziała postępy. Wyznaczała sobie małe cele i dążyła do nich. Gdy jedne udało się osiągnąć, przychodziły następne.
Nowe wyzwania stawiała sobie także w życiu. Zaczęła, na przykład, studiować marketing i zarządzanie.
W sporcie nie oczekiwała sukcesów i stopni na podium, ale medale jej nie omijały. Zajmowała wysokie pozycje na mistrzostwach Polski.

Po 10 latach od pierwszych zajęć założyła czarny pas, co oznaczało osiągnięcie mistrzowskich umiejętności. To było w 2006 roku.

Z muzyką w tle

Rolę zawodniczki zaczęła godzić z pracą instruktorki w swoim klubie. Odeszła z pracy zawodowej, żeby poświęcić się karate. Widziała, że im wyższy stopień i umiejętności, tym większa pokora wobec innych i więcej obowiązków. Spodobało jej się, że jest odwrotnie niż w życiu codziennym.

Jako instruktorka najbardziej lubiła pracę z dziećmi. To, czego się nauczyła, przekazywała najmłodszym: że karate nie jest sztuką agresji i że liczy się szacunek – tak samo dla wysiłku zwycięzcy, jak wobec tego, który przegrał.

Odpoczywała przy dobrej muzyce. Dobrej, czyli takiej, która dodawała sił, energetycznej, z wyraźnym rytmem. Zauważyła, że to perkusja podoba się jej najbardziej.

– Nie chciałam dokładać sobie obowiązków, bo uważałam, że karate w zupełności mi wystarcza. Ale gdy przez prawie trzy lata myśli o grze na perkusji nie przechodziły, zapisałam się na zajęcia – wspomina.

Niedługo później taką samą ciekawość, nie do pohamowania, Aneta poczuła do pianina.

Skrzydła motyla

Nic, ale to zupełnie nic nie zapowiadało tragedii.

Był pierwszy dzień 2014 roku. Aneta nie chciała opuścić ćwiczeń z perkusji, ale do domu wróciła wcześniej niż zwykle. Poczuła się słabo, nieswojo. Złe samopoczucie tłumaczyła sobie zwyczajnym przeziębieniem.

Aneta Zatwarnicka
Andrzej Banas / Polska Press Aneta Zatwarnicka podczas mistrzostw świata w Tauron Arenie

Ale w nocy obudziła się i poczuła, że coś jest nie tak. Obudziła babcię. Ta z zaskoczeniem zauważyła, że ma coś na twarzy, coś w kształcie skrzydeł motyla. Był to pierwszy objaw tocznia rumieniowatego – choroby autoimmunologicznej, podczas której komórki odpornościowe organizmu, zamiast go wspierać, atakują siebie nawzajem.

Do tego doszła sepsa, ale o tym jeszcze nie wiedziała.
Po chwili Aneta miała już sine dłonie i stopy. Z tej nocy pamięta tylko drogę do szpitala, wzrok ludzi w klinice i to, że przyjęli ją od razu.

W ciągu kilku godzin zakażenie zaatakowało nerki, płuca i wątrobę. Zdiagnozo¬wano u niej obie choroby.
Dawano jej jeden procent szans na przeżycie. Wkrótce sine ręce, nogi i nos dziewczyny stały się czarne. Lekarze zdecydowali: trzeba natychmiast amputować dłonie, kilka centymetrów od nadgarstka, i nogi – poniżej kolan. Potem było już tylko długie oczekiwanie na cud. Jej stan długo jeszcze pozostawał krytyczny.

Tysiąc żurawi

Świadomość odzyskała po upływie półtora miesiąca. Zobaczyła, że jest przy niej mama. Kiedy się wybudziła, nie myślała o tym, że straciła ręce i nogi. Cieszyła się, że żyje, i wierzyła, że niebawem wróci do domu i do swojej pasji.
Najbliżsi i koledzy z klubu podtrzymywali ją na duchu. Teraz mogli przynosić jej zdjęcia i filmiki z turniejów karate, które organizowali.

– Przekazaliśmy jej pozytywną energię i wolę walki, która może być jednym z najsilniejszych bodźców do tego, aby sama mogła nadal prowadzić swój najcięższy pojedynek – mówił wtedy Paweł Janusz, trener karate z Niepołomic. Pieniądze na rehabilitację i protezy zbierano też przez fundację.

Dla chorej dziewczyny takie wsparcie było bezcenne. – Ciągle dowiadywałam się o nowych akcjach i nie skupiałam się na niczym złym. Mówili, że trzeba się trzymać, i że będzie dobrze. Wierzyłam w to – opowiada. Kiedy stawała do pojedynku, zawsze myślała o tym, żeby walczyć najlepiej jak potrafi. Znaczenie miało nastawienie. I tym razem czuła, że nie może się poddać. W marcu wyszła ze szpitala i rozpoczęła rehabilitację. Dwa miesiące później dostała protezy. – Karatecy z Niepołomic przywieźli mi nawet koszyk z tysiącem żurawi. W Japonii panuje przekonanie, że jak ma się tysiąc żurawi, to spełni się jedno marzenie – wyjaśnia.

Ona na wielkiej scenie

Nigdy nie przestała myśleć o powrocie do karate. Zaczęła od rehabilitacji w domu. Najpierw nauczyła się samodzielnie jeść, potem siadać. Kiedy stawiała pierwsze kroki, nikt nie wątpił, że niedługo znów założy kimono. Ćwiczy. Karatecy przygotowali jej specjalne miejsce do rehabilitacji.

– Są rzeczy, z którymi nadal mam problem. Ale próbuję, kombinuję i udaje się. Czasem całkiem przypadkiem znajduję
zaskakujące rozwiązania. Po prostu patrzę, co jest, i staram się to zrobić – dodaje.

Aneta ciągle walczy z toczniem rumieniowatym i musi przyjmować leki, które obniżają odporność. Przebywanie w dużych grupach jest dla niej ryzykiem, w chłody rzadziej wychodzi z domu. Ale nie odpuszcza. – Koledzy zabierają mnie na obozy, zgrupowania i zawody – wylicza.

Szuka lektora, z którym mogłaby uczyć się języka chińskiego, marzy o podróży na Tajwan. W miarę możliwości przychodzi na treningi i ćwiczy pod okiem swojego trenera Mirosława Kuciarskiego. To on najmocniej wierzył, że na sali jeszcze nieraz wymienią powitalny ukłon.

Na pierwszym spotkaniu z protetykiem nie zapomniała zapytać, czy usiądzie do pianina – wiedziała już, że do karate i perkusji wróci na pewno. Okazało się jednak, że wygodniej będzie jej ćwiczyć na ksylofonie. Dzięki specjalnym protezom rąk zagrała na perkusji już dwa koncerty, choćby w finale akcji „Warto Jest Pomagać” dla chorego Oliwierka. Myśli też o kolejnych.

W ubiegłą sobotę wystąpiła w pokazie podczas mistrzostw świata w karate tradycyjnym. Najpierw wśród zawodników kadry narodowej, potem na wielkiej scenie została sama w walce z Pawłem Januszem. Gdy włączono światła, publiczność wstała.

Ten pokaz był dla Anety o tyle szczególny, że dedykowała go swojej koleżance z maty. Beata walczy z trzecim nawrotem nowotworu w jednej z niemieckich klinik.

– Walczymy, by dać jej siłę. Karate przenika nasze życie na każdej płaszczyźnie, sprawia, że nigdy nie pozostajemy sami. Takie już ono jest – podsumowuje Aneta.

Julia Kalęba

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.