Ryszarda Wojciechowska

Dorota Arciszewska-Mielewczyk: Marszałek został sprowokowany [ROZMOWA]

Dorota Arciszewska - Mielewczyk Fot. Tomasz Bolt/Polska Press Dorota Arciszewska - Mielewczyk
Ryszarda Wojciechowska

Niech nikt mnie nie przekonuje, że to było spontaniczne działanie opozycji - mówi posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk w rozmowie z Ryszardą Wojciechowską.

Można odnieść wrażenie, że uchodzi z was powietrze. Bo takiego kryzysu w III RP chyba jeszcze nie było. Kryzysu zresztą na wasze życzenie.

A dlaczego na nasze życzenie?

Zaczęło się od ruchu marszałka Kuchcińskiego, który wykluczył posła Szczerbę z obrad Sejmu.

Chce pani powiedzieć, że ta nielegalna okupacja mównicy, a potem marsze uliczne, to był pełen spontan? Jeżeli ktoś wcześniej przygotowuje sobie kanapki, zgłasza protesty uliczne, a w kuluarach sejmowych przestrzega, że wieczorem ma być jakaś zadyma, to nikt mnie nie przekona do tego, że wszystko zaczęło się od ruchu marszałka Kuchcińskiego. Gdyby marszałek nie wykluczył posła Szczerby, to pewnie opozycja znalazłaby inny pretekst do nielegalnego okupowania jego fotela. Ja zresztą jestem zwolennikiem zasad głosowania przyjętych w Senacie. Wtedy można byłoby uniknąć takich sytuacji, jakich byliśmy ostatnio świadkami.

To znaczy, jakich zasad?

Najpierw debata nad projektem w komisji, potem podczas pierwszego i drugiego czytania na plenarnym posiedzeniu, a w czasie głosowań już nie zadaje się pytań. A tu zaczęło się od zgłoszenia wniosku formalnego, który, jak się okazało, wnioskiem formalnym nie był. Zrobiono to tylko po to, żeby krzyczeć o wolności mediów i wykrzykiwać coś w kierunku Prawa i Sprawiedliwości oraz prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Jeżeli poseł, który uważa się za poważnego parlamentarzystę, podchodzi do mównicy i mówi: „kochany panie marszałku, muzyka łagodzi obyczaje...”, to ja bardzo przepraszam, ale chyba tak nie należy się do marszałka zwracać. Marek Kuchciński nie miał innego wyjścia, jak upomnieć go, przywoływać artykuł o zakłócaniu obrad, a jak i to nie pomogło, wykluczyć go. Oczywiście wykluczenie może nastąpić po rozpatrzeniu wniosku przez komisję regulaminową. I komisja wniosek podtrzymała. Być może marszałek był skłonny wycofać się, ale atmosfera zrobiła się tak napięta, że nie tylko jemu trudno było utrzymać nerwy na wodzy. Mnie zresztą ta sytuacja bardzo uwiera.

A co Panią uwiera?

Jeżeli Platforma Obywatelska wyszła, jak twierdzi, okupować mównicę w obronie wolności słowa, to ja przypomnę marszałka Borusewicza, który mnie również chciał pozbawić wolności słowa, strasząc wezwaniem straży marszałkowskiej. Nie wydał mi także paszportu dyplomatycznego, kiedy jechałam do Niemiec w sprawie wolności słowa. Ale wówczas nie przyszło mi do głowy, żeby położyć się pod jego fotelem i trzymać go za kostki. A teraz, po zachowaniu opozycji, można wnioskować, że jedynym standardem w parlamentarnej dyskusji ma być okupacja mównicy i fotela marszałka.

No tak, o swoim przypadku Pani już nie raz mówiła.

Bo to dla mnie ważne. Zwłaszcza kiedy ktoś powołuje się na wolność słowa. Niech najpierw sam uderzy się w piersi.

Ten Sejm już niejedno podobne zachowanie widział. Prezes Jarosław Kaczyński, można powiedzieć, też „okupował” mównicę z tabletem, z którego przemawiał premier techniczny Piotr Gliński.

No i co się stało?

Ja też mogę zapytać - no i co się stało, że poseł PO stanął z napisem „wolne media”?

To są nieporównywalne sytuacje. Premier puszczał z tabletu przemówienie kandydata na premiera technicznego, któremu zakazano wstępu do Sejmu i wypowiedzenia się. A w tym ostatnim przypadku marszałek od początku nie mógł prowadzić obrad, był zakrzykiwany, a PO składała nieregulaminowe wnioski formalne. Opozycja tylko szukała pretekstu i pewnie by go znalazła, jak nie wtedy, to potem, przy dezubekizacji czy budżecie.

Jak to się zakończy, Pani zdaniem?

Obie strony muszą ochłonąć. Aczkolwiek nie możemy zgodzić się na to, aby w parlamencie standardem w dyskusji stało się nielegalne okupowanie fotela marszałka. Bo to nas na pewno nie zbliży. Chyba że PO chce konflikt eskalować.

Słuchając Pani, można odnieść wrażenie, że PiS nie ma sobie nic do zarzucenia.

Z pewnością byliśmy cały czas prowokowani. Marszałek też został sprowokowany do podejmowania ostatecznych, objętych regulaminem, decyzji. Niemniej należy rozmawiać, tak jak to czynią marszałek Senatu Karczewski i prezydent Duda. I życzmy sobie powrotu do spokojnych, zgodnych z regulaminem, obrad Sejmu.

Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.