Antonina Krzysztoń: Różnorodność w naszych rodzinach jest wartością

Czytaj dalej
Fot. Marzena Bugała-Azarko
Anita Czupryn

Antonina Krzysztoń: Różnorodność w naszych rodzinach jest wartością

Anita Czupryn

Moje Wielkanoce różnią się między sobą. Przeżywam je i w samotności, i jest to moje spotkanie z Bogiem, ale też jako święto, które celebruje się u mnie w domu - mówi Antonina Krzysztoń.

Pamięta pani taką Wielkanoc, którą przeżyła w szczególny sposób?
Dla mnie każda Wielkanoc jest nowym otwarciem. Nowym zdarzeniem, nowym świętem. Jest drogą czy też, można powiedzieć, rodzajem pielgrzymki, jaką człowiek ma szansę przebyć. Oczywiście te moje Wielkanoce różnią się między sobą, choć trudno mi je - każdą z osobna - oceniać. Przeżywam je dwojako: wewnętrznie, w samotności i jest to moje spotkanie z Bogiem, ale też jako święto, które celebruje się u mnie w domu. Spotykamy się wtedy całą rodziną. Nie wszyscy są wierzący; różny jest też nasz stosunek do wiary. Niemniej, mogę powiedzieć, że nasze spotkanie jest świętem światła i miłości.

Jak dobrze przeżyć święto Wielkiejnocy? Jak się pani do niej przygotowuje?
Czasem duchowego przygotowania jest okres Wielkiego Postu. Każdego dnia staram się o tym pamiętać. Jak już wspomniałam, święta zwykle obchodzimy u mnie, więc bardzo mi zależy, by wyrazić to w sposób czytelny, ale też bliski tym, którzy przyjdą. I tak wszystko zależy od łaski, ale to my możemy przygotować lądowisko, na którym ona „wyląduje”. Krótko mówiąc - liczy się przygotowanie duchowe i staranie, aby święta były tak piękne, na ile się da. Nie ma też potrzeby, aby lękać się różnorodności w naszych rodzinach; ta różnorodność jest wartością! Każdy człowiek ma swoją własną dynamikę wiary, Pan Bóg do każdego przemawia inaczej, stąd ważne jest przede wszystkim to, by nikogo nie oceniać, nie ranić i na siłę nie nawracać (to zresztą nie jest w naszej mocy). Wiem po sobie - miałam w życiu różne okresy. Święta możemy więc potraktować jako szansę na rodzinne spotkanie, uwolnione od tendencji, która w nas tkwi i każe nam wszystko i wszystkich oceniać. Wyrzućmy z domu naszą skłonność do oceniania, przynajmniej na ten czas. Skupmy się na tym, żeby spotkać się na przykład z naszym dzieckiem, posłuchać, co ono naprawdę myśli. Nasze wyobrażenie naszego dziecka z całą pewnością nie jest tym, kim jest nasze dziecko. I na odwrót - my też nie jesteśmy tacy, jak sobie wyobrażają nasze dzieci, które mogą nie zauważyć, że jesteśmy już w zupełnie innym momencie życia oraz że celebrują obraz, który zostawiliśmy dawno za sobą.

Kiedyś Wielki Post, święta i pory roku były bardzo splecione z ludzkim życiem, z naszym funkcjonowaniem. Dziś wydaje mi się - może przez to, że mieszkam w dużym mieście - że jesteśmy trochę rozkalibrowani, nie żyjemy zgodnie z naturą. Na ile te wszystkie zwyczaje i rytuały zanikają w naszym życiu, a na ile jest na nie społeczne zapotrzebowanie?
Myślę, że to działa równolegle. To znaczy - są środowiska, w których te zwyczaje zanikają, jak i jest bardzo wzmożona chęć, żeby w tym być, żeby kierować się tym kluczem. Tak to odbieram. Bardzo silnie. Ale w życiu nie ma nic na zawsze. To, że w jednym roku coś zanika, nie oznacza, że w drugim roku się nie odrodzi. Życie przypomina przyrodę, która nas otacza; ona podlega przecież różnym fazom. W Wielkanoc, uważam, warto też modlić się za tych ludzi, którzy już odeszli. I nie chodzi tylko o członków naszej rodziny. Myślę, że to należy do naszego obowiązku. To może być tylko krótka modlitwa.

Jaką rolę Kościoła tu pani widzi?
Kościół w tej chwili jest w trudnej sytuacji, ale też nie do końca jest tak, że on się źle ma. Widocznie trudności są potrzebne; Kościół je wytrzyma i przez nie przejdzie. Do niektórych trafia to, co o Kościele czy ludziach Kościoła mówi świat. Ale, moim zdaniem, Kościół zawsze był ranny. Nie jest tak, że to jest jakiś wyjątkowy moment. Kościół zawsze będzie poraniony, bo w Kościele są ludzie. Przez rany dowiadujemy się wiele. Pokazują nam, na co chorujemy - całe społeczeństwo. Także to, że cały czas musimy się nawracać - uczy pokory.

W serii zatytułowanej „Modlitewnik grzesznika”, którą jakiś czas temu emitowała TVP, pytała pani ludzi z różnych środowisk o to, czym jest modlitwa. Ciekawa jestem, czym ona jest dla pani i czy jej znaczenie w miarę upływu lat się zmieniało?
Na pewno się zmieniało. Miałam różne okresy w życiu, były wzloty i upadki, ale modlitwa była zawsze, mniej lub bardziej intensywnie i przyjmowała różne formy. Jest stałym elementem, który należy do mojego życia duchowego. Jest jak oddech. Jest prośbą o kontakt z Bogiem, o Jego obecność.

Jest też odczuwaniem obecności Boga?
Różnie bywa. Odczuwanie Jego obecności to moment łaski, ale niezależnie od tego, czy to odczuwamy, czy nie, modlić się trzeba. Można to porównać do sytuacji, kiedy chmury zasłaniają słońce - to, że słońca nie widzę, nie oznacza, że go nie ma. Niezależnie więc od tego, co czuję, mówię: „Wierzę Ci. Wierzę w Ciebie. Chcę być z Tobą”. Chcę iść za Bogiem. W ten sposób też szlifuje się nasza wiara. Podobnie jest w kontakcie z drugim człowiekiem - przecież nie zawsze odczuwamy miłość. Czasem złość, a innym razem w ogóle mamy poczucie, że kontakt się urwał... Od nas zależy, co z tym zrobimy.

Pamiętam rozmowę z ojcem Melchiorem Królikiem, kronikarzem Jasnej Góry, który przy okazji opowiadania mi o swoim powołaniu kapłańskim mówił, jak to w tym trudnym czasie dostał taki „cukiereczek”, w postaci odczuwania obecności Boga. Przygotowując się do rozmowy z panią, usłyszałam, jak w jednym z wywiadów powiedziała pani o Matce Teresie z Kalkuty, że ona nie odczuwała obecności Boga. Jakby przez życie szła w ciemności. Szokująca wiadomość!
Nie odczuwała i to przez kilkadziesiąt lat! No, ale była to sytuacja na miarę tej świętej. Większość z nas nie ma takiego doświadczenia i myślę, że tego rodzaju cukierki dostajemy częściej, bo jesteśmy po prostu słabi. Matka Teresa była szczególną i wybraną osobą. Mam wrażenie, że ona to swoje odczucie ofiarowała innym. Mówiła zresztą, że gdyby miała zostać świętą, to świętą dla tych, co idą w ciemności.

Jest takie powiedzenie, że kto śpiewa, dwa razy się modli. Tak pani traktuje swoje śpiewanie?
Bardzo często. Wiele lat temu przeżyłam szczególny moment. Miałam koncert w teatrze i przed wejściem na scenę poczułam coś wyjątkowego. Gdybym miała przedstawić to obrazowo, to powiedziałabym, że zobaczyłam promień światła. Uświadomiłam sobie, że ludzi, których za chwilę zobaczę, nigdy już nie spotkam w takiej konfiguracji. I że to jest wielka łaska.

To mi przypomina japońskie powiedzenie „Ichi-go ichi-e”. Dosłownie oznacza: jeden raz, jedno spotkanie. Czyli jedyny taki moment, niepowtarzalna szansa w życiu. Niepowtarzalna chwila.
Tak właśnie! Dla mnie było to dogłębne doświadczenie. Spowodowało ono, że od tamtego momentu właściwie przestałam traktować swoje koncerty jako koncerty. A w tym, co robię, bardzo ważna jest modlitwa - staram się wtedy oddawać w ręce Boga. Kiedy jadę na koncert, również proszę ludzi o modlitwę.

Czym więc są pani koncerty?
Myślę i mam nadzieję, że są moim spotkaniem z człowiekiem i że - a tak mówią mi ludzie, którzy też to odczuwają - jest w tym czasem obecność Pana Boga. Żadnego dowodu na to nie ma, mówię tylko o naszych odczuciach. A z odczuciami się nie dyskutuje. Zresztą… Pan Bóg jest zawsze z nami, czy wierzymy w to, czy nie.

Jest pani bardzo osobną artystką, ale funkcjonuje w show-biznesie, który jest mocno zlaicyzowany i liberalny. Jak pani się czuje w tym świecie?
Nie spotykam się z tego rodzaju światem i tak naprawdę nie jestem związana z żadnym środowiskiem. Jestem związana z kościołem pojmowanym jako wspólnota. Spotykam drugiego człowieka, niezależnie od tego, jaki jest jego stosunek do wiary i do polityki. Miałam kiedyś taki moment, kiedy zastanawiałam się, czy do współpracy przy tworzeniu muzyki, mam wybierać artystów, którzy mają podobne przekonania, ale to nie moja droga. Jednak każde spotkanie jest po coś. A czy ja wiem, kto jest bliżej czy dalej od Pana Boga? Nie! Wiem, że jestem słabym człowiekiem, a każdy ma swój cel, swoje powołanie. Ten wywiad, jaki pani ze mną przeprowadza, też jest po coś. Nie zawsze od razu ten cel widać, nie zawsze da się go odczytać, ale jestem przekonana, że jest w tym głęboki sens. Zaimpregnowała mnie moja młodość, bo to ona pokazała mi, że to nie środowisko, ale spotkanie z drugim człowiekiem jest najważniejsze.

Pozostało jeszcze 57% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.