Dziadkowie przyjechali tutaj z Tatr, za chlebem

Czytaj dalej
Fot. fot. fotopolske.eu
Marcin Szczypka

Dziadkowie przyjechali tutaj z Tatr, za chlebem

Marcin Szczypka

Moi dziadkowie nie bali się Niemców, ale Rosjan, którzy grasowali na Dolnym Śląsku. Dziadek bał się też UPA i wymyślił tajną broń.

Żaden z moich dziadków nie jest rodzimym Dolnoślązakiem. Każde z nich posiada rodziców, którzy przybyli po wojnie w te rejony. Tak samo było zresztą z rodzicami mojej babci. Ale po kolei.

Poznali się przed wojną

Moi prapradziadkowie pochodzili z niewielkiego miasteczka Targanice w Beskidzie Żywieckim.

Prapradziadek był kowalem, więc nie żyło im się źle. Dorobił się ośmiorga dzieci, dzisiaj to byłby szok, jednak wtedy to było jak najbardziej normalne. Wśród nich była też moja prababcia, Wanda. Poznała ona przed II wojną światową Jana, za którego wyszła za mąż.

Udało im się bezboleśnie przeżyć wojnę, ponieważ pradziadek dostał się do przymusowej pracy koło Gliwic „u Niemca”. Chociaż był zwykłym parobkiem, to Niemiec go lubił, więc dostawał przepustki na spotkania się z rodziną, w zamian musiał mu dostarczać dobra rolne.

I ruszyli na zachód

Wszystko to - mieszkanie w niewielkim domu z siedmiorgiem rodzeństwa, oddawanie resztek z pola, by móc spotkać się z Janem - sprawiało, że pradziadkowie chcieli opuścić Targowice.

Tak jak wielu Polaków, w tym między innymi wielu Kresowian, wybrało ucieczkę na Zachód - właśnie na Dolny Śląsk.

Jedynym dostępnym im środkiem transportu był pociąg towarowy. Dostęp do jedzenia mieli jedynie podczas niespodziewanych postojów lokomotywy, kiedy to ludzie tłumnie wysiadali z wagonów, jak najszybciej rozpalali ognisko i gotowali wodę, do której wrzucali ziemniaki; czasem były to ziemniaki „zbolałe”, czyli niedające się do użytku. Opowiadali, że często musieli zjadać niedogotowane i nieświeże ziemniaki, ponieważ wagony ruszały trzeba było gasić ogień i wracać.

I dotarli do Mościska

Pradziadkowie, bez porządnego wyżywienia i z małym dzieckiem dotarli do Mościska 22 lipca 1945 roku.

Mościsko było nazywane „cywilizowaną wsią” przez moją babcię. Była tam poczta, gees, itp. Jak na tamte standardy, to był wyczyn. Następnie udali się piechotą do położonej o 5 kilometrów dalej Lutomii Górnej. Tam na miejscu dostali od gminy dom o numerze 176 i kawałek pola do gospodarowania.

Za uzyskanie prawa do użytkowania ziemi musieli płacić jakąś umówioną kotwę spłaconą pewnie w zbożu. Do spłacania przyczyniły się też ich dzieci, którzy przejęli dług.

Razem z Niemcami

Nie byli jedynymi lokatorami mieszkania. Razem z nimi mieszkali jeszcze Niemcy. Pradziadek znał trochę niemieckiego z pracy z Gliwic, więc utrzymywali dobre stosunki. Jakoś to było, Niemcy spali na dole, a dziadkowie na górze, więc nikt nikomu nie wadził.

Niemcy wyjechali z Mościska po roku. Po ich wyjeździe pradziadek, jako osoba z natury uczciwa, zgłosił do władz, że jego niemieckojęzyczni koledzy zostawili w domu, który opuścili, dwa pianina. Babcia wspominała wiele razy, że w ogóle nie bali się Niemców, ale Rosjan, którzy grasowali wtedy na Dolnym Śląsku. Bali się również UPA.

Dziadek miał na wszelki wypadek nad drzwiami zainstalowany magiel z ciężarkami. Mówił, że jak będą się dobijać do domu, to zrzuci ciężarki i zabije, mimo że katolik.

Taki biedny „skarb”

Pradziadek, w celu utrzymania rodziny, ciężko pracował. Jeszcze kilka miesięcy po przyjeździe sprzedawał robiony przez jego samego bimber z buraków sowietom. Zajmował się polem. Najpierw musiał sobie radzić z pługiem, dopiero później kupili ciągnik. Raz podczas orania pola konie mu nagle stanęły i nie chciały ruszyć. Odnalazły „skarb” zakopany przez Niemców. Były to słoiki z łojem, co świadczyło o biedocie tych, którzy tam wcześniej rezydowali.

Oprócz roli pracował w lesie, gdzie ścinał drzewa i transportował to na przyczepy. Pradziadkowie zmarli w nie tak starym wieku - prababcia miała 50 lat, a pradziadek dożył 61. Pole i dom odziedziczyły ich dzieci, analogicznie także niespłacony dług.

Z Mościsk do Pieszyc

Byli to moi wujkowie i ciocie, ale również babcia, która żyje do dziś.

Dopiero wiele lat później babcia z dziadkiem przenieśli się do Pieszyc ze swoimi dziećmi, gdzie dotąd mieszkają i mogli mi to opowiedzieć.

Autor jest uczniem gimnazjum w Zespole Szkół im.księdza Jana Dzierżonia w Pieszycach

Marcin Szczypka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.