Dyżurny twardziel kina mięknie przy żonie i córce

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Holod
Paweł Gzyl

Dyżurny twardziel kina mięknie przy żonie i córce

Paweł Gzyl

Już niebawem zobaczymy go w „Powidokach” Andrzeja Wajdy. Ale zanim ten film pojawi się w kinach, odtwórca głównej roli już narozrabiał.

Złośliwcy twierdzą, że to przez niego „Powidoki” Andrzeja Wajdy zostały wyeliminowane z oscarowej rywalizacji. Oto bowiem promując film w USA, Linda udzielił niefrasobliwego wywiadu, w którym bez ogródek sugerował, że scenariusz do opowieści o Władysławie Strzemińskim był „bardzo słaby”. Do tego, używając wulgarnych słów, narzekał na to, iż śmierć Andrzeja Wajdy oznacza dla niego tylko to, że musi jeździć po świecie i „świecić ryjem we wszystkich miejscach”.

Amerykański wywiad wywołał w Polsce spory skandal - podobnie zresztą jak komentarze wygłaszane przez aktora podczas realizacji „Powidoków”. Gwiazdor zdecydowanie źle się czuł na planie w Łodzi, gdzie film był kręcony, i dał temu wyraz, twierdząc publicznie, że to „miasto meneli”. Mieszkańcy Łodzi oburzyli się i zaczęli domagać się przeprosin. Aktor ostatecznie stwierdził, że cały skandal był medialną manipulacją.

Dziennikarkom wydaje się, że jestem potworem pożerającym kobiety żywcem

- Ta sprawa uświadomiła mi, jak bardzo media potrafią kłamać. TVN nagrał program, w którym zmontowano wszystkie kłamstwa, jakie można było sfabrykować - powiedział Bogusław Linda w Wirtualnej Polsce. - Nie jest prawdą, iż obrzucono naszą ekipą jajkami, że były jakieś krzyki. Nie zabiegam o rozgłos, rzadko pojawiam się na ściankach, ale ta cała sprawa mnie zaskoczyła, podobnie jak kompleksy Łodzi.

Te najnowsze afery z jego udziałem wskazują, że nadal jest postacią niepokorną - skrajnym indywidualistą, który chadza własnymi ścieżkami, niepoddającym się wymogom politycznej poprawności, znienawidzonym przez jednych, a uwielbianym przez drugich. I właśnie na tym polega jego magnetyzujący urok.

Zjeżdżając prosto z dachu

O swoim dzieciństwie mówi niewiele. Wychował się Toruniu - i tam w czasach gomułkowskiej małej stabilizacji kształtował się jego charakter. Od razu przejawiał upodobanie do ryzykanctwa - choć niejednokrotnie mogło się to dla niego bardzo źle skończyć.

- W czasie wakacji na wsi u babci, kiedy miałem siedem lat, wchodziliśmy w lesie na wieże przeciwpożarowe. Wystawały ponad szczyty drzew - wspominał w serwisie Anywhere. - Nie miały żadnych zabezpieczeń. Wchodziło się po zmurszałych drabinkach. W Toruniu z kolegą wspinaliśmy się zimą na rusztowania przy blokach, żeby później zjechać po lekko śliskim dachu, chwycić się rynny i zaglądać ludziom w okna. Dlatego chciałem zobaczyć świat - tłumaczył.

Ojciec pragnął, żeby syn poszedł na medycynę. Temu jednak nie w głowie było zakuwanie całymi nocami po to, aby potem brać dyżur za dyżurem. Dlatego wpadł na pomysł, aby zostać aktorem. - Wydawało mi się, że ten zawód niesie za sobą same przyjemności: kobiety, wino, śpiew, dodajmy jeszcze kwiaty… Nic więcej. Wtedy myślałem, że człowiek, który kończy szkołę aktorską, siłą rzeczy staje się sławny. Wydawało mi się, że będę tak, jak Zapasiewicz, Łapicki, Olbrychski czy Cybulski - zapamiętany - śmieje się.

No i skusił się na krakowską szkołę teatralną. Jak przyznaje dzisiaj, nie był prymusem. Najgorzej szło mu śpiewanie, przez co aż trzy razy skreślano go z listy studentów. Z uporem maniaka powracał, być może dlatego, że po prostu podobało mu się ówczesne życie studenckie.

- Pamiętam, że testowanie młodej aktorskiej braci studenckiej polegało na tym, aby wypić ćwiartkę wódki z plastykowego kubka duszkiem, leżąc w pustej wannie. Tragedia. Mało kto to przeszedł. Ja nie. Ale mój kolega, świeżo po wojsku, podołał - opowiadał w „Playboyu”.

Przekreślone szanse

Pierwsze doświadczenia aktorskie nie były dlań zachęcające. W serialu „Czarne chmury” mignął przez ekran jako halabardnik i nie miał do wygłoszenia żadnej kwestii, a w spektaklu „Warszawianka” w Teatrze Starym wystrojono go w mundur z sukna strażackiego, przez co o mało się nie ugotował na scenie. Sytuację odmienił dopiero angaż do „Gorączki” Agnieszki Holland.

- Zaproponowałem pewien sposób interpretacji roli, na co Agnieszka pozwoliła. Operator mówił, że tak nie wolno grać. Agnieszka odpowiadała: „Niech sobie tak pogra, zobaczymy, co z tego wyniknie”. Teraz taki sposób grania jest już normalny, bo nauczyliśmy się amerykańskiego interpretowania roli, ale wtedy nasze „amerykańskie” granie najłatwiej było zauważyć w kryminalnych spektaklach telewizyjnych „Kobra” czy w „Stawce większej niż życie”, to wszystko było wciąż teatralne - wspomina w „Zwierciadle”.

Bogusław Linda
Archiwum Rola w „Psach” przyniosła aktorowi niesamowitą popularność

Miał jednak pecha: choć kręcił film za filmem, aż dwanaście obrazów z jego udziałem po wprowadzeniu stanu wojennego dostało od komunistycznej cenzury zakaz dystrybucji. Były to filmy, w których stworzył swe najwybitniejsze role: „Kobieta samotna”, „Przypadek”, „Dreszcze” czy „Matka Królów”.

Wiedząc o jego kłopotach, Andrzej Wajda dał mu rolę w „Dantonie” realizowanym we Francji. Rola się spodobała nad Sekwaną, posypały się zagraniczne propozycje. Mógł zagrać u boku młodej Meryl Streep w „Wyborze Zofii”, ale sam Wajda poprosił go, aby odmówił, ponieważ - jego zdaniem - był to „film antypolski”. W zamian za to reżyser zaproponował mu rolę w „Miłości w Niemczech”. Niestety, odmówiono mu paszportu.

- Komunistyczne władze chciały, żebym donosił po przyjeździe do Niemiec. Żebym został kapusiem. Żebym zasugerował Wajdzie, co powinien usunąć z filmu, a po powrocie do kraju opowiedział komu trzeba, jak było na planie. Nie zostałem kapusiem i nie pojechałem nigdzie - podsumowuje w „Gali”.

Bohater na nowe czasy

Wszystko odmieniło się po 1989 roku. Wiedziony aktorskim instynktem, przyjął rolę u mało znanego reżysera Władysława Pasikowskiego w filmie „Psy”. I okazał się to strzał w dziesiątkę. Obraz zogniskował narastające wówczas nastroje rozczarowania pierwszymi latami postsolidarnościowej władzy. A Lindzie udało się stworzyć postać twardziela z krwi i kości - Franza Maurera.

Bogusław Linda
Janusz Wójtowicz Identyfikujemy go z granymi rolami, bo skrzętnie ukrywa przed mediami swe życie prywatne

- Zdarzali się jacyś psychicznie odmienni goście i nagle chcieli się sprawdzać na przykład w krakowskim szalecie. „Co z ciebie za Franz? Ja jestem Franz!” - mówili. Trochę było takich sytuacji, ale odkąd przyznałem się publicznie, że lubię broń, zaczęły zanikać - śmieje się w „Playboyu”.

Jednak Linda z Pasikowskim poszli po najmniejszej linii oporu i przez całe lata 90. powtarzali pomysły z „Psów” w kolejnych obrazach. Kiedy jednak widzowie, oglądając śmiertelnie poważne sceny w filmie „Reich”, zaczęli pękać ze śmiechu, dali sobie wreszcie spokój. Do aktora przylgnęła wtedy już nie tyle łatka twardziela, co raczej niesympatycznego bufona.

- Zwłaszcza dziennikarki mają mnie za zarozumiałego imbecyla. Wydaje im się, że jestem jakimś potworem pożerającym kobiety żywcem. Można to olać, albo próbować prostować. Jak mi się nie chce, utwierdzam te panie w ich przekonaniu. To prostsze i szybciej idzie, ale potem boli - dodaje z goryczą aktor, który na początku minionej dekady właściwie wycofał się z kina. Występował tylko w serialach, dzięki czemu zarabiał na swe wyszukane przyjemności. Jak przystało na twardziela, postawił na sporty ekstremalne: żeglowanie po Atlantyku, skakanie ze spadochronem czy nurkowanie na pięćdziesięciu metrach. Jest też zapalonym myśliwym.

- Sporty te wyzwalają we mnie adrenalinę, a przy tym pozwalają lepiej poznać ludzi, z którymi się to robi, którym można zaufać, z których można zrobić przyjaciół. Człowiek czuje życie, gdy jest w niebezpieczeństwie, kiedy uprawia seks, pije wódkę albo wytarza się w rynsztoku. Wtedy czuje, że dotyka życia bezpośrednio. Jak u Dostojewskiego - śmieje się w Wirtualnej Polsce.

Odpoczynek znajduje w domu. Ma w nim dwie kobiety - żonę Lidię i córkę Olę. To jego druga rodzina. Wcześniej był żonaty - i dochował się dwóch dorosłych już synów.

Kiedy byli mali, na jednym z filmowych planów poznał fotografkę Lidię Popiel. - Marzyłem zawsze o wielkiej miłości. I jak spotkałem Lidkę, kobietę mojego życia, to odtąd ona już była najważniejsza - ucina temat życia prywatnego.

Alfabet Bogusława Lindy

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.