Hanna Wieczorek

Do czego USA potrzebna była Polska Ludowa

Do czego USA potrzebna była Polska Ludowa Fot. Fot. Tomasz Bolt / Polskapresse
Hanna Wieczorek

Jakie tajemnice kryją odtajnione niedawno amerykańskie akta - opowiada profesor Jakub Tyszkiewicz, wrocławski historyk i autor książki „Rozbijanie monolitu. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Polski 1945-1988”.

Polscy historycy badają zwykle meandry naszej, krajowej polityki zagranicznej, Pan natomiast przedstawił politykę Stanów Zjednoczonych wobec naszego kraju. Warto było?

Tak, warto. Wokół polityki Stanów Zjednoczonych narosło wiele mitów i uproszczeń, wynikających z braku dostępu do źródeł. Przyznam, że miałem trochę szczęścia, bowiem dotarłem do odtajnionych niedawno dokumentów amerykańskich. Pozwalają one już na niemal całościowe spojrzenie na politykę USA wobec Polski, tego „otwartego okna w żelaznej kurtynie” w czasach zimnej wojny. Takie określenie naszego kraju padło w czasie posiedzenia doradców CIA pod koniec 1958 r.

Narosło wiele mitów? Jakich?

Zacznijmy od tego, że po stronie amerykańskiej funkcjonuje przekonanie, iż stosunek Stanów Zjednoczonych do Polski w czasach zimnej wojny był tylko pochodną polityki tego kraju wobec Związku Radzieckiego. Tymczasem dokumenty wyraźnie wskazują, że od roku 1956 strona amerykańska postrzegała Polskę do pewnego stopnia odrębnie od ZSRR i prowadziła specyficzną politykę wobec naszego kraju.

Specyficzną? To brzmi groźnie.

Specyficzną, ponieważ traktowano PRL inaczej, niż pozostałe kraje bloku radzieckiego. Co więcej, stosunki z Polską miały służyć pokazaniu innym państwom zależnym od Kremla, że jeśli zdecydują się one, podobnie jak nasz kraj w 1956 roku, na zmianę polityki, czyli większe otwarcie na Zachód, to mogą liczyć na porozumienie i nieco lepsze stosunki z Waszyngtonem.

Nieco lepsze? W jakiej sferze?

Przede wszystkim chodziło o pomoc ekonomiczną w postaci kredytów na artykuły rolne i żywnościowe. Na dodatek, pożyczki spłacano częściowo w złotówkach, co jak wiemy było bardzo korzystne dla rządu polskiego ze względu na czarnorynkową wartość dolara. W grę wchodziła także współpraca na polach nauki i kultury. Od początku lat 60. XX wieku polscy naukowcy mieli możliwość wyjazdów na stypendia w USA, finansowane przez rządowy Program Fulbrighta, a także prywatne fundacje. Warto wspomnieć, że kredytów hojnie udzielano Polsce do 1980 roku, niezależnie od sytuacji politycznej w naszym kraju.

Naukowcy innych krajów RWPG rzadziej otrzymywali stypendia?

Do lat 70. XX wieku jedynie Polska objęta była programem stypendialnym fundacji Fulbrighta. I dzięki temu liczni naukowcy mieli możliwość wyjechać do Stanów Zjednoczonych, by skorzystać z olbrzymiego potencjału uczelni amerykańskich. Amerykanie mieli nadzieję, że takie wyjazdy przekonają polskie elity - a do nich zaliczano także również naukowców - o atrakcyjności amerykańskiego stylu życia. Zresztą poszli o krok dalej i zadbali, by na liczne stypendia wyjeżdżali również przedstawiciele komunistycznego establishmentu politycznego, na przykład Mieczysław Rakowski, Longin Pastusiak, czy młody Włodzimierz Cimoszewicz. W ten sposób chcieli, by także partyjni „aparatczycy” mogli przekonać się o zaletach życia w demokratycznym kraju, takim jak USA. To miało zmieniać ich tradycyjnie niechętną, a czasami nawet wrogą, postawę wobec mocarstwa zza Atlantyku.

I ta polityka przyniosła efekty?

Moim zdaniem tak. Jeśli popatrzymy na fakt, że wielu stypendystów rządu amerykańskiego po 1989 roku zajmowało wysokie stanowiska rządowe… Uważam, że właśnie te wcześniejsze działania tamtejszej administracji walnie przyczyniły się do tego, iż polityka polska po 1989 roku, niezależnie od koloru politycznego, była zawsze proamerykańska.

Wróćmy do nieco starszej historii. Jak Amerykanie traktowali Polskę w latach 1945-1956?

Sytuacja inaczej wyglądała w latach 1945-1947, do czasu sfałszowanych przez komunistów wyborów a inaczej w następnych latach. Stany Zjednoczone do 1947 roku nadal liczyły, że Polska, pomimo uzależnienia od Kremla, będzie krajem, z którym uda się utrzymywać relacje polityczne, a przede wszystkim gospodarcze na normalnym poziomie. Natomiast w latach 1947-1956 mamy coś, co nazywamy „soviet related matters”, czyli sprawy powiązane ze Związkiem Radzieckim. Waszyngton postrzegał więc to co się dzieje w Polsce, jako część sytuacji w całym bloku wschodnim. To widać wyraźnie w amerykańskich dokumentach. Zmiana następuje w 1956 roku, kiedy Polska znowu zaczyna być odrębnym celem zainteresowania amerykańskiego.

Jak się stało? Czy był to wynik badań, obserwacji amerykańskich, czy możemy mieliśmy w USA jakiegoś gorącego orędownika?

To wynikało z rozwoju sytuacji w Polsce, liberalizacja po 1956 roku życia społecznego, fakt, że Polska stała się tym „najweselszym barakiem w obozie” sprawił, że USA zaczęły postrzegać sytuację jako zupełnie odrębną i uwierzyły, że Polska może pójść w kierunku drugiej Jugosławii, czyli uzyskania niezależności od Kremla przy pozostawaniu krajem socjalistycznym. Jak wiemy, były to nadzieje złudne, ale właściwie cała polityka, aż do 1981 roku, będzie kontynuowała to co zaczęto w 1957 roku.

Jaki wpływ na tę politykę miał Zbigniew Brzeziński?

Moim zdaniem bardzo duży. Brzeziński w latach 70. był głównym doradcą prezydenta Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego i niemal toczył wojny o Polskę z sekretarzem stanu Cyrusem Vancem, który w swoich pamiętnikach nawet nie zająknął się o naszym kraju. Departament Stanu był zresztą bardzo niechętny wizycie Cartera w Warszawie w grudniu 1977 roku. Doszła ona do skutku właśnie dzięki naciskowi Brzezińskiego, który forsował też zwiększenie pomocy dla Polski już w latach kryzysu gospodarczego, mówię tu przede wszystkim o korzystnych dla PRL kredytach w ramach tzw. CCC na zakup artykułów rolnych za Atlantykiem. To było pół miliarda dolarów rocznie (czyli 2 miliardy według dzisiejszej wartości dolara). Także stanowisko Cartera wobec możliwości inwazji radzieckiej w Polsce w grudniu 1980 r. to duża zasługa Brzezińskiego, który naciskał, nie sam co prawda, na bardziej stanowczą politykę USA w tej sprawie. Proszę pamiętać, że sankcje gospodarcze wobec Polski i ZSRR wprowadzone przez Reagana, zostały wypracowane na wypadek wcześniejszych ruchów czy to polskich komunistów, czy Związku Radzieckiego już w grudniu 1980 roku. I administracja Reagana czerpała pełną garścią z tych planów ustalonych rok wcześniej, kontynuując rzekomo słabą postawę poprzedników. Rzekomo, bo w rzeczywistości poszła znacznie dalej niż polityka prezydenta Johnsona wobec interwencji w Czechosłowacji, gdzie ograniczono się do pustych protestów. W przypadku Polski Carter nie wahał się zawiadomić opinii publicznej o możliwości interwencji radzieckiej. Czy prawdziwej czy nie, tego nie wiemy, ale niewątpliwie to również mogło skłonić Kreml do pewnej wstrzemięźliwości w stosunku do wydarzeń w Polsce.

Zdecydowany przyjaciel w Waszyngtonie zawsze się przydaje?

Brzeziński odgrywał, wbrew pozorom, dużą rolę także za czasów prezydentury Reagana. Liczono się z jego zdaniem. Wiemy z pamiętników szefa CIA, że np. prośby Brzezińskiego o pomoc finansową na rzecz pewnych przedsięwzięć właśnie na rzecz Polski były bardzo ciepło przyjmowane i finansowane przez wywiad amerykański. Postać Brzezińskiego, pomimo istnienia jego biografii, zasługuje na dalsze badania w oparciu o nowe, odtajniane właśnie akta, bo one dopiero pokażą w pełni jaką rolę odegrał w sprawach Polski.

Przeprowadzając kwerendę znalazł Pan dokumenty, które Pana zaskoczyły?

Było wiele takich dokumentów. Po pierwsze kwerenda objęła materiały, których dotąd nie badali ani polscy, ani amerykańscy naukowcy. Miałem więc to szczęście, że byłem pierwszy. I mogę zapewnić, że polityka amerykańska może być dla nas zaskoczeniem. W 1957 roku rozważano np. możliwości pomocy militarnej dla Polski w przypadku inwazji radzieckiej i próby obalenia Gomułki. Trwało to krótko, cztery miesiące, ale jednak były to dokumenty podpisane przez samego prezydenta Eisenhowera. Patrzono więc na Polskę jako na kraj, któremu Stany Zjednoczone mogą pomóc, inaczej niż w przypadku powstania na Węgrzech w 1956 roku. Dziwić też może ostrożny stosunek do polskiego karnawału i Solidarności.

Żartuje Pan? Ostrożnie podchodzono do Solidarności?

Stany Zjednoczone uważały, że polityka prowadzona przez Edwarda Gierka sprzyja interesom amerykańskim i z dużą ostrożnością podchodziły zarówno do rozwoju ruchu dysydenckiego od połowy lat 70., jak i przebiegu strajków w Gdańsku i na Wybrzeżu, a potem także do całego ruchu Solidarności. Nieoficjalnie, odradzano na przykład wyższym dyplomatom amerykańskim spotkania się z przedstawicielami Solidarności, przenosząc je na niższych rangą urzędników ambasady. Obawiano się, że zbyt duża ingerencja amerykańska w sprawy polskie może wywołać niepokój w ZSRR i zakłócić pozytywny rozwój wypadków, z punktu widzenia USA, nad Wisłą w latach 1980-81.

To się zmieniło po wprowadzeniu stanu wojennego.

Tak. Od jesieni 1981 roku administracja Ronalda Reagana zaczęła patrzeć na sytuację w Polsce nie tylko z gospodarczego punktu widzenia. Do tego momentu bowiem przeważało pytanie, czy pomóc Polsce, skoro jest tak źle, że ona może niemal zbankrutować. Od jesieni kwestie ekonomiczne mocno połączono z politycznymi i stwierdzono, że dla Waszyngtonu bardzo ważne jest, by polski eksperyment odniósł sukces, ponieważ osłabia blok sowiecki. Rozwój sytuacji nad Wisłą w czasie karnawału Solidarności wpisywał się zatem w forsowaną przez administrację Reagana walkę z komunizmem. Zaczęto nawet przemyśliwać o nowym miniplanie Marshalla, robionym wspólnie z krajami Europy Zachodniej. Zamierzano „wpompować” w Polskę dwa miliardy dolarów, dzisiaj byłoby to około 5,5 miliardów. Owe działania miały się rozpocząć w 1982 roku. Niestety, wprowadzenie stanu wojennego przerwało przygotowania. Bardzo wzburzony Reagan osobiście zareagował na wydarzenia w Polsce. I co jest ważne, te słynne sankcje, które wówczas wprowadzono, dotyczyły nie tylko nas, ale i Związku Radzieckiego. A więc, to sam Reagan jednoznacznie wskazywał, kto jest głównym sprawcą tego, co stało się w Polsce 13 grudnia 1981 roku.

Pokojowe plany zmiękczenia polskiego komunistycznego establishmentu politycznego wzięły w łeb.

Od tego momentu możemy mówić o włączeniu sytuacji w Polsce w ogólną walkę z imperium zła, czyli z komunizmem na całym świecie. Wprowadzenie stanu wojennego spowodowało, że Stany Zjednoczone zaczęły postrzegać Polskę nie tylko przez pryzmat relacji z rządem komunistycznym w Warszawie, ale również nawiązały ściślejsze kontakty z opozycją demokratyczną, podziemnymi strukturami Solidarności.

Nie zajmuje się Pan stosunkiem Waszyngtonu do zmian w 1989, ale proszę powiedzieć, w jakim kierunku ruszyła wówczas polityka USA.

Polityka amerykańska w latach 80. uzależniała powrót do dobrych relacji bilateralnych od liberalizacji w naszym kraju, przede wszystkim życia politycznego, ale też ekonomicznego. A to wiązało się oczywiście z przeprowadzeniem w Polsce reform. Po pełnej amnestii politycznej i pierwszych próbach dialogu z opozycją przez władze warszawskie, Stany Zjednoczone zaczęły zmieniać swoją politykę. Efektem było zniesienie w lutym 1987 roku wszystkich nałożonych sankcji, a zwłaszcza życzliwe sekundowanie zmianom zachodzącym u nas w latach 1988-1989. Przy czym znowu, u polityków amerykańskich można dostrzec obawy, że zbytnie angażowanie się Amerykanów w dialog pomiędzy władzą a opozycją może doprowadzić do wycofania się komunistów z rozmów. Obawiano się nawet obalenia „reformatorów” partyjnych przez twardogłowych i tym samym powrót do stanu z początku lat 80.

Mieczysław Rakowski, gdy został premierem, był postrzegany jako partner łatwiejszy do rozmów, bo poznał Stany Zjednoczone dzięki wizycie sponsorowanej przez rząd USA?

Oczywiście. Waszyngton zawsze dostrzegał różne skrzydła działające w PZPR. To naturalne, że wiązano większe nadzieje ze środowiskiem liberałów. Amerykanie znali Rakowskiego, który bardzo często przedstawiał swoje poglądy na sytuację w Polsce. Jasne jest jednak, że liberałowie w PZPR byli postrzegani jako opcja korzystniejsza z punktu widzenia amerykańskich interesów, bo zawsze byli bardziej prozachodni i proamerykańscy niż partyjny beton. Jestem pewien, że reformy wprowadzane przez Rakowskiego i Mieczysława Wilczka były witane w Waszyngtonie z dużą nadzieją, pozwalały bowiem sądzić, że Polska pójdzie w kierunku demokratyzacji nie tylko życia politycznego, ale także gospodarczego. Reformy ekonomiczne były z punktu Waszyngtonu były równie ważne, jak te polityczne, bowiem pozwolą wyjść Polsce z zapaści gospodarczej, w jakiej znalazła się w latach 80. Te dwa hasła: wolny rynek i demokratyzacja były w ściśle powiązane ze sobą.

Jak postrzegano zmiany zachodzące w Polsce?

Zmiany zachodzące w Polsce i w latach 1988 i 1989 w Waszyngtonie odbierano jako spełnienie naczelnego celu polityki USA w okresie zimnej wojny. Nawet nie całkiem wolne wybory w czerwcu 1989 r. zostały przyjęte przez Amerykanów jako znak pokazujący, że ów cel - pełna demokratyzacja życia w Polsce - został osiągnięty. Zresztą wkrótce potem, ich zdaniem, ową demokratyzację udowodniło powstanie rządu pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego. W tym czasie na tle innych krajów bloku wschodniego, to było wielkie osiągniecie. Dziś często o tym się zapomina.

Polska była ważnym elementem polityki USA czy patrzono na nią jak na niewielki element puzzli układanych przez dwa mocarstwa?

Była postrzegana jako kraj zależny od Kremla. W najważniejszych sprawach politycznych np. w czasie głosowania na forum ONZ, kto ma zostać niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa, USA zawsze wspierały swoich sojuszników wojskowych.

No dobrze, na jakim miejscu umieściłby Pan Polskę na liście amerykańskich priorytetów?

Jeśli chodzi o blok radziecki - bardzo wysoko.

A jeśli chodzi o cały świat?

Pierwszorzędnymi partnerami USA były wszystkie kraje demokratyczne, Polskę postrzegano jako kraj realizujący polityczne i wojskowe cele Kremla, należący do przeciwnego obozu. Jednak wśród krajów zza żelaznej kurtyny nasz kraj, poza ZSRR, był najważniejszym partnerem. W czasach zimnej wojny to właśnie Europa była dla Waszyngtonu obszarem strategicznym. Wynikało to głównie z zagrożenia komunizmem zachodnich krajów demokratycznych. Tam, gdzie się pojawiało „czerwone niebezpieczeństwo”, tam USA zwracało swój wzrok… Niewątpliwie jednak sytuacja nad Wisłą była bardzo istotna dla Amerykanów. W latach 80. To właśnie Polska, obok Afganistanu i Nikaragui była częścią światowego planu Reagana mającego na celu obalenie komunizmu na świecie.

Przeglądał Pan akta globalnej polityki, był pan w USA, zna Pan realia zwykłego życia. Czy Polska istnieje w świadomości amerykańskiej ulicy?

Funkcjonuje, aczkolwiek w niewolny od mitów sposób. Znany jest przede wszystkim fenomen Solidarności i osoba Lecha Wałęsy, jako przywódcy robotniczego protestu w 1980 r.. Niepokojący jest natomiast coraz mocniej funkcjonujący wśród części amerykańskiego społeczeństwa uproszczony, negatywny obraz podejścia Polaków do Holocaustu w czasie okupacji hitlerowskiej. Wynika to z faktu, że badania nad zagładą Żydów są bardzo rozpowszechnione za Atlantykiem. Przedmioty, na których omawia się te zagadnienia pojawiają się często już w szkołach średnich.

W większości wypadków jednak Amerykanie wiedzą jedynie, że taki kraj, jak Polska istnieje w Europie. I niewiele więcej, ponieważ historia naszego kraju w amerykańskich kursach cywilizacji zachodniej nie zajmuje wiele miejsca. Ale widać światełko w tunelu, powstają nowe opracowania naszej historii przeznaczone na rynek amerykański. Wiem, że powstaje właśnie praca poświęcona stosunkowi mocarstw zachodnich, w tym USA, do Piłsudskiego, który właściwie nie funkcjonuje dotąd w świadomości amerykańskiej. Polska bardziej funkcjonuje w świadomości elit politycznych - przedwyborcze wizyty kandydatów na prezydenta w Kongresie Polonii Amerykańskiej są właściwie rytuałem. Każdy kandydat chce przekonać Polonię, że jest pozytywnie nastawiony do spraw Polski, ale szczerze mówiąc, po zaprzysiężeniu różne obietnice nie są zwykle przez prezydentów wypełniane.

„Rozbijanie monolitu. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Polski 1945-1988” zostało wybrane Książką Historyczną roku 2016. To dla Pana ważna nagroda?

Oczywiście. To wielki zaszczyt, bo przecież jest to jedna z najważniejszych nagród dla historyka w Polsce. Cieszę się z niej, bo pokazuje, że to co robię jest dobrze postrzegane przez badaczy i czytelników. Ale traktuję ją nie tylko jako dowód uznania, ale i bodziec do dalszych poszukiwań „tajemnic XX wieku”. Nie muszę dodawać, że są to badania pasjonujące dla każdego historyka dziejów najnowszych.

Kiedy napisze Pan kontynuację książki „Rozbijanie monolitu. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Polski 1945-1988”?

Akta z końca XX w. są za Atlantykiem dopiero odtajniane, a wiele ważnych dokumentów jest niedostępnych. Trzeba zatem poczekać jeszcze kilka lat, by pokusić się np. o pełną syntezę polityki USA wobec przemian w Polsce do czasu wejścia naszego kraju do NATO.

Rozmawiała: Hanna Wieczorek

Hanna Wieczorek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.