Dziadkowie to skarbnica wiedzy. Opowieści z Dolnego Śląska

Czytaj dalej
Fot. Fotopolska.eu
Mateusz Korwin-Piotrowski

Dziadkowie to skarbnica wiedzy. Opowieści z Dolnego Śląska

Mateusz Korwin-Piotrowski

Rozmowa z babcią i dziadkiem pokazała mi, jak wiele można się od nich dowiedzieć i jak jest to ważne.

Dnia 13 października 2016 roku w celu poprowadzeniu wywiadu udałem się do swoich dziadków, rodziców mojego taty. Po przekroczeniu drzwi zobaczyłem babcię i dziadka razem w kuchni, ona wyciągała pióra z wiejskiej kaczki, on kroił jabłka. Babcia, gdy mnie zobaczyła, od razu spytała się czy zjem grochówkę. Taki już był jej zwyczaj. Nie wypuści nikogo z domu, kto nie zje u niej czegokolwiek, chociażby ciasteczka. Nie bardzo chciałem im przeszkadzać w zajęciach domowych, ale czas naglił. Po zjedzeniu bardzo dobrego obiadu, usiadłem z dziadkami i opowiedziałem im co mam zrobić i jak to ma wyglądać. Nic więcej nie musiałem mówić, w praktyce obyłoby się bez pytań. Umiem szybko pisać, ale nie nadążałem zapisywać tego, co staruszkowie mówią. Opowiadali tak, jakby to było wczoraj. Podczas gdy na co dzień są spokojni. Wróciły ich wspomnienia. Mówi jedno, po czym drugie się wtrąca i tak to mniej więcej wyglądało. Nigdy nie widziałem u starszych ludzi tyle zapału i chęci do działania. Poniżej przedstawiam to, co zdążyłem napisać lub zapamiętać. Odpowiedzi udzielili mi dziadek Czesław Korwin-Piotrowski i babcia Teresa, z domu Harasimowicz

Opowieść moich dziadków

Skąd pochodzicie?

Dziadek: Od małego mieszkałem w mieście Ustroń w obwodzie mińskim

Babcia: Mieszkałam w tym samym mieście co Czesław, jednak nie znaliśmy się

Jak wyglądało Wasze najbliższe otoczenie?

Dziadek: Mieliśmy duże gospodarstwo rolne, ale Ruscy je upaństwowili. Zostawili tylko oborę i chałupę, ale bydła na polach paść już nam nie pozwolili. Trzeba było pracować jak w pańszczyźnie, czyli w kołchozie, by móc wypasać zwierzęta, lecz pieniędzy za pracę nie było.

Kiedy dowiedzieliście się o potrzebie przeprowadzki?

Dziadek: Wiedzieliśmy o tym już od 1944 roku, gdy wyjazdy się zaczęły, lecz mój ojciec miał pracę w hucie i zwolnić się nie można było, a i majątek ziemski był. Całe szczęście, że znał on głównego inżyniera w hucie, który zgodził się wypisać obiegówkę, po czym ojciec zapisał nas na wywóz.

Babcia: W 1944 roku ojca wywieźli do fabryki amunicji przez co nie mogliśmy wyjechać. Gdy zaczęła się wojna, partyzanci chcieli brać go do siebie, ale on nigdy się nie zgodził, spał poza domem i unikał ludzi. Wszystkiemu winien był sołtys wsi, który dostał z góry nakaz, aby wskazać ludzi do pracy w fabryce. Zamiast wziąć kawalera, postanowił wskazać na ojca, którego później oskarżył, że ten bratał się z partyzantką, przez co został złapany przez Rosjan i wywieziony na Sybir w kwietniu 1944 roku. Wysłaliśmy mu paczkę, lecz ona wróciła. Potem w Polsce z pomocą Czerwonego Krzyża okazało się, że zmarł w czerwcu 1944 roku na Syberii

Jakim sposobem nie zostaliście wywiezieni na Sybir?

Dziadek: Mój ojciec, urodzony w 1870 roku, był w raz z Leninem w Carskiej Armii. Dlatego ostrzegano nas, gdy zbliżały się wywózki. Mówiono nam, by wtedy w nocy nie było nawet pół rodziny w domu. Reszta ma nocować po lasach. Gdy wywozili wszystkich, to gospodarstwa przechodziły w ręce państwa. Nie wywożono pół rodziny, bo druga połowa domagałaby się wiedzy, gdzie są ich najbliżsi.

Jakie były wasze przyczyny wyjazdu na Dolny Śląsk?

Dziadek: Lepsze warunki życia. Gdy miałem 7 lat, wybuchła wojna. Po wojnie jako nastolatek poszedłem do szkoły podstawowej. Znajomy pomógł mi załatwić kartę myśliwską i dubeltówkę, bym mógł polować i mieć co na talerz położyć. Od 18. roku życia do teraz mam pozwolenie na broń. Do szkoły szedłem 3 kilometry przez las właśnie, z dubeltówką, a w szkole stawiałem ją koło ławki, bez pokrowca, bez zabezpieczenia.

Babcia: Praca, praca i jeszcze raz praca. Tutaj była szansa na lepsze życie.

Jak wyglądała wasza przeprowadzka?

Dziadek: Wyjechaliśmy w ostatnim transporcie, dopiero w 1959 roku, biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy ze sobą. Na początek samochodem na peron, a potem 2 tygodnie w wagonie towarowym. Potem granica w Białej Podlaskiej. Kierowaliśmy się na Szczecin, bo tam miałem siostrę. Mieszkałem potem troszkę w Rewa-lu u braci, potem przyjechałem do Szklarskiej Poręby, bo w Sobieszowie miałem kuzynkę. Dostałem pracę w hucie Julia, gdzie wspinałem się po szczeblach kariery. Pracowałem 32lata bez ani jednego dnia opuszczonego.

Babcia: Mieliśmy wyjechać w lipcu 1944, ale wszyscy zachorowaliśmy na odrę, przez co wyjechaliśmy dopiero na początku grudnia. Mieliśmy dla siebie jeden wagon. Pół na 2 krowy, 2 prosiaki, konia i 10 kur, a pół dla nas. Mogliśmy zabrać wszystkie potrzebne nam rzeczy. Postawili nam do wagonu cyganek, taki piecyk na którym gotowało się wodę. Moja siostra, 2,5 letnia, bawiła się, biegała, skakała, aż do momentu, gdy na stacji nie został podłączany parowóz. Zetknięcie się zestawu z parowozem było tak mocne, że wrzątek z piecyka wylał się wprost na twarz siostry. Miała całą twarz poparzoną. Zmarła w ciągu 6 godzin. Ciało zabrali do takiej trumienki, a my musieliśmy dalej jechać. (Babci naleciały łzy do oczu.Nawet nie chcę myśleć, jak musiała się czuć, gdy jej młodsza siostra zmarła w taki sposób). Mieliśmy wysiąść w Poznaniu, bo miałam tam siostrę, lecz gdy pociąg się zatrzymał, powiedzieli nam że nie wpuszczą nas do miasta z bydłem, więc wysłali nas do Drawska Pomorskiego.

Jak wyglądało życie na Dolnym Śląsku?

Dziadek: Zupełnie inaczej. Tutaj miałem dużo rodziny. Miałem pewną pracę, za którą co miesiąc dostawałem małe, ale pewne pieniądze. Nie było strachu, że partyzanci zabiorą dorobek, bo nie pasło się krów ani niczego takiego.

Jak się poznaliście?

Babcia: Na jesień 1959 roku. Ja przyjechałam z siostrą do Cieplic za pracą, a w Sobieszowie miałam rodzinę. Z Cześkiem poznałam się na imieninach jego brata Rafała. Następnego dnia miałyśmy iść na przystanek i wracać, ale zaszłyśmy do nich na śniadanie. Tak się zaczęła znajomość.

Po ilu latach wzięliście ślub?

Babcia: Ślub wzięliśmy po 4 latach, dokładnie 14 kwietnia 1963 roku.Miałam wtedy 24 lata a Czesław 30.Potem to już przyszedł na świat śp.Krzysztof, Grzegorz i na końcu twój tato.

Dziękuje, że podzieliliście się ze mną tą wiedzą. Są to wydarzenia, które mogą wpłynąć na postrzeganie czasów przed i tuż po wojnie, gdzie wcale nie było kolorowo.

Było to dla mnie bardzo emocjonujące przeżycie. Widziałem w tych ludziach jednocześnie błysk w oku spowodowany tym, że ktoś się zainteresował ich życiem, przeszłością, ktoś czegoś od nich potrzebuje, a z drugiej strony smutek, który został z poprzednich lat. Zdałem sobie sprawę, że ludzie starsi też chcą być potrzebni. Też chcą pomagać. Na koniec, gdy wychodziłem, babcia spytała mnie, czy przyjdę jutro na obiad. Pewnie że przyjdę. Bo dziadkowie to taka skarbnica wiedzy, że tylko brać ołówek, kawałek kartki i pisać, opisywać i spisywać ich historie, bo pamięć o tym nie może zginąć.

Autor jest uczniem Zespołu Szkół Licealnych i Zawodowych nr 2 w Jeleniej Górze

Mateusz Korwin-Piotrowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.