Barbara Madajczyk-Krasowska

Dwa grudnie generała Jaruzelskiego

Dwa grudnie generała Jaruzelskiego Fot. Archiwum
Barbara Madajczyk-Krasowska

Generał Jaruzelski przepraszał za stan wojenny, ubolewał nawet z powodu ofiar w Grudniu ’70. Ale gdy rządził, nie zrobił nic, by zadośćuczynić ofiarom i ich rodzinom.

Generał Wojciech Jaruzelski jest odpowiedzialny za dwa stany wojenne - w Grudniu ‘70 i w grudniu 1981 roku. Pierwszy, chociaż oficjalnie tak nienazwany, w istocie był takim ministanem wojennym, bo zawieszenie swobód obywatelskich, wprowadzenie godziny policyjnej obejmowało jedynie Wybrzeże, drugi został wprowadzony w całym kraju. W pierwszym i w drugim przypadku peerelowscy dygnitarze siłą stłumili wolnościowe aspiracje Polaków. Następstwem masakry na Wybrzeżu było około 45 ofiar śmiertelnych i ponad tysiąc rannych. Natomiast przez osiem lat stanu wojennego zginęło około stu osób. I do dziś w wielu przypadkach nie udało się ustalić sprawców zabójstwa wielu z nich.

Drugi grudzień

Odpowiedzialność generała Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego jest jednoznaczna. Pełnił bowiem najwyższe funkcje państwowe, był jednocześnie premierem, I sekretarzem KC PZPR i szefem Komitetu Obrony Kraju. I przecież sam ogłosił wprowadzenie stanu wojennego w telewizyjnym przemówieniu.

Udało mu się jednak przekonać większość Polaków, że stan wojenny był mniejszym złem.

- Wolno i konsekwentnie spada odsetek tych, którzy mówią, że wprowadzenie stanu wojennego było decyzją słuszną, to jednak ciągle jest ich więcej niż tych, którzy mówią, że niesłuszną - mówiła w radiowej Jedynce socjolog dr Barbara Fedyszak-Radziejowska.

Represje wobec osób zaangażowanych w działalność Solidarności były drakońskie: około 5 tys. osób zostało internowanych, w tym prawie cała Komisja Krajowa NSZZ Solidarność (oprócz tych, którym udało się ukryć), na czele z Lechem Wałęsą.

Milicja, esbecy w nocy z 12 na 13 grudnia często łomami wyważali drzwi i nierzadko w kajdankach wywozili zaangażowanych w pokojową działalność Solidarności mężczyzn i kobiety.

- Zjechaliśmy na obwodnicę trójmiejską i dalej na północ. Z boku zostawiliśmy jednak Wejherowo, a przy drodze mignęła Piaśnica, miejsce masowych egzekucji Polaków jesienią 1939 roku. Zaraz potem wjechaliśmy w las.

Stajemy. „Wysiadać” - rozkazuje cywil. Stoję osobno, oświetlony reflektorami samochodu. (...) Przez głowę przelatuje film życia. Wewnętrzna modlitwa. Czekam, kiedy to nastąpi - wspomina Andrzej Drzycimski, dziennikarz, historyk, późniejszy rzecznik prasowy prezydenta Lecha Wałęsy („Internować nadzieję”, dodatek historyczny „Uważam Rze”). Okazało się, że samochód zarył się w śniegu i po chwilowym postoju zawieźli go do obozu internowania w Strzebielinku.

Takie traumatyczne przeżycia nie były odosobnione, wielu internowanych miało skojarzenia z wywózkami Polaków na Sybir, było przekonanych, że wiozą ich do ZSRR.

Za próby oporu, strajki, drukowanie i rozpowszechnianie ulotek sądy skazywały na wieloletnie więzienia.

Mimo tych drakońskich represji wciąż większość Polaków uważa, że wprowadzenie stanu wojennego pozwoliło uniknąć obcej interwencji, rozlewu krwi i uspokoiło sytuację.

I chociaż historycy publikują coraz więcej dokumentów zawierających wypowiedzi wysokich dygnitarzy peerelowskich, radzieckich, zaświadczających o tym, że towarzysze radzieccy nie zamierzali wkraczać do Polski w grudniu 1981 roku, większości Polaków to nie przekonuje.

Groźba rosyjskiej interwencji była realna, ale w Grudniu 1980 roku. Potwierdzają to Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego USA w latach 1977-1981, oraz Richard Pipes, doradca prezydenta Ronalda Reagana w latach 1981-1982. Nie oznacza to, że towarzysze radzieccy nie naciskali na towarzyszy polskich, żeby zrobili „porządek” z 10-milionową Solidarnością. Dokumenty, m.in. raport Mitrochina (tajne i poufne akta skopiowane przez archiwistę KGB), wskazują, że szantażowali, naciskali do ostatnich dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Ale notatki, stenogramy z rozmów radzieckich dygnitarzy Breżniewa, Andropowa ujawniają, że sami nie byli zainteresowani interwencją w Polsce, bali się reakcji Zachodu, szczególnie sankcji ekonomicznych. Natomiast generał Wojciech Jaruzelski zabiegał o taką interwencję, w przypadku gdyby nie udało mu się spacyfikować społecznego oporu (notatka gen. Wiktora Anoszkina, adiutanta marszałka Wiktora Kulikowa, naczelnego dowódcy wojsk Układu Warszawskiego).

Peerelowskiej propagandzie udało się jednak wmówić społeczeństwu, że za strajki, konflikty i puste półki w sklepach była odpowiedzialna Solidarność. I dlatego wprowadzenie stanu wojennego część ludzi przyjęła z ulgą.

Pierwszy grudzień

W Grudniu ‘70 o użyciu broni palnej wobec demonstrantów zdecydował Władysław Gomułka, I sekretarz KC PZPR, ale generał Jaruzelski jako minister obrony tę decyzję wprowadzał w życie. Jednak przez lata udało mu się wmówić Polakom, że jego rola podczas pierwszego grudnia była mało znacząca, nawet rozpuszczano pogłoski, że generał był wówczas w areszcie domowym. Dopiero na początku lat 90., gdy został oskarżony o sprawstwo kierownicze w procesie Grudnia ’70, została odsłonięta jego rzeczywista rola.

Ostatnie badania opinii publicznej pokazały, że większość Polaków, szczególnie młodych, nie zna daty wprowadzenia stanu wojennego. Na pewno jeszcze więcej osób niewiele wie o Grudniu ’70. Ta tragedia jest wciąż żywa na Wybrzeżu, ale w kraju jest prawie zapomniana. I chociaż trwał proces, w którym wśród 12 oskarżonych o sprawstwo kierownicze był gen. Wojciech Jaruzelski, to nawet część historyków pomniejszała jego rolę. Głównym obwinionym miał być nieżyjący sekretarz Gomułka.

Antoni Macierewicz, minister obrony, i dr Sławomir Cenckiewicz, dyr. Centralnego Archiwum Wojskowego, ujawnili ostatnio, że zostały odnalezione nowe dokumenty dotyczące Grudnia ’70 i stanu wojennego.

Cenckiewicz zaakcentował, że dokumenty pokazują decydującą rolę Wojciecha Jaruzelskiego jako ministra obrony narodowej w sprawie Grudnia ‘70.

- To on decydował o wszystkim, co się działo na Wybrzeżu - zaznaczył. Cenckiewicz poinformował o dokumencie z 15 grudnia 1970 roku, będącym zapisem nieformalnego spotkania kierownictwa państwa i dowództwa wojska, z gen. Jaruzelskim na czele, podczas którego zapadła decyzja o użyciu broni na Wybrzeżu.

Prokurator Bogdan Szegda, oskarżyciel w procesie Grudnia ‘70, jest zdumiony, że pojawiły się teraz nowe dokumenty. Tłumaczy, że prokuratura zwróciła się do wszystkich instytucji o przysłanie dokumentów.

- Otrzymaliśmy je i zapewniano nas, że to są wszystkie dokumenty związane z tą sprawą - zaznacza.

W aktach procesowych spotkanie, o którym mówił Cenckiewicz, zostało uwzględnione.

- W materiale dowodowym, przedstawionym sądowi, prokuratura powołała się na naradę, w której uczestniczył generał Jaruzelski, na której zapadła decyzja o użyciu broni palnej - podkreśla.

Dla prokuratury źródłami informacji była notatka sporządzona przez sekretarza Komitetu Centralnego PZPR Artura Starewicza i zeznania, w charakterze świadka, Walerego Namiotkiewicza, osobistego sekretarza Władysława Gomułki.

- On wiernie przedstawił sposób decyzyjny dotyczący użycia broni palnej na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku - zaznacza prokurator.

Zresztą sam Jaruzelski potwierdził swój udział w tej naradzie.

- Jaruzelski w sposób subiektywny przedstawił obraz tej narady. Podkreślił, że Gomułka podjął decyzję o użyciu broni palnej - relacjonuje prokurator.

Na sugestię prokuratora, że mógł zaprotestować, czy podać się do dymisji, generał odpowiedział, iż byłby to pusty, nic nieznaczący gest.

- On tłumaczył, że przekazując do wykonania zezwolenie na użycie broni, obwarował je dodatkowymi zabezpieczeniami, takimi jak zakaz strzelania z broni maszynowej zainstalowanej na wozach bojowych. To zastosowanie miało być poprzedzone ostrzeżeniem o użyciu broni palnej, oddaniem najpierw salwy w górę i następnie pod nogi - relacjonuje prokurator Szegda.

Dziś wiemy, że zabici i ranni mieli rany, które spowodowały kule nie tylko z rykoszetów.

Prokurator Szegda zaznacza, że ówczesne ustawodawstwo nie dopuszczało możliwości użycia broni palnej.

- Nawet jeśli sięgniemy do regulaminu służby wartowniczej i garnizonowej, to tam również było precyzyjnie określone, kiedy możemy używać broni palnej. Nazwa służba wartownicza, garnizonowa odnosiła się do specyficznego odcinka działalności wojska, związanego z zabezpieczeniem mienia. Trudno mówić, że wydarzenia publiczne były związane ze służbą garnizonową, w której mieliby brać udział żołnierze czy funkcjonariusze MO - akcentuje.

Generał Jaruzelski, jak każdy autorytarny przywódca, namaszczony przez obce mocarstwo, jest postacią niejednoznaczną, bo jednak zgodził się na Okrągły Stół i na oddanie części władzy. W zamian został wybrany przez parlament prezydentem. Przepraszał za stan wojenny, ubolewał nawet z powodu ofiar w Grudniu ’70. Pełniąc jednak wysokie funkcje w PRL i III RP, nie spowodował wprowadzenia ustawy, by zadośćuczynić ofiarom i ich rodzinom.

Barbara Madajczyk-Krasowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.