Dlaczego Breslau miał być stolicą nowych Niemiec

Czytaj dalej
Fot. fotopolska.eu
Sebastian Fikus

Dlaczego Breslau miał być stolicą nowych Niemiec

Sebastian Fikus

Wydarzenie to jest powszechnie znane i było inscenizowane w wielu filmach. 17 lipca 1944 roku jeden z dowodzących frontem zachodnim marszałków Wehrmachtu, Erwin Rommel wracał otwartym samochodem osobowym z inspekcji swoich oddziałów. W pobliżu francuskiej miejscowości Sainte-Foy-de-Montgommery auto zauważyli piloci alianckich samolotów i zaatakowali pojazd z broni pokładowej. Kierowca zginął na miejscu, Rommel przeżył atak, ale został ciężko ranny. Wydaje się, że wydarzenie to zmieniło przebieg próby zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku w III Rzeszy i przypuszczalnie wpłynęło na kształt granic powojennej Europy. Uniemożliwiło realizacje Planu Hermanna, który zakładał przeniesienie stolicy Niemiec z Berlina do Wrocławia.

Historia przygotowań do zamachu w Wilczym Szańcu na Mazurach zaczęła się kilka lat wcześniej. 16 stycznia 1940 roku w Berlinie na obiedzie spotkało się dwóch śląskich arystokratów: hrabiowie Helmuth James von Moltke z Krzyżowej pod Świdnicą i Peter York von Wartenburg z Oleśnicy. Obaj znali się od dawna i byli powiązani bliskimi więzami rodzinnymi. Ów obiad uchodzi w niemieckiej historiografii za moment narodzenia się opozycji antyhitlerowskiej, któremu gestapo kilka lat później nadało nazwę „Kreisauer Kreis” - Krąg z Krzyżowej (od rodzinnych dóbr Helmuta von Moltke, gdzie spotykali się opozycjoniści). Amerykańskie służby specjalne nazwały tą opozycyjną grupę Kręgiem Hermanna. Nazwa ta pochodziła od Helmuta Moltke, któremu w USA nadano taki właśnie kryptonim.

Podczas wspomnianego obiadu w styczniu 1940 roku obaj panowie postanowili podjąć wspólnie działania przeciwko reżimowi hitlerowskiemu. Zorganizowali wokół siebie środowisko opozycyjne, które tworzyli prawnicy, politolodzy, ekonomiści i filozofowie, ale i oficerowie. Początkowo Krąg z Krzyżowej był raczej stowarzyszeniem intelektualno-naukowym. Z czasem zaczęto podejmować inicjatywy, które w aktywny sposób miały przyczynić się do obalenia reżimu.

Od stycznia 1943 roku Kręg z Krzyżowej stał się najważniejszym i najbardziej wpływowym środowiskiem opozycyjnym III Rzeszy. Ścierały się w nim dwie przeciwstawne koncepcje likwidacji reżimu hitlerowskiego. Pierwszą z nich reprezentował hrabia Helmuth von Moltke, który zdecydowanie sprzeciwiał się planom zamordowania dyktatora. Uważał, że Hitler powinien pozostać przy życiu, by ponieść konsekwencje swoich zbrodni. Obawiał się, że zamordowanie dyktatora zrobi z niego męczennika. Sprzeciw wobec planów zamordowania Hitlera wynikał również z pragmatyki. Moltke był przekonany, że opozycjoniści nie mają doświadczenia w podobnych operacjach i dyletancka próba zamachu skończy się niepowodzeniem. Jak się okazało, miał rację.

Jednak w Kręgu w Krzyżowej od jesieni 1943 roku zaczęło przeważać przekonanie o konieczności zamordowania Adolfa Hitlera. Wtedy bowiem pojawił się Claus Schenke hrabia von Stauffenberg, zdecydowany zwolennik zamachu na Hitlera. Helmuth von Moltke nie pozostał bezczynny, który uważał, że opozycja antyhitlerowska powinna była uczynić wszystko, żeby pomóc pokonać reżim hitlerowski zachodnim aliantom, próbował nawiązać kontakt z aliantami. Nie udało mu się to z rządem Wielkiej Brytanii, więc zwrócił się do administracji amerykańskiej. W lipcu 1943 roku wyjechał do Istambułu, gdzie prowadził rozmowy z kierownikiem amerykańskiej komórki służb specjalnych - Office of Strategic Service (OSS) - bankier z Illinois, Lanningiem Macfarlandem. Obaj łudzili się, że dojdzie do współpracy pomiędzy rządem USA i Kreisauer Kreis.

Perspektywa współpracy rządu USA z niemiecką opozycją nie była jednak oczywista. Prezydent Roosevelt przyjął przecież doktrynę bezwarunkowej kapitulacji, która miała zneutralizować obawy Stalina, że zachodni alianci dążą do wcześniejszego, separatystycznego zakończenia wojny. Gdyby tak się stało, mogłoby to oznaczać wejście zachodnich aliantów do Europy środkowo wschodniej. A do tego Stalin nie chciał za żadną cenę dopuścić.

By temu zapobiec Stalin posłużył się, ku zaskoczeniu aliantów, powołanym we wrześniu 1943 roku w Moskwie „Związkiem Niemieckich Oficerów” (Bund der deutschen Offiziere). Na Zachodzie uznano to za dowód, że to Stalin szuka kontaktów z niemiecką opozycją w celu szybkiego zakończenia wojny po swojej myśli. Taki scenariusz wypadków niósł ze sobą groźbę sowietyzacji całej Europy, aż po Atlantyk. A do tego Amerykanie nie chcieli w żaden sposób dopuścić. W atmosferze wzajemnej podejrzliwości rozpoczęła się 28 listopada 1943 roku Konferencja w Teheranie. Stalin zobowiązał się do rezygnacji ze współpracy ze Związkiem Niemieckich Oficerów, w zamian dostał gwarancje, że alianci nie będą podejmowali samodzielnych pertraktacji z niemiecką opozycją. W ten sposób emisariusze niemieckiej opozycji stracili szansę na współpracę z aliantami. Warto dodać, że perspektywą współpracy ze Związkiem Niemieckich Oficerów Stalin skutecznie szantażował zachodnich aliantów również w kwestii wschodniej granicy Polski.

O poczynionych w Teheranie ustaleniach lider Kręgu z Krzyżowej, Helmuth von Moltke nie miał pojęcia. Po raz drugi do Istambułu przyjechał w grudniu 1943 roku. Do tej wizyty przygotowywał się z marszałkiem Erwinem Rommelem i z innymi czołowymi przedstawicielami niemieckiej generalicji. Miał ze sobą szczegółowe propozycje współpracy sztabu generalnego Wehrmachtu i sztabu aliantów. W Istambule czekało go rozczarowanie: rząd amerykański nie był skłonny do poważniejszych rozmów.

Agenci amerykańskiego wywiadu spisali po wyjeździe Moltkego tak zwany „Herman - Dossier”. Zawierało ono wspomniany wcześniej Plan Hermanna, czyli on propozycje stworzenia politycznych i militarnych ram dla bezwarunkowego otwarcia frontu zachodniego. Niemieccy generałowie zobowiązywali się, że przemarsz armii przez Niemcy i Polskę dokona się bez incydentów zbrojnych. W myśl propozycji Helmutha von Moltke front miał być utrzymany przez Wehrmacht na linii Tylża-Lwów. Po przybyciu tam aliantów miała nastąpić bezwarunkowa kapitulacja na wszystkich frontach. Linia Tylża - Lwów miała stać się później granicą demarkacyjną dla zachodniej i sowieckiej strefy okupacyjnej. Moltke wychodził z założenia, że Związek Radziecki stanie przed faktem dokonanym i nie pozostanie mu nic innego, jak współuczestniczyć w bezwarunkowej kapitulacji Rzeszy.

Plan Hermanna stawiał tylko jeden tylko wymóg - zgody na powołanie antyfaszystowskiego rządu, który miałyby być reprezentacją państwa niemieckiego w dalszych rozmowach o jego przyszłym losie. W oczach Helmutha von Moltke Berlin był symbolem niemieckiego militaryzmu. Dlatego na przyszłą stolicę Niemiec szukał miasta, które by takich skojarzeń nie budziło. Proponował ustanowienie stolicy nowych Niemiec w którymś z miast ówczesnych południowo-wschodnich Niemiec - we Wrocławiu lub Opolu.

Plan Hermanna powędrował do Stanów Zjednoczonych. Jedną z pierwszych osób, w rękach której znalazł się „Hermann-Dossier” był kierownik Office of Strategic Services (OSS) generał Williman Donovan. Na jego negatywnej ocenie planu zaważyło... antysowieckie nastawienie amerykańskich agentów, którzy ów plan spisali i niejako dopisali własne elementy, które zostały źle przyjęte. Antyradziecki charakter planu nie pasował do ducha tamtych czasów.

Tymczasem sytuacja spiskowców robiła się coraz trudniejsza. 17 stycznia 1944 roku aresztowano Helmutha von Moltke pod zarzutem utrudniania śledztwa przeciwko wrogom hitlerowskiego państwa. Tego, że Moltke sam był jednym z najważniejszych liderów niemieckiej opozycji nikt w SS nie podejrzewał. Osadzono w obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Warunki, w jakich przetrzymywano Moltkego pokazują, jak różna była sytuacja więźniów. Hrabia nosił w obozie swoje prywatne ubrania. Raz w miesiącu odwiedzać go mogła żona, która przywoziła mu dowolne ilości żywności i świeżą garderobę. Przywoziła mu nawet kawę, która na skutek wojennych trudności zaopatrzeniowych normalnie nie była dostępna. Moltke mógł chodzić na wielogodzinne spacery po okolicznych lasach, tyle, że towarzyszyli mu oficerowie straży obozowej. Wyprawy te kończyły się swobodnym obiadem w normalnej restauracji.

Jeszcze bardziej absurdalne było to, że umieszczony w obozie koncentracyjnym hrabia von Moltke dalej pracował dla Abwehry. Z centrali otrzymywał codziennie aktualną brytyjską prasę i protokoły debat w londyńskim parlamencie. Na ich podstawie sporządzał analizy dla kontrwywiadu. Dostępu do tych materiałów nie posiadali nawet członkowie rządu III Rzeszy, a tym bardziej wysocy funkcjonariusze SS. Za posiadanie takich „papierów” groziły w Niemczech najbardziej drakońskie kary. W ten sposób cela, a raczej hotelowy pokój Helmutha von Moltke w Ravensbrück był miejscem, do którego nie powinien mieć dostępu nawet sam komendant obozu koncentracyjnego.

Uwięzienie Helmutha von Moltke miało poważne konsekwencje dla niemieckiej opozycji. Rolę lidera Kręgu z Krzyżowej przejął jego polityczny przeciwnik - hrabia Claus von Stauffenberg, który zorganizował wokół siebie grupę kilkuset oficerów przygotowujących z nim próbę zamordowania dyktatora. Cele polityczne Stauffenberga były inne, niż Moltkego. Stauffenberg widział możliwość dalszej kontynuacji wojny z aliantami, która w jego rozumieniu, nie miała zaborczych celów. Dla Stauffenberga najważniejsze było zachowanie suwerenności Niemiec i zapewnienie integralności granic z 1937 roku. Część opozycji antyhitlerowskiej domagała się konsekwentnie przywrócenia granic z 1914 roku. Stauffenberg wcale nie zamierzał się natychmiast poddawać aliantom, jak się czasami sądzi.

Przygotowywany zamach opierał się na dobrze pomyślanym planie taktycznym pod nazwą Walkiria i zakładał manipulowanie całym Wehrmachtem bez wiedzy tej części generałów, którzy nie brali udziału w sprzysiężeniu. Uczestnicy zamachu zdawali sobie sprawę, że Walkiria nie ma większych szans na sukces. Stąd też w kręgach opozycyjnych pracowano nad rozwiązaniem rezerwowym, którym miał być właśnie Plan Hermanna. Za jego przeprowadzenie odpowiedzialny miał być marszałek Erwin Rommel. Po lądowaniu wojsk alianckich w Normandii 6 czerwca 1944 roku realizacja Planu Hermanna była niewspółmiernie prostsza niż poprzednio. Nie wymagała nawet specjalnych uzgodnień z aliantami. Na wypadek niepowodzenia zamachu stanu, Rommel miał swoim autorytetem wydać rozkaz zaprzestania oporu podległym mu armiom. Miał to być rodzaj jednostronnej bezwarunkowej kapitulacji na froncie zachodnim. Podobnie jak w pierwotnej koncepcji Helmutha von Moltke Wehrmacht miał logistycznie wesprzeć wojska amerykańskie w przejściu przez Niemcy i Polskę aż do linii frontu ze Związkiem Radzieckim.

Z bliżej niewyjaśnionych powodów w pierwszych dniach lipca 1944 roku gestapo aresztowało kilku najważniejszych członków sprzysiężenia. Między innymi zatrzymano Juliusa Lebera, który miał w myśl zamierzeń Stauffenberga objąć fotel Kanclerza Niemiec po zamordowaniu Adolfa Hitlera. Również inni aresztowani wtajemniczeni byli w szczegóły planowanego zamachu stanu. Nad sprzysiężeniem Stauffenberga pojawiała się groźba całkowitej dekonspiracji. Stauffenbergowi i pozostającym na wolności elitom przygotowującym zamach wydawało się, że jest to ostatni moment dla jego przeprowadzenia.

Tymczasem 17 lipca 1944 roku w Sainte-Foy-de-Montgommery został ciężko ranny marszałek Rommel. Od tego momentu nie miał już wpływu na decyzje na froncie. Wskutek tego opierający się na bardzo niepewnych założeniach Plan Walkiria został pozbawiony kluczowego planu ratunkowego.

Ale nie tylko Plan Walkiria był hazardowym przedsięwzięciem. Claus von Stauffenberg dokonując zamachu w Wilczym Szańcu cierpiał z powodu ostrego, bolesnego zapalenia wcześniej odniesionych ran. Jego stan zdrowia wymagał natychmiastowej, intensywnej hospitalizacji. Tymczasem dla przeprowadzenie tak trudnego zadania, jakim była próba zamordowania Adolfa Hitlera w Kętrzynie potrzebna była niezwykła psychiczna odporność. Stauffenberg wiedział, że konferencja, na której miało dojść do eksplozji, odbywa się w letnim baraku Hitlera. W baraku dodatkowo pootwierane były wszystkie okna. Początkowo zakładano, że eksplozja miała się odbyć w bunkrze, co zwiększyłoby siłę rażenia ładunku. Natomiast w baraku teoretycznie potrzebny byłby większy ładunek wybuchowy, niż pierwotne przygotowano.

Pomimo to Stauffenberg zmniejszył w ostatniej chwili siłę ładunku jeszcze o połowę. Czasami w takim obiegowym dyskursie mówi się, że arystokrata nie zdążył uruchomić drugiego zapalnika. Ale ten drugi zapalnik był do niczego nie potrzebny. Drugi ładunek zostałby zdetonowany przez pierwszy. Zmniejszenie siły wybuchu, a tym samym siły eksplozji było dla Stauffenberga zapewne ciężką decyzją. Najprawdopodobniej arystokrata podjął ją z humanitarnych względów. Pozostawianie ładunku w jego pierwotnej wielkości spowodowałoby przypuszczalnie śmierć wszystkich zebranych tam oficerów. Ludzi, których Stauffenberg częściowo znał i wcale nie uważał za swoich przeciwników. I na ich mord zabrakło mu odporności psychicznej. Stauffenberg łudził się, że kiedy usytuuje ładunek bezpośrednio koło dyktatora, to siła wybuch będzie i tak wystarczająca do jego unicestwienia.

Ale to właśnie nachalne ustawienie teczki pod samymi nogami dyktatora ostatecznie stało się przyczyna niepowodzenia zamachu. Ponieważ teczka przeszkadzała, została przesunięta. Postawiona została po drugiej stronie grubej, dębowej płyty, na której spoczywał sztabowy stół. Płyta ta zadziałała jak pancerz ochraniający dyktatora. I w ten sposób, ta już legendarna „noga” sztabowej ławy uratowała Hitlerowi życie. Konsekwencje czynu Stauffenberga były dla spiskowców straszne. Zamach stanu załamał się w ciągu kilku godzin. Stauffenberg z kilkoma najbliższymi towarzyszami został zamordowany jeszcze tego samego wieczora.

Erwin Rommel, który miał być odpowiedzialny za przeprowadzenie planu ratunkowego, leżał w szpitalu i nie miał żadnego wpływu na dalszy bieg wydarzeń. Zamachowcy próbowali wymusić na głównodowodzącym frontem zachodnim, marszałku Güntherze von Kluge, otwarcie frontu. Ale chwiejny marszałek odmówił. I w ten to sposób próby otwarcia frontu nawet nie podjęto. Decyzja ta kosztowała kilka tygodni później marszałka von Kluge życie. Za pertraktacje z liderami zamachu stanu zmuszony został do popełnienia samobójstwa. Ten sam los spotkał marszałka Rommela.

Ocena konsekwencji nierealizowanego planu Hermanna jest oczywiście bardzo trudna. Niektórzy uważają, że amerykańska okupacja Polski w 1944 roku zredukowałby terytorium Polski do wielkości Księstwa Warszawskiego. Wschodnia granica Polski przebiegałby przypuszczalnie tam gdzie obecnie, natomiast Niemcy specjalnych strat terytorialnych by nie ponieśli.

Jest więc prawdopodobne, że gdyby 17 lipca 1944 roku marszałek Rommel nie został ciężko ranny w swoim samochodzie koło Sainte-Foy-de-Montgommery, to Wrocław byłby po wojnie stolicą Niemiec, a Opole i Szczecin pozostałby niemieckie. Jednocześnie realizacja Planu Hermanna mogłaby uratować miliony istnień ludzkich w Europie, a samą Polskę przed zalewem komunizm. Nic więc dziwnego, że Plan Hermana budzi w Polsce do dziś wiele kontrowersji.

Sebastian Fikus

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.