Aby pamięć nie zaginęła i trwała

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Joanna Marcinkowska

Aby pamięć nie zaginęła i trwała

Joanna Marcinkowska

Przyszła żona mojego dziadka wynosiła mu ukradkiem jedzenie, kiedy byli na robotach w niemieckim gospodarstwie.

Przeszło 60 lat temu moi pradziadkowie w poszukiwaniu ,,lepszego jutra” dotarli na rejon Dolnego Śląska. Zanim to nastąpiło, spotkało ich wiele nieprzyjemności ze strony ludzi i losu. Następne lata też nie były łatwe. Jest to ich wspólna historia, więc muszę zacząć od tego, jak się poznali. Są to jeszcze wydarzenie z okresu drugiej wojny światowej.

Jeszcze przed 1939 mieszkali w sąsiednich wsiach. Od roku 1942 wykonywali prace przymusowe w niemieckim gospodarstwie w okolicy Liliopola, w centralnej Polsce. Mieli wtedy po 17 lat. Prababcia zajmowała się domem i jak na tamte warunki była lepiej traktowana, ale przede wszystkim miała co jeść. Pradziadek, pracując dużo ciężej na roli, żywiąc szczerą i jawną nienawiść do okupantów, często czuł głód. Jego przyszła żona, jeśli mogła, przynosiła mu coś do jedzenia. Trwało to około trzech lat. Po wojnie wzięli ślub i rozpoczęli wędrówkę wzdłuż zachodniej granicy. Główną motywacją tej wędrówki była chęć znalezienia dobrej pracy. Pradziadek był najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa. Starsze siostry przejęły ojcowiznę, więc nie miał wielkiego wyboru.

Po konferencji ,,Wielkiej Trójki’’ w Poczdamie, Polska po kilkuset latach, odzyskała dostęp do Dolnego Śląska. Utraciliśmy jednak znaczną część ziem leżących na wschodzie. Zanim na ,,ziemie odzyskane” trafili moi pradziadkowie, spędzili dwa lata w Przytorze, niedaleko Świnoujścia. Była to niewielka wioska rybacka. Oboje nie mogli znaleźć interesującego zajęcia i nie odnajdywali się w tamtejszym klimacie. Dostali tam jednak przydział na mieszkanie, które oczywiście było całkowicie puste. Zabierając niewielki dobytek z miejsca dawnego zamieszkania, zaczynali praktycznie od zera.

Pewnego wieczoru, pradziadek, wracając z targu z pierzyną, garnkami i kilkoma drobiazgami, na które dziś nie zwracamy nawet uwagi, przechodził przez las w małej odległości od opuszczonego dworku.

Zasiedlając nowe tereny, rodzina mogła wybrać sobie dom, mieszkanie, które im się podobało. Ludzie bali się jednak wprowadzać do domów stojących na uboczu, z dala od innych. Pradziadkowie opowiadali, że nadal spotykali się z problemem grabieży opuszczonych lub świeżo zasiedlonych domów. Po zmroku nie było bezpiecznie. Zobaczył tam grupę Niemców wynoszących kosztowności, obrazy, meble i inne rzeczy na ciężarówkę. Trwało to prawie przez całą noc. Wspominając nabyte doświadczenia, nie mieszał się, tylko obserwował. Resztę nocy spędził w okopie przykryty pierzyną. Następnego dnia wrócił tam z prababcią. Wchodząc do dworku, zastali tylko puste ściany. Kto wie, może to tam ostatnio widziano słynny portret Rafaela? Wracając, znaleźli na ziemi tylko kilka srebrnych sztućców, rozrzuconych w odstępie kilku metrów.

Nie było im łatwo związać koniec z końcem; brak odpowiedniej pracy i większość czasu przeznaczona na łowienie ryb. Podążając wzdłuż nowo ustalonej, zachodniej granicy dotarli do Strzegomia.

Przez następne dwa lata mieszkali razem z rodziną niemiecką na Grabach (nazwa osiedla). Rodzina Rillke pomagała na początku moim pradziadkom, chociażby pożyczając drobne sprzęty domowe, zaznajamiali ich z pracą maszyn, których nigdy nie widzieli czy też pomagali poznać miasto. Pradziadek znalazł pracę w kamieniołomie , który był niedaleko ich domu. W ciągu następnych kilku lat skończył szkołę średnią i jako pierwszy w rodzinie zdał maturę. Awansował na stanowisko kierownicze. Od tej pory wiodło im się lepiej. Rodzina Rillke’ go na odchodnym zaznaczyła - ,,my tu jeszcze wrócimy’’.

Następnie kupili na własność dom na innym osiedlu Strzegomia. Zawsze zamieszkiwali w pobliżu innych, również świeżo przybyłych na ,,ziemie odzyskane” mieszkańców Polski. Wynikało to ze strachu przed ciągle działającymi wtedy grupami, głównie Niemców, którzy ciągle z nadzieją na odzyskanie tych ziem ukrywali swoje majątki, zabezpieczali je lub wywozili.

Kupiony dom, z dość sporą działką, przez pierwszych dziesięć lat zamieszkiwały trzy rodziny. Pradziadek przebudował kilka elementów, a na połowie działki (później) stanął nowy dom. Niemcy wcześniej tu mieszkający mieli piękny ogród. Znajdowały się w nim nie spotkane przez moich pradziadków odmiany jabłek, gruszy, czereśni i innych roślin. Prababcia zajmowała się ogrodem. Hodowali też kury, króliki i świnie. W pewnym stopniu - z tego żyli.

Lata 1945-1990 przysporzyły moim pradziadkom nowych doświadczeń. Nie wszystkie były dobre, lecz jest to już historia na inną pracę.

Niestety, nie dożyli dzisiejszych czasów, ale ich opowiadania są u mnie w rodzinie przekazywane z pokolenia na pokolenie, aby pamięć o tamtych czasach nie zaginęła i żebyśmy potrafili szanować to, co mamy dzisiaj.

Autor jest uczniem Gimnazjum nr 1 w Strzegomiu

Joanna Marcinkowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetawroclawska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.