Bernadeta od aniołów. Parkinson też musi się z nimi liczyć

Czytaj dalej
Fot. Nadesłane
Agnieszka Domka-Rybka

Bernadeta od aniołów. Parkinson też musi się z nimi liczyć

Agnieszka Domka-Rybka

- Mam coś z cyborga. Moją głową sterują mechanizmy. Jestem człowiekiem na pilota - opowiada Bernadeta Lewandowska. Choroba obudziła w niej uśpiony talent.

Malowanie aniołów i tworzenie ich z różnych materiałów to dla niej forma rehabilitacji. Mówi, że lepszej jeszcze nikt nie wymyślił.

Anioły codzienne pomagają jej toczyć największą życiową walkę. Walkę z Parkinsonem.

Przekonuje, że są częścią jej zachwytu nad światem wbrew strasznej chorobie i świadomości, że łatwiej już na pewno nie będzie.

Dlaczego akurat anioły?

- Bo odrywają mnie od ziemskiego błota - zdradza Bernadeta Lewandowska ze Ściborza w gminie Rojewo, z wykształcenia filozofka, plastyk samouk. - Wiem, że niektóre moje anioły wyglądają jak lalki Barbie, ale przecież każdy człowiek dąży do piękna, gdy na co dzień często jest zmuszony oglądać brzydotę.

Bernadeta to nad wyraz bezpośrednia osoba.

Bernadeta Lewandowska wspomina, jak pewnego dnia diabeł zaśmiał jej się prosto w twarz. Gdy po latach chodzenia od lekarza do lekarza i stawiania przez medyków błędnych diagnoz usłyszała wyrok: Parkinson.

To choroba ośrodkowego układu nerwowego. Można ją rozpoznać po spowolnieniu ruchowym, drżeniu kończyn i sztywności mięśni.

- To było dokładnie osiem lat temu. Wcześniej lekarze nie wiedzieli, co mi jest, aż znalazłam w internecie kontakt do profesora neurologii Jarosława Sławka z Gdańska. Wysłałam do niego maila, w którym opisałam wszystkie swoje objawy. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy po zaledwie pół godzinie mi odpowiedział. Umówiliśmy się. Pojechałam do Gdańska i już podczas pierwszej wizyty profesor stwierdził, co mi dolega. Przeżyłam szok! Nagle całe życie stanęło mi przed oczami. Dotąd myślałam, że Parkinson to choroba ludzi starszych, a ja byłam dopiero po czterdziestce! Okazało się również, że ten drżący potworek siedział we mnie już ze 20 lat! Byłam tak wstrząśnięta, że wyszłam z gabinetu profesora nie zabierając płaszcza i nawet nie poczułam zimna na szpitalnym podwórku. Domyśliłam się dopiero, gdy ludzie zaczęli się dziwnie patrzeć. Później, gdy wracałam pociągiem, zupełnie odpłynęłam - słyszałam tylko stukot kół sunącej po szynach maszyny - wspomina pani Bernadeta.

Gdy już ochłonęła, zrozumiała, że choroba to jednak nie jest koniec świata. Trzeba się z nią zgodzić, jak w starym dobrym małżeństwie.

To nic, że pani Bernadeta nie funkcjonuje bez leków - zjada 18 tabletek na dobę i żyje z wszczepionymi po obu stronach mózgu stymulatorami DBS.

Pobudzają mózg do produkcji dopaminy, która jest neuroprzekaźnikiem, wytwarzanym i uwalnianym przez komórki nerwowe w mózgu i rdzeniu kręgowym. Dopamina odpowiada m.in. za energię, samopoczucie, motywuje do działania. Jest często nazywana hormonem szczęścia.

Każe mi dotknąć swoją głowę. Pod rękami czuć, że są w niej mechanizmy.

Pokazuje pilota do stymulatorów DBS. - Jestem człowiekiem na pilota, muszę tylko pilnować, żeby nie wyczerpały się baterie - robi duże oczy.

Widać, że nie poddała się chorobie: - Nie mogłam sobie na to pozwolić. To by było zbyt podręcznikowe, żeby nie powiedzieć banalne. Postanowiłam walczyć. Zaczęłam inaczej myśleć, zamieniłam styl ubierania, zrezygnowałam z czarnych ciuchów. Zafascynował mnie świat kolorów. No, i narodziła się we mnie pasja. Jako wyraz zmagań z Parkinsonem, swego rodzaju autoterapia. Jest częścią mojego zachwytu nad światem wbrew chorobie i świadomości, że łatwiej już raczej nie będzie.

Uśpiony zmysł plastyczny obudził się mniej więcej wtedy, gdy patrząc np. na kwiaty w wazonie od razu myślała, jak można je ułożyć inaczej. Gdy ktoś nalał kompotu owocowego do naczynia, natychmiast chciała przestawić szkło w inne miejsce. Nawet jej osy nie przeszkadzały.

- Pamiętam wiosnę 2014 roku i pierwsze ciepłe dni - wspomina. - Słońce mocno świeciło i wtedy dostrzegłam jakieś zaklęte piękno w kolorach. Gra barw na niepozornej puszce po napoju sprawiła, że chwyciłam za nożyczki i pocięłam ją na małe części, które mogłyby stanowić fragmenty jakiejś mozaiki. Potem pocięłam jeszcze wiele innych kolorowych puszek. Taką mozaiką wykleiłam ścianę w jednym z pokoi. To była pierwsza praca według mojego pomysłu. Następne powstawały już na drewnie i również były to mozaiki. Znajomy porównał je do malarstwa pompejańskiego (malowidła na ścianach z okresu od II w. p.n.e. do 79 n.e. - red.).

Potem dopiero przyszła kolej na farby olejne i obrazy na drewnie i - od mniej więcej roku - także w końcu obrazy na płótnie.

Fascynują ją ludzkie twarze, więc i jej anioły takie posiadają: - Na twarzy jest wypisane wszystko o człowieku. Widać, co mu w duszy gra. Wyraża ludzkie przeżycia. Czy ktoś jest dobry, czy zły. Nawet w zmarszczkach można wiele wyczytać. Dlatego nie warto przesadzać z kremami, które je wygładzają. Ja nie przesadzam!

Ma w domu ponad 200 różnych aniołów, jak m.in. leśnych, przestworzy, szaleństw różnych, czterech pór roku, ekologicznych, blokersów.

Są wszędzie: w pokoju, kuchni, korytarzu, a nawet w przedsionku. Nie zajrzałam do łazienki, ale tam na pewno również wiszą.

Wiele aniołów rozdała znajomym, niektóre pojechały aż do Hamburga, a kolejne pewnie trafią do innych domów, by - jak mówi - być ich aniołami stróżami.

Na pierwszy wernisaż obrazów jej autorstwa, który odbył się w Dworze Biesiadnym w Rojewie, przyszły tłumy (latem br.). Pomogła go zorganizować Urszula Gutowska, kierowniczka rojewskiej biblioteki.

Jak opisał portal inowroclaw.7dni.pl, pani Bernadeta poświęciła wystawę osobom niepełnosprawnym - artystom, którzy malują ustami, rękami bez dłoni czy stopami i byli dla niej inspiracją.

Sama też często maluje palcami głównie lewej ręki, ponieważ z powodu choroby prawa jest mniej sprawna.

Maluje nawet w nocy, przez Parkinsona cierpi na bezsenność. Zresztą, gdy w jej głowie narodzi się nowy pomysł, nie jest w stanie doczekać ranka. Musi natychmiast stworzyć kolejnego anioła. Powstają z różnych rzeczy. Drewno załatwia od znajomych stolarzy, są to głównie odpady, sklejki. Używa również np. tekstyliów, piórek, masy glinkowej, ceramiki i długo by tak jeszcze wymieniać.

- Przez to moje malowanie chcę może nie tyle pokazać jakieś wielkie malarstwo czy może talent, który posiadam bądź nie. Chcę raczej powiedzieć innym bezsilnym, schorowanym, że mogą ze swojego życia wykrzesać pasję. Niekoniecznie taką, jak moja. Mogą zawiązać pakt z pięknem, które leczy ciało i duszę. By, jak ja, traktować siebie jako człowieka prawie zdrowego - radzi mieszkanka Ściborza.

Opowiada, że współczucie zostawia dla innych: - Kiedy słyszę o Parkinsonie, zastanawiam się, jacy ci ludzie chorzy muszą być biedni, bezradni, koszmarnie podłamani diagnozą tak bezwzględną i karkołomną. Gdy zaczynają szukać wiadomości w Google i szerzej otwierać oczy oraz oswajać świadomość, że jest to schorzenie, które nazywają neurodegeneracyjne i nieuleczalne. Wtedy myślę sobie: o mój Boże, jakie to musi być wredne żyć z taką świadomością. I dlatego właśnie nie chcę oswajać takiej nieprzyjemnej i zdecydowanie niesprzyjającej świadomości. Czy jej majestat medycyna z całą jej świtą jest w stanie pomóc chorym realnie i skutecznie, jeśli sami sobie pomóc nie chcą?

Na facebookowym profilu pani Bernadety, gdzie można obejrzeć jej prace, ktoś napisał: „Najpiękniejszym darem człowieka twórczego nie jest sam talent. Trzeba widzieć sercem i duszą. Pięknie tworzysz, bo pięknie widzisz. Ty to masz, Beniu! Życie to nie prosta kreska od linijki”.

Tak jak w życiu pani od aniołów.

- Ale przecież to Bernadeta jest chora, a nie ja - Benia - podsumowuje bohaterka naszego artykułu.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Wrocławskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Wrocławskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Wrocławskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Agnieszka Domka-Rybka

Gdybym nie była tu, gdzie jestem, może prowadziłabym jakąś dużą firmę. Bo w tematyce biznesowej czuję się jak "ryba w wodzie" (i nie ma to żadnego związku z drugim członem mojego nazwiska). Większość moich artykułów dotyczy gospodarki. Choć nieraz, by się "zresetować", sięgam także po tematy społeczne. Od kilku lat prowadzę portal strefabiznesu.pomorska.pl, który jest mi bardzo bliski. Zżyłam się z nim i podglądam go nawet na urlopie - z tęsknoty.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.